Autor: ©Miroslaw Magola

MOC MOZGU

zjawiska paranormalne rozszyfrowane



WSTEP
Zyjemy w czasach dziwnych, ale za to ciekawych. Bo z jednej strony sa to czasy zwycieskiego racjonalizmu, czego dowodem jest absolutna supremacja komputerów - komputerowej wiedzy i techniki, a z drugiej strony czasy rosnacej popularnosci wiedzy ezoterycznej, poszukiwania pozaracjonalnych doznan, ofensywy w skali swiatowej sekt religijnych i zainteresowania zjawiskami - które w jezyku dziennikarskim nosza nazwe - zjawisk paranormalnych.
A wiec - w skrócie - czasy czlowieka racjonalnego przezywajacego kryzys wiary we wlasny rozum!
Bo czymze innym mozna by okreslic brak wiary przecietnego czlowieka w to, ze "jajoglowy specjalista" wsparty sila komputera - w wielu dziedzinach zycia nie potrafi nam pomóc? Czymze wiec jest poczucie, ze wobec tego musimy szukac pomocy w silach przez nauke malo jeszcze zbadanych - bioenergetyce, okultyzmie, telepatii i innych tajemnicach naszej egzystencji na ziemi?
Na tle licznej w tej sytuacji i znanej literatury powstajacej na pograniczu tego co "naukowe" i tego co "paranormalne" ksiazka Miroslawa Magoly stanowi przedziwny wyjatek!
Autor z jednej strony ma zasadnicze pretensje do swiata nauki - jakie, pozostawiam przygodzie czytelniczej - a z drugiej strony stara sie zdecydowanie odciac od wszystkiego co wiaze sie z ezoteryzmem, choc pewnie przez ezoteryków przyjety bylby z otwartymi rekami. Miroslaw Magola obdarzony jest wyjatkowymi w skali swiatowej mozliwosciami okreslanymi powszechnie jako "paranormalne", a cala jego ksiazka przepelniona jest protestem przeciwko takiemu nazewnictwu. Zajmuje sie dzialalnoscia "nie z tej ziemi", a uwaza sie za skrajnego racjonaliste! Jest jednym z nielicznych na swiecie ludzi, a upiera sie programowo przy swej absolutnej przecietnosci!
Kim jest Miroslaw Magola i co stanowi jego wyjatkowosc? Internet informuje, ze posiada wielkie osiagniecia w dziedzinie psychokinezy! To stworzone w Ameryce okreslenie znaczy, ze sila wlasnej psychiki potrafi dzialac skutecznie w swiecie materii. Jeszcze bardziej upraszczajac to okreslenie powiemy, ze przedmioty martwe sa posluszne jego woli! Moze, lamiac skutecznie sile przyciagania ziemskiego, poruszac nimi w przestrzeni! Moze jednak o wiele wiecej - moze nawiazywac bezposredni kontakt z energetyczna struktura rzeczywistosci, co pozwala mu na realizacje wlasciwie kazdego podjetego zadania - poza ciasnym gorsetem praw fizyki. I twierdzi, ze moga tego dokonywac niemal wszyscy ludzie! Jako uparty racjonalista poddaje sie chetnie kazdym testom! Stara sie nawet prowokowac takie badania.
Mozliwosci Miroslawa Magoly znane sa na obu pólkulach najbardziej zazartym sceptykom w swiecie naukowym. Nawet slynny James Randi, który wielka czesc swego zycia i ogromne pieniadze poswiecil demaskowaniu zjawisk paranormalnych, nie przeczy autentycznosci jego mozliwosci. Amerykanski James Randi Educational Foundation (J.R.E.F.) badal najdziwniejsze zdarzenia naszych czasów na calym swiecie - nawet w dawnym ZSRR. Pokazy autora niniejszej ksiazki obserwowali Prof. Abhaya N. Deva, Ph. D. Roland Charczuk, Prof. Dr. Dipl. Psych. Toni Forster, Prof. Alex Schneider M. Sc, Dr. U.E. Hasler, Nene von Muralt, M. D. Jakob Boesch, Prof. Dr. Konstatin Korotkov, Dr. Paola Giovetti, Rainer Holbe, Dr. Serge Kahili King, Prof. Dr. Erlendur Haraldsson, Prof. Peter Mulacz, Edgar Wunder, Jack Houck, Elda Hartley, Prof. Robert Ritch, Dr. Alexander Imich, M. D. Ph. D Barbara G. Koopman , by wymienic tylko najbardziej znanych. Najwybitniejszy specjalista amerykanski od zdjec kirlianowskich Dr. Dobruskin fotografowal dzialania Magoly. Najbardziej fachowy w swiecie zjawisk paranormalnych periodyk o zasiegu swiatowym - Encounter - pisal o Magole zamieszczajac jego zdjecie na stronie tytulowej.
Równiez europejski swiat naukowy na czele z Dr. Dr.Walter v.Lacaudou z uniwersytetu we Freiburgu zwrócil uwage na jego niebywale mozliwosci. W styczniu 1997 zainteresowal sie Magola Dr. M. Karger z niemieckiego Max- Planck Institut w Monachium, a ostatnio Prof. Dr.Dr. Gerhard Ruhenstroth-Bauer z tego samego instytutu Max Planck Institut-Germany zaproponowal autorowi udzial w jego projekcie.
Niezwykle mozliwosci autora znane sa tez szerokiej publicznosci telewizyjnej. Wraz z Uri Gellerem, postacia w tej dziedzinie najbardziej na swiecie znana, bral udzial w wielkich pokazach telewizyjnych poswieconych zjawiskom paranormalnym w brytyjskiej sieci ITV. Programy z udzialem Magoly nadaly tez SF1 i Telebasel "7 vor7" w szwajcari, luksemburska RTL , niemiecka PRO-7 i "Clever Spezial "SAT.1 i "Unbelievable" Fuji TV w japoni , TF1 “la soiree de letrange “ w francji.,
Mozna wiec powiedziec, ze osiagnal sukces. A jednak ksiazka niniejsza wskazuje na to, ze jej autor nie ceni sobie zbytnio tych swiatowych osiagniec. Chodzi mu w zyciu o cos zupelnie innego! Dazy nie do slawy i pieniedzy - którymi zreszta nie gardzi, ale stara sie je inwestowac w badania naukowe - totez przyjmuje czasem propozycje schow bussinesu, na atrakcyjne i powazne pokazy. Swe zasadnicze cele ujawnia czytelnikowi. One wlasnie stanowia podstawowa oryginalnosc autora na swiatowej scenie szokujacych zjawisk.
Ksiazka ta jest ewenementem z jeszcze jednego powodu! Nie tylko jest opisem tego co autor potrafi dokonac! Nie tylko zawiera wprowadzenie w ten swiat zjawisk, wprowadzenie pozwalajace kazdemu z nas samodzielnie tam sie wedrzec! Jej najwazniejsza warstwa, to prezentacja tego wszystkiego, co Miroslaw Magola wie!
Z jego kontaktu z zasadnicza struktura energetycznej calosci istnienia wynikaja nie tylko szczególne umiejetnosci, przekraczajace znacznie znane mozliwosci czlowieka, ale wynika zen przede wszystkim specyficzna wiedza o swiecie i czlowieku! Specyficzny rodzaj filozofii, swiatopogladu!
I - o dziwo - jest to filozofia z gruntu europejska! Europejska i do przesady niekiedy racjonalistyczna, pozbawiona wszelkich wplywów mistycznych czy wlasnie ezoterycznych.
Czytelnik tego typu literatury przyzwyczajony jest na ogól do jakiegos niecodziennego "sosu" w którym zawarte sa poszczególne informacje o swiecie zjawisk nieprzecietnych. U Magoly jest zgola inaczej! Jego ksiazka poddana wrecz klasycznej dyscyplinie obszernej noweli w typie europejskim, jest socjologiczno-filozoficznym dialogiem wspólczesnych nam, normalnych ludzi z wielkiego miasta. Te intencje podkreslaja liczne fragmenty, w których autor z prawdziwa delikatnoscia i nieklamanym szacunkiem, ale jednak wyraznie i konsekwentnie dystansuje sie od dorobku medytacyjnych szkól wschodu, czy ich pochodnych zaadoptowanych przez euro-amerykanska kulture konca dwudziestego wieku. I ostatnia uwaga!
Zastanawiajace jest tez to, ze autor nie wstydzi sie filozofowac na tematy proste, codzienne, z pozoru banalne! Ta odwaga powoduje, ze jego ksiazka chwilami spelnia role odswiezajaca dla przecietnego czlowieka. Udowadnia, ze refleksja nad codziennoscia moze przywracac jej urok, a przede wszystkim sens dzialania, bo - jak twierdzi - "czlowiek ze swym mózgiem jest wybrancem..." - o czym czesto zapominamy.




SPOTKANIE NA MOŚCIE.


Gdy po raz pierwszy znalazłem się poza tą granicą.....

Może to był przestrach?

Dziś już trudno mi sobie przypomnieć dokładnie jak to było.

Może zdziwienie? Oszołomienie?

W każdym razie byłem zaskoczony tym zdarzeniem i chyba nie było to wtedy przyjemne. Jak większość spraw, które nas zaskakują!

Przedtem śmiałem się z tych, którzy opowiadali, że takie rzeczy są możliwe. Bzdury - myślałem! Zdenerwowałem się.

Minęły lata.

Zgodziłem się na to. Potem nawet mnie to wciągnęło. Uznałem, że kryje się w tym tajemnica potrzebna człowiekowi. Trzeba to odkryć.

Ćwiczyłem!

Następował wyraźny rozwój moich możliwości. Zacząłem zastanawiać się czy to rzeczywiście są możliwości moje. A może one są wszystkich, może pożyczono mi je na jakiś czas?

W miarę gdy narastała radość z przekraczania tej granicy, narastało też we mnie poczucie jakiegoś obowiązku. Zacząłem rozumieć, że z wiedzą tą powinienem coś zrobić, że nie należy ona do mnie, że posiadłem ją dla innych.

Ludzi?

A może dla tej całości, którą zdarzyło mi się poznawać, dostrzec, zrozumieć.

Co było moim obowiązkiem wobec całości nie wiedziałem. Nie wiedziałem też, jak mogę oddać powierzoną mi świadomość, choć wiedziałem skąd ona pochodzi.

Z upływem dni narastało we mnie przekonanie, że skoro „całość” milczy jeszcze, skoro nie żąda ode mnie niczego konkretnego, nie pozwalając poznać drogi komunikacji zwrotnej - wszak na razie to ja korzystam - to na pewno wiedza moja potrzebna jest człowiekowi, ludziom. I to nie w skarykaturowanej postaci popisu możliwościami fizycznymi z mej wiedzy wynikającymi - jakiegoś cyrku, sensacji czy paranormalnego wydarzenia!

Teraz wiedziałem, że to co ludzie nazywają zjawiskami paranormalnymi, to coś zupełnie normalnego. Poznałem to przecież, panowałem jakby nad tym, mogłem to rozwijać, wzmacniać.

Nie było w tym nic nadprzyrodzonego.

To byłem ja i ja to robiłem. Więcej! Byłem pewien, że mogą to wszystko osiągnąć także inni. Wiedziałem na czym to polega.

Paranormalne!

Nienawidzę tych, którzy robią z tego cyrk, popis, sensację. Może to z ich powodu tak rzadko bada się te zjawiska w sposób poważny? Może to właśnie sensacyjność zdarzeń izoluje je od nauki i powoduje, że to co nihil novi sub sole traktowane jest jak coś dziwacznego?

Dziwacznego?

Może dla nas, Europejczyków, którzy zapomnieli że pewna sfera życia człowieka związana z tym co niecodzienne, inne, może z pozoru nielogiczne, bo wykraczające poza przeciętność i nie każdemu od razu dostępne, była i na naszym kontynencie bogata, intensywna, a nawet szanowana. Zanikła, ponieważ ktoś kiedyś proklamował zwycięstwo uproszczonej logiki i nazwał to racjonalizmem, a przecież ja wiem, że przekraczanie granicy jest właśnie czymś na wskroś racjonalnym.

Jest tak konkretne i realne, jak dostrzeżenie rosnącego drzewa i płynącej rzeki!

A tymczasem wszechobecny dziś w Europie „racjonalizm” zachowuje się wobec tej realności tak, jakby widział rzekę, która nie płynie lecz stoi, a o drzewie myślał, że nie rośnie tylko trwa niezmiennie jak kamień.

Kamień?

Też przecież jest, więc żyje; nie jest czymś martwym!

Nic nie jest martwe!

Ja nie chcę powierzać mych odkryć „publice”. Nie warto!

To tak jakby Kopernik zamiast wysłać swój traktat papieżowi, który znajdował się wówczas w centrum życia umysłowego Europy, zaczął obwozić swą wiedzę po zamtuzach, jarmarkach i cieszyć swymi opowieściami gawiedź spragnioną sensacji i opowieści o żelaznym wilku. Chcę by na moim przykładzie poznano nie tylko jakąś odmienność, ale by zbadano na czym ona polega, jakie prawa fizyczne, biologiczne, biofizyczne - wszystkie, które zna dzisiejsza nauka rządzą zjawiskami przeze mnie ujawnianymi. By stwierdzono przy mojej pomocy co, gdzie i jak jest w człowieku, skoro może on to co ja mogę.

Bo przecież skoro ja mogę - mogą i inni.


* * *


Teraz idąc plątaniną ulic wielkiego miasta zapragnąłem opowiedzieć!

Chciałem nie tyle by mnie ktoś wysłuchał, ale by stał się współuczestnikiem mej radości... i tej części smutku, którą rodzi w człowieku skarb zakopany w ziemi. Skarb, który nikomu, nawet jemu nie służy.

Taki skarb zdaje się uwierać tego, który go zakopał!

Ciążyć zaczyna jak wyrzut sumienia, bo nie jest niczym innym jak marnotrawstwem.

Czemu nie służy, skoro jest? Komuś, czemuś, chociażby sobie!

Podziel się ze mną drugi człowieku. Odbierz to, co jest przecież we mnie nie dla mnie. Co jest dla ciebie, dla was, którzy chodzicie do cyrków, by tam oglądać prawdę zwolnioną z obowiązku przyjęcia jej. Pomyśl o tym, o czym nigdy nie pomyślałeś. Dostrzeż to czego jeszcze nie dostrzegłeś.

Zbliżał się świt.

Nie wiedziałem jak to zrobić.

Podejść do jednego z tych nocnych ptaków, którzy chwiejnym krokiem zmierzali ku pościeli pozostawiwszy resztę nocy tym, którzy przystani nie mają?

Absurd!

Ja nie jestem gadaczem, który musi mówić.

Ja chcę mówić, a to jest wielka różnica!

Musi więc być ze mną ktoś, kto chce słuchać.

Słuchać?

Przecież nie tylko! Bo w słowach nie zawrę tego co wiem.

Tam gdzie byłem nie ma słów, bo są niepotrzebne. Komunikacja jest bezpośrednia. A więc on nie tylko musi chcieć słuchać moich słów. Musi chcieć odkryć to co ja odkryłem.

Musi poszukiwać!

Dlaczego nie spotkałem dotąd nikogo, kto chciałby tego? Wiedziałbym o tym od razu. Przecież jestem zwykłym człowiekiem i tylko dlatego mogę tę granicę przekraczać. Gdybym nim nie był, byłoby to niemożliwe. Jestem takim samym człowiekiem jak ci wszyscy mijani co chwila.


* * *


Jak trudno przekroczyć granicę dzielącą jednego człowieka od drugiego. Może do tego też jest potrzebny przypadek? Przypadek szczęśliwy!

Skręciłem na most.

Po zachodniej stronie rzeki było jakby jaśniej.

Zabawne! A to przecież jest oczywiste! Narastające ze wschodu promienie słońca z nad horyzontu oświetlają brzeg zachodni. Wschodni pozostaje cieniem na tle jaśniejącego nieba, pomimo że jest bliżej słońca. Odzyska swój urok wieczorem, gdy zmęczony krąg miotający energię ku ziemi znajdzie się po przeciwnej stronie.

W pustce podrdzewiałych, metalowych przęseł zawieszonych nad wodą, oparty o balustradę człowiek patrzył w przesuwającą się powoli toń, czarną jeszcze, bo świt pozostawał nadal uwięziony cieniem nadbrzeżnych kamienic. Tylko latarnie odbijały się w rzece delikatnym szeregiem jasnożółtych punktów niespokojnie drgających na krótkich falach.

Człowiek rośnie gdy się do niego zbliżać.

To zwykłe zjawisko perspektywy. Z daleka jest mały, z bliska odzyskuje swe normalne wymiary.

Ale niekiedy zbliżanie się do człowieka jest inne od normalnych fizykalnych przemieszczeń w przestrzeni i związanych z tym skutków.

Znacie to?

No pewnie!

W uproszczeniu można powiedzieć że to dlatego, że każdy człowiek jest inny.

To prawda!

Inaczej topnieje przestrzeń pomiędzy tobą a piękną dziewczyną, a inaczej gdy podchodzisz do bykowatego i nie wiedzieć z jakiego powodu zestresowanego policjanta, spoglądającego na ciebie spode łba. Jeszcze inaczej zbliżasz się do dziecka, które czegoś ważnego od ciebie oczekuje i ma nadzieję, że to otrzyma. Jeden pociąga, inny odpycha! O.K.! Normalka!

Ale przecież zbliżanie się człowieka do człowieka może też mieć i inny charakter. Może polegać na czymś, co porównać by można do wzajemnego nakładania się na siebie, przenikania, lub przechodzenia poprzez drugiego, w trakcie czego poznajesz jego myśli, stan ducha czy jakby jeszcze nazwać to, czym on w tej chwili jest, co jest w nim, kim on jest.

Toteż zbliżając się do tego człowieka na moście - a szedłem wolno, nie śpiesząc się - wiedziałem, że jestem coraz bardziej w nim, że rozumiem co się z nim dzieje tam, w odległości jeszcze kilkudziesięciu metrów.

Był spokojny.

Trudno było jednak jakoś poskładać jego myśli. Miałem wrażenie, że sporządzone są z niesłychanie delikatnej pajęczyny, która rwała się, niemal zanikała pod wpływem zbliżania się do niej.

A więc on prawie nie myślał!

Energia jego mózgu używana była w tej chwili w minimalnym jedynie stopniu. Procesy przebiegały nadzwyczaj powoli, jakby leniwie, ale poruszając się w tej przestrzeni czułem jednak wyjątkowe możliwości tego odpoczywającego właśnie człowieka. Wiedziałem że siła drzemiąca w nim jest duża, potencjał rzadki. Coś mnie w nim pociągało.

W miarę jak podchodziłem do niego bliżej i zmniejszała się dzieląca nas odległość, jego aktywność jęła się równocześnie zwiększać tak, jakby następowało pomiędzy nami zjawisko wzajemnego indukowania się. Nitki tej „pajęczynki” - jego myśli stawały się coraz trwalsze i powoli można było odczytać ich treść, nawiązać z nim kontakt.

Wiedział, że podchodzę do niego, słyszał me kroki, ale jeszcze nie odwracał głowy. Czułem jak zaczyna wzrastać w nim wahanie, jak stara się podjąć decyzję, czy w ogóle mnie zauważyć czy też pozwolić mi przejść obok bez żadnej reakcji z jego strony. Zastanawiał się nad tym, gdyż tak jak moje zbliżanie się zakłócało w jakimś stopniu ten jego odpoczynek, tę wytworzoną spokojem otoczenia i chyba zmęczeniem ciała samotność, tak samo pomagało mu teraz w wyjściu z owego półsnu, czego w innej części swego odczuwania miał już trochę dosyć i zaczynał się nudzić. Czułem, że nie jest przyzwyczajony do biernego trwania. Do tak małej aktywności energetycznej jak ta, którą odnalazłem w nim w pierwszym momencie zbliżenia.

Ciągle jeszcze nie podjąwszy decyzji co do mojej osoby budził się jakby, ożywał, poszczególne elementy jego coraz ciekawszej dla mnie osobowości stawały się aktywne. Okazywało się że jest ich więcej niż spodziewałem się w nim odnaleźć, niż było ich zwykle w innych ludziach.

Ale było w nim też coś jakby niedokończonego. Procesy nie miały stałego poziomu swego natężenia. Falowały łagodnie i sprawiało to wrażenie, jakby ktoś za pomocą na przemian skracania i wydłużania cewki transformatora powoli gasił lub zapalał światło. Było to dla mnie zaskoczeniem, gdyż nie wyobrażałem sobie, że zjawisko takie w człowieku istnieje. Bowiem owo falowanie odczuwalne było w odniesieniu do całej jego osoby. Tak, jakby to cały obumierał, to znowu cały ożywał! I wtedy gdy ożywał czuło się coraz wyraźniej ten jego potencjał, o którym wspomniałem przed chwilą.

Wydawało się, że czai się w nim coś, co jest jakby przygotowane do powstrzymywanej na razie, ale w każdej chwili mogącej nastąpić erupcji. Zaskakujące było też to, że poddany temu procesowi, w całości swej wydawał się nadzwyczaj zjednoczony. Nie było w nim tego, co charakteryzuje zwykle człowieka, a mianowicie jakiejś desynchronizacji procesów, które następując po sobie nie zgadzają się ze sobą, nie pasują jakby do siebie.

Wewnętrzne zharmonizowanie samego siebie jest rzeczą rzadką. Jest rzeczą trudną! Stanem, który zwykle osiąga się drogą żmudnych i cierpliwych ćwiczeń!

Niewielu jest ludzi, którzy zdolność taką zawdzięczają naturze.

Był więc obdarzony tą zdolnością, czy tylko mi się tak wydawało?

Bo przecież z owym stanem integralnego zharmonizowania jego osoby kłóciło się to falowanie potencjału, które przecież zbliżając się do niego czułem coraz bardziej wyraźnie.

Starałem się wniknąć w to dziwne zjawisko aktywniej, silniej, jakby przybliżyć się jeszcze bardziej do tego, co mnie w nim zaniepokoiło. Nie było to proste, toteż zaskoczyło mnie i dziwiło, że zrozumienie zjawiska nastąpiło we mnie nagle, jakby pękła gwałtownie jakaś zasłona ukrywająca poszukiwaną przeze mnie rzeczywistość. W jednej chwili zrozumiałem na czym to polega. Teraz ja znalazłem się w stanie krańcowego podniecenia.

Bo przecież zrozumiałem dzięki kontaktowi z tym człowiekiem jedną z zasadniczych dla mnie tajemnic.

Tak!

A więc to tak właśnie się dzieje? Na tym to polega?

Ogarnęła mnie niesamowita radość.

Nie wiedziałem jeszcze.... bo przecież czas jakby zintensyfikował teraz swój przepływ.... chwile stały się krótkie i nie mogłem od razu ogarnąć wszystkich konsekwencji dokonanego przed chwilą odkrycia. Nie byłem jeszcze w stanie uporządkować mego świata, w którym pojawił się nowy, wspaniały element. Ale radość przepełniała mnie tym większa im bardziej czułem, że odkrycie to nie jest niczym ulotnym, że tkwi ono jak strzała w tarczy, że go nie utracę, że gdy tylko moja sieć uspokoi się, przestanie drgać pod wpływem gwałtownego przyjęcia czegoś „nowego”, to „nowe” usadowi się w niej na trwałe, że uzyska w niej stałe miejsce.

Zrozumiałem ponadto, że znalazłem go!

Że znalazłem człowieka, którego szukam. Że to właśnie z nim muszę rozmawiać.

Spowolniłem więc jeszcze moje kroki co pewnie przypominało skradanie się kota, polującego na półsennego ptaka, którego nie chce spłoszyć. Chciałem mieć czas, jak najwięcej czasu, by nie popełnić błędu, by nie stracić nadarzającej się okazji.

Ale zbliżanie się w przestrzeni następowało przecież i gdy znalazłem się już w odległości kilkunastu, może nawet kilku metrów od niego, w kontakcie naszym pojawił się jakiś nowy element, który zrazu mnie zaniepokoił, bo jego rytm wydawał się rwany, nieuporządkowany, jakiś nerwowy. Wymagało to z mej strony dodatkowego skupienia na tym człowieku, który działał na mnie teraz z siłą wcześniej mi nieznaną.

Ależ tak!

Wydało mi się, że już rozumiem o co to chodzi, ale chwilowa pewność ustąpiła wątpliwościom.

Czyżby?

Po sekundzie nie miałem wątpliwości!

On wdzierał się teraz we mnie podobnie, jak ja przed kilkoma minutami wdarłem się w niego. Próbował mieszać w moich myślach, przenikać je, porywać, nakładać się swą aktywnością na ich tok, treść, zawartość, stan.

Ale też zrozumiałem szybko, że to dzieje się bez jego kontroli. Że rzadka siła jego pola magnetycznego nie jest przezeń opanowana, że nawet o niej nie wie - nie zdaje sobie sprawy, że ona istnieje, że działa.

Stąd owa nierytmiczność zaistniałego między nami lecz pozbawionego kontroli kontaktu, jego zakłócenia, rwanie, bałagan.

Ale już sam fakt posiadania przezeń tak intensywnego pola był dla mnie niesłychanie ważny. Wiedziałem, że „rozmowa” będzie możliwa, jeśli oczywiście pokonamy zwykłe pomiędzy obcymi sobie ludźmi bariery konwencji, kultury, lęku przed drugim, jeśli do tej rozmowy będzie mogło dojść w sensie dosłownym, przy wykorzystaniu normalnej formy kontaktu.

Tymczasem szedłem dalej w jego kierunku.

Ciało jego trwało nadal w bezruchu jak przedtem, bez najmniejszej zmiany pozycji. Jego mięśnie były wciąż tak samo rozluźnione, jakby nie wiedział, że w pustej do niedawna przestrzeni mostu jest jeszcze ktoś poza nim, jakby mnie nie było, albo on nie akceptował mojej obecności, jakby nadal był tu zupełnie sam ze swoimi na wpół uspokojonymi, na wpół uśpionymi myślami, ich cieniem, ich sygnałem zaledwie.

Chwilę zastanawiałem się czy podejść do niego najprościej na świecie i rozpocząć rozmowę o czymkolwiek, ale wydało mi się to jakieś głupie.

Łatwo powiedzieć - o czymkolwiek!

Byłem w tym momencie tak skupiony na nim i na sprawie, którą nosiłem w sobie po mieście od wczorajszego popołudnia, tyle było we mnie nadziei, że w końcu pozbędę się tego nieznośnego ciężaru mej samotności w wiedzy, że zdałem sobie sprawę z tego, iż takie ot, rozpoczęcie rozmowy o niczym nie będzie udane. Wypadnie na pewno nienaturalnie, nerwowo, byle jak!

Ogarnąwszy go z bliska wzrokiem uświadomiłem sobie, że mam przed sobą człowieka około trzydziestki, czyli sporo ode mnie młodszego. Że jest przystojny.

Profil twarzy, pochylonej poza balustradę w kierunki rzeki, znamionował urodę przekraczającą przeciętność. Lekko falujące, ciemne włosy, teraz nieznacznie poruszane przez poranny powiew ciepłego jeszcze, południowego wiatru przysłaniały wspaniale wysklepione czoło w czaszce nieco zanadto rozwiniętej w przedniej części. Nos rysował się klasyczną, wydatną krzywizną ponad mięsistymi, ale nie zanadto, wargami. Nie było w nich nic z odczuwanej przez Europejczyka jako przesadna grubości właściwej południowcom. Miały swój północnoeuropejski krój, wydało mi się nawet, że ich rysunek jest może przesadnie graficzny, ostry, ale może wynikało to z kontrastu w mdławym świetle latarni pomieszanym z bladawym teraz poblaskiem zarania, w którym to oświetleniu jego cera utraciła wiele ze swej zapewne normalnej wyrazistości i przypominała koloryt słabej kawy z mlekiem. Wargi natomiast, - do niedawna zaciśnięte - odbijając jakby barwę intensywnie wiśniowego pulowera kontrastowały nadmiernie z „rozwodnionym” tłem. Całości obrazu dopełniała wydatna szczęka, ciężka i niemal brutalnie dominująca w dolnej części tej właściwie delikatnej twarzy. Dzięki temu twarz ta nie była twarzą amorkowatą, półdziewczęcą, miękką czy słabą, a przynajmniej takiego znamionującą człowieka. Wręcz odwrotnie! Wskazywała na te cechy osobowości, które ujęte w całość określają dziś zazwyczaj człowieka zdecydowanego, realnie patrzącego na otaczającą go rzeczywistość, może zbyt praktycznie do tej rzeczywistości nastawionego, wobec bliźnich trochę oschłego, czasem w kontakcie osobistym zbyt agresywnego, ale też potrafiącego być delikatnym, przesadnie wrażliwym i jakoś tam w sobie właściwy sposób łagodnym.

Przeciwieństwa?

Owszem!

Ale taki właśnie konglomerat przeciwstawnych cech jest właściwy osobom o naprawdę nieograniczonych możliwościach, ale nieukształtowanej jeszcze do końca osobowości, która w przyszłości, rozwinąwszy się w określonych warunkach, może „przechylić się” w ostatecznej swej formie na każdą ze stron pozostających w zakresie możliwości takiego człowieka. Rozwijając swą delikatność i wrażliwość, może dojść niemal do szczytów rozumienia otaczającej go rzeczywistości - tak samo jak popadłszy w krąg zwyciężającej brutalności, gotów jest stać się agresorem szczególnie dotkliwym, bezkompromisowym, zawziętym i zdecydowanym w swym twardym postępowaniu.

Bo przecież posiadany przez niego zasób energii nie może pozostać bez konsekwencji dla jego postępowania. Musi się przejawić w działaniu! W jej uwolnieniu na zewnątrz, ku ludziom, lub ku sprawom istotnym.

Całości dostrzeżonego przeze mnie obrazu dopełniały dłonie o długich, nawet można by powiedzieć - chudych palcach silnie splecionych teraz ze sobą w formę rąk złożonych do modlitwy, a raczej w jej trakcie, gdy nabiera ona szczególnie żarliwego charakteru. I jedynie te dłonie wyrażały w nim napięcie i tylko one wskazywały na to, że wie o mojej obecności w pobliżu, że jest wobec niej aktywny, a nawet, że śledzi mnie niejako, każdy mój ruch, odległość w jakiej się znajduję. Że stara się odgadnąć me intencje, przeniknąć moje zamiary wobec niego, przeniknąć mnie samego!

Nie mógł tego dokonać, mimo swych ku temu uzdolnień, gdyż energia posiadana przezeń nie była jeszcze wystarczająco opanowana. Mówiłem już o tym.

Toteż, by poznać mnie, a ściślej, dowiedzieć się chociaż jak wyglądam musiałby mnie obejrzeć, chociaż spojrzeć na mnie... rzucić chociażby okiem ale uparcie nie robił tego trwając tam, przy balustradzie mostu z twarzą zwróconą ku wodzie.

Ponieważ był przechylony przez barierę, miał podkurczone nogi a głowę opuszczoną między ramiona i pochyloną w dół - trudno mi było ocenić jego wzrost. Ale na pewno nie był człowiekiem niskim i rachitycznej budowy. Pomyślałem sobie, że będzie miał około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu i że jest przeciętnej, ale zdrowo wyglądającej budowy ciała. Odnosiłem też wrażenie, że jest „fit” jak to modnie dziś określa się człowieka o normalnym zdrowiu i normalnych motorycznych możliwościach.

Na pierwszy rzut oka ubrany był trochę dziwnie.

Widać było od razu, że ubiór, który nosi nie jest mu obojętny, ale też nie stara się uczynić zeń czegoś szczególnego, wyróżniającego go od razu. Nie było to wszystko tanie - co miał na sobie - i nie było też dostępne w tuzinkowych supermarketach ubierających dziś znaczną większość mieszkańców zamożnych kontynentów. Nie był to też tak zwany Anzug, czyli garnitur, ale to niemieckie słowo lepiej oddaje charakter zaprojektowanego przez kreatora kompletu. Widać było, że poszczególne części garderoby dobierał sam, osobno je kupując. W sumie był to jednak jakiś dżinsowy strój z butami pochodzącymi z kolekcji projektowanej dla wyższego managementu silnych na rynku firm przemysłowych. Pod kurtką bliską formie marynarki nosił jaskrawo wiśniowy pulower kaszmirowy albo z grubego jedwabiu, tak samo jak buty przemieniający w całości kompozycji dżins w ubranie, a nie pozwalający mu pozostać na poziomie stroju roboczego.

Jak widzicie, wszystko to powodowało, że człowiek, którego miałem przed sobą, przecież nawet obok siebie, był urodziwy, nawet piękny.

Nie było to dla mnie ułatwieniem. On przecież wiedział o swej urodzie, a może nawet o swej wartości jako osoby. A i ja wiedziałem już też, że nie jest człowiekiem „prymitywnym”, jak to się teraz nazywa.

Uwierzcie mi - nie używam tego słowa w sensie pejoratywnym, oceniającym negatywnie kogokolwiek! Dla mnie nie ma ludzi gorszych lub lepszych, prymitywnych czy złożonych! Ale skoro już używacie tych słów, skoro się nimi na co dzień porozumiewacie - to też wybaczcie mi, że ich po was używam. Używam!

Bo chcę się z wami porozumieć!

Przecież nie będę odrzucał tych słów, bo nie zrozumiecie mnie.

Koniec końców postanowiłem, że na razie minę go.

Bałem się, że weźmie mnie za pedała.

Dziś trzeba na to uważać.

Normalny człowiek zaczynający rozmowę z drugim normalnym człowiekiem, rozmowę o niczym bladym świtem na moście wielkiego miasta postrzegany jest zwykle jako ktoś, kto kogoś zaczepia. Chyba, że są to ludzie naznaczeni wspólnym nieszczęściem, upadkiem - ludzie, którzy już nie mogą być ani pedałami, ani niepedałami! Że są to nieszczęśnicy, których nieszczęście zbliża, być może przywraca im normalne człowieczeństwo, wyzwolone z konwencji, przyzwyczajeń, nie zawsze zrozumiałych przesądów, powstałych w wyniku jakichś zawirowań zbiorowego umysłu ?

Martwi mnie, gdy widzę jak komplikuje się dziś najnaturalniejszy kontakt człowieka z człowiekiem!

Jakże przecież potrzebny!

Jak obrasta siecią konwenansów, bez stosowania których każdy z nas może być uznany za „pedała, włóczęgę, masona, żyda”.

Ale żyję tu i teraz - teraz.

Gdy minąłem go, idąc jak dotąd powoli, w odległości niecałego metra - nie drgnął nawet. Ale gdy zauważył, że szedłem spokojnie dalej i kroki moje stawały się już coraz mniej słyszalne dla jego uszu, porzucił swą dotychczasową pozycję, a nawet postanowił przerwać panującą pomiędzy nami ciszę.

Dzień dobry!” - usłyszałem teraz jego dźwięczny, ale mimo to łagodny głos.

Zwolniłem kroku, by po chwili zatrzymać się i powoli odwrócić w jego stronę.

Dzień dobry!” - odpowiedziałem.

Staliśmy tak na przeciw siebie na moście w odległości paru metrów, a oczy nasze ciekawie, choć jeszcze z pewnym trudem starały się przebić niewygodną poświatę poranka. Świadomie przerwałem zasadniczy kontakt, by pozostać jedynie w zwykłym kontakcie wynikającym wyłącznie z percepcji zmysłowej, na pewno mu znanym z codziennego doświadczenia, bo uznałem, że na razie tak będzie lepiej dla niego, a w rezultacie dla nas, dla przyszłości naszej rozmowy. Bałem się bowiem, że gdy poczuje, że wchodzę w jego myśli i pozwalam sobie posługiwać się tą wiedzą, może uciec ode mnie, przestraszyć się, bo przecież jeszcze nie wiedział, że właściwie on także potrafi to zrobić.

On, po tym pierwszym odezwaniu się, jakby stracił pewność siebie, jakby zapomniał po co mnie zaczepił. Albo w ogóle zaczepił mnie bez uświadomionego przez siebie wcześniej powodu! Tylko dlatego, że się oddalałem, o czym świadczył dźwięk moich kroków. Bo przecież nie patrzył wtedy na mnie.

Teraz dopiero przyjrzał mi się ciekawie, mierząc wzrokiem mą stosunkowo drobną postać.

Cisza trwała już dość długo, gdy w końcu zdecydowałem się ją przerwać, widząc że jest coraz bardziej speszony tą sytuacją.

Cieszę się, że usłyszałem twoje pozdrowienie.”

Powiedziałem i po chwili dodałem.

Ale wróciłbym pewnie, gdybyś pozwolił mi oddalić się jeszcze bardziej. Cieszę się, że cię spotkałem. Gdy wyruszałem do miasta, nie wiedziałem o tym, że dziś to się zdarzy.”

A ja wiedziałem!” - odparł bez żenady - „Tylko nie wiedziałem, że to ty będziesz tym, którego spotkam.”

Skąd wiedziałeś?” - zapytałem szczerze ucieszony jego prostolinijnością.

Bo ja wiem? Tak jakoś.” - odpowiedział.

Czekałeś na to spotkanie?”

Każdy czeka.”

Odparł, jakby zawiedziony moim pytaniem.

Myślisz, że każdy?”

Zastanowił się chwilę i widać było, że stara się skupić na tej naszej rozmowie, a wypowiedziom swoim nadać w miarę precyzyjne znaczenie.

Pewnie nie każdy! Masz rację.”

I jakby zakończył temat przerzucając piłeczkę na moją stronę pola.

Ja też czekałem na to spotkanie.” - powiedziałem.

Wiem!”

W jego głosie brzmiała taka pewność, że poczułem się nieco nieswojo.

Skąd wiesz?”

Postanowiłem teraz nie popuszczać mu, skoro tyle w nim odwagi.

Nie wiem jak to się stało, ale gdy zbliżałeś się tutaj, zrozumiałem, że ty też nie szwendasz się w nocy po mieście bez celu.”

Chwilę się zawahał, ale szybko powrócił do przerwanej myśli.

Że szukasz człowieka, z którym mógłbyś pogadać...”

I znowu w skupieniu szukał tych właśnie słów, które trafiłyby w sedno, a znalazłszy je dokończył.

... bo masz do opowiedzenia nie byle jaką historię.”

Nie powiem! Zaskoczył mnie tym. Czyżby odgadł przez przypadek, a może przeniknął moje pole do tego stopnia, że wiedział o tym już teraz? Na razie postanowiłem nie drążyć tej sprawy i przyznałem mu po prostu rację.

Słusznie! Mam ci sporo do opowiedzenia...„

O.K.” - wszedł mi w zdanie, jakby chcąc skrócić rozmowę - „Trzeba tylko zastanowić się jak to zorganizować. Przecież nie będziemy tu stać na tym moście cały czas. Fizycznie nie damy rady. Knajpa też się do tego nie nadaje...”

Jasne, że trzeba to jakoś urządzić!

Masz pomysł?”

Zapytał, ciągle zmierzając jakby do końca spotkania.

Teraz widziałem to wyraźnie i zaniepokoiłem się trochę, jednak postanowiłem pozostawić mu inicjatywę, licząc na to, że tak będzie lepiej dla nas, skoro uważał, że tak jest dobrze dla niego.

Nie mam. A ty?”

Zastanowił się chwilę po czym znowu zapytał.

Jak myślisz? Ile potrzebujesz czasu, by mi to opowiedzieć?”

Teraz ja musiałem szybko podjąć zasadniczą decyzję, by nie stracić ani tej szansy, ani też go nie przestraszyć ogromem problemu.

Sześć, siedem dni, jeśli wytrzymasz taką pracę. Przecież nie jesteś wyćwiczony.”

Nie jestem!” - odpowiedział po prostu - „Ale wytrzymam! Powiedzmy więc siedem. Zgoda?”

Zgoda!” - odpowiedziałem - „Kiedy zaczynamy?”

Jak to kiedy?”

Znowu w jego głosie dosłyszeć można było nutę zawodu, tak jakby spodziewał się, że przyszedłem na most z gotową decyzją.

Jutro! Przyjdziesz tu gotowy do drogi. Tylko szkoda będzie tracić czasu na wymyślanie trasy. Pomyśl o tym wcześniej.”

Słońce wzeszło już na tyle wysoko i tyle było już pomiędzy nami jego promieni, że bez trudu dostrzegłem teraz szeroki uśmiech na jego twarzy i jakąś radość w oczach. Odwrócił się żwawo i ruszył w kierunku brzegu, w stronę powoli zaludniającego się śródmieścia.

Po paru krokach odwrócił się znowu w moim kierunku i podniósł wysoko rękę w pozdrowieniu. Krzyknął!

Jutro o dziewiątej rano! Tutaj! Wyruszamy na siedem dni!”

I obróciwszy się jeszcze raz wokół własnej osi dodał tak samo głośno.

Cieszę się, że mnie wybrałeś i że będę mógł poznać tę twoją tajemnicę!”

A potem już nie zwracając uwagi na to czy usłyszę te ostatnie słowa krzyknął.

Trzymaj się!”

I mój przyszły Rozmówca ruszył biegiem w kierunku splątanych uliczek, którymi niedawno przyszedłem na most.

Po chwili zniknął mi z oczu.


PIERWSZY DZIEŃ PODRÓŻY.

CZŁOWIEK, WYBRANY PYŁ WSZECHŚWIATA.


Noc spędzona na przemierzaniu setek znanych mi od dawna ulic, uliczek, zaułków i placów naszego miasta, zakończona wreszcie spotkaniem mego Rozmówcy na moście, kosztowała mnie dużo. Od lat życie moje ma charakter solidnie uporządkowany, przebiega w dość jednostajnym, raczej spokojnym rytmie. Niemal zawsze o tej samej porze zasypiam, jem, piję swe dwie zazwyczaj kawy, wstaję wcześnie, by rozpocząć kolejny dzień. Dla kogoś, kto wiele swej energii zużywa na poszukiwanie wrażeń, które niesie ze sobą roziskrzony świat końca dwudziestego wieku, kto kocha te iskierki rzeczywistości, owo dzieło pokoleń zawarte w przebogatych wytworach milionów ludzi, moje życie mogłoby wydawać się monotonne i pozbawione wrażeń.

Nie jest tak!

Bo przecież nie tylko poznanie podstawowej struktury bytu, co jest ostatnio moją zasadniczą czynnością, potrafi wypełnić człowieka swą wspaniałą, wstrząsającą niepowtarzalnością.

Świat można przecież pochłaniać, poznawać, przyswajać sobie w sposób spokojny, łagodnie rytmiczny. Bo to, co w naszym ludzkim języku, języku kultury, w której dokonujemy swego człowieczego dzieła, nazywamy czasem, a co zamyka w jakichś ramach nasze istnienie w danej nam właśnie teraz formie - ten czas nie jest rozciągliwy i zmieścić w nim można tylko określoną ilość zmysłowych kontaktów i umysłowych konstrukcji z tych kontaktów wynikających. Istotne jest jednak, by nie były one bezmyślnym oglądaniem, dotykaniem, słuchaniem, smakowaniem... by były, choćby na aktualnie dostępnym poziomie - poznaniem, doświadczeniem, przeżyciem! By kontakt zmysłowy z tym, co nasza cząstka bytu odnajduje na swej drodze, też budował w nas coś istotnego, ważnego przecież dla wiedzy chociażby o tym wymiarze, poziomie, formie istnienia. Kultura ludzka jest wtedy tylko kulturą, gdy kontakt z jej przejawami poprzez asocjację, połączenie wrażeń i powstającej z nich wiedzy coś w nas buduje i wzbogaca nas. Przygotowuje niejako do odnalezienia się w kontakcie z całością istnienia.

Dzieła kultury, to co stworzył geniusz ludzki w swej czasoprzestrzeni, a także to, co w tym samym obszarze objawiła nam i użyczyła natura, a co świadomość nasza zdołała z tego bogactwa zaabsorbować, przetworzyć w nasz świat, w nasze znane nam zmysłowo i umysłowo otoczenie - to wszystko nie istnieje przecież tylko dla nas, dla człowieka. Ma bowiem swą niepowtarzalną funkcję w nieznanym nam jeszcze, ale harmonijnym, celowym i realnie istniejącym planie całości. I poznawanie tych wszystkich istnień jest także drogą do... jest poznawaniem na poziomie dostępnym każdemu poznającemu ten plan, tę strukturę całości.

Patrzenie, słuchanie, dotykanie... bez poznania... jest więzieniem nieuczestnictwa!

To tak, jakby głodny i ślepy poszukując pożywienia przechodził obok suto zastawionego stołu, tylko dlatego, że go nie widzi, a nikt z będących akurat w pobliżu mu tej pożądanej bliskości nie ujawnił. A głodny udaje się dalej w drogę do nikąd, nie zaspokoiwszy swej potrzeby!

Ale takie kalectwo, takie połączenie nieszczęść jest zwykle zbyt drastyczną, rzadko spotykaną formą egzystencji.

Większość z nas jest sama sobie winna, że ruszając się pozostaje ciągle w tym samym miejscu.

Skoro nasza forma istnienia jako ludzi jest pewnego rodzaju stanem wybrania, być może darem, albo uosobieniem (uczłowieczeniem) szansy, możliwości powierzenia jakiegoś istotnego potencjału wobec całości, to z wybraństwa tego wynikają przecież nie tylko te szczególne możliwości, ale również zdolność do korzystania z nich, użycia dla własnego rozwoju! Kto tego nie czyni, kto biernie daje się przemieszczać mechanizmom wytworzonym przez kulturę, ten popełnia błąd zaniechania, który w niektórych systemach pojęciowych nazywa się złem, a nawet grzechem.

To smutny przejaw dzisiejszego sposobu istnienia wielu ludzi.

Smuci także, że człowiek włożył wiele pracy w przygotowanie sobie i innym jak najlepszych warunków do tego, by jedynie biernie przetrwać daną nam właśnie formę. By zwolnić nas niejako z właściwego dla istnienia obowiązku świadomego bycia i aktywnego uczestnictwa w rozwoju tego co jest, a co przecież będzie zawsze, wiecznie.

Człowiek nie może „wystąpić”, wypisać się - jak z klubu czy organizacji - nie może powiedzieć przecież: to mnie nie interesuje, to mnie nie dotyczy.

Mimo, że nie gonię nerwowo z wywieszonym jęzorem, nie wiruję w oszalałej karuzeli poszukiwania wrażeń, poznaję przecież przedmioty istnienia, jego przejawy, formy.

Podobnie do wielu innych ludzi przemierzam drogi naszej planety i odnajduję jej wspaniałości na wszystkich kontynentach.

Nie staram się jednak pochłonąć więcej niż mogę strawić. Staram się nie dopuszczać bezmyślnie do tego, by na mej wewnętrznej, myślowej „autostradzie” pozwalającej przenikać we mnie elementom poznania, następowały permanentne korki, zatory, by drożność jej ulegała raz po raz zakłóceniu, a może wręcz likwidacji?

I nie przeszkadza mi to w miarowym rytmie spokojnej, a przecież również nieprzerwanej aktywności.

Jedną z form naszego działania jest posiadanie ciała, organizmu, owej właściwej nam „maszyny” do uzyskiwania kontaktu z rzeczywistością. Bez niej nie możemy istnieć jako ludzie i spełnienie naszej funkcji w planie całości istnienia nie jest możliwe.

Bez ciała musielibyśmy, licząc na to, że inna forma będzie dla nas lepsza.

A po co?

Przecież wystarczy cenić to ciało, ten organizm, tę maszynę - myślę, że jest nawet pewnego rodzaju obowiązkiem odpowiednio dbać o nią.

I choć choroba jest stanem równie liczącym się w całości doświadczenia, to nie ma żadnego powodu, by samemu dla siebie poszukiwać tego akurat doświadczenia!

Doświadczenie wynikające z posiadania zdrowego ciała jest nie tylko właściwe, ale daje szersze możliwości.

Mądrzy Grecy już w starożytności wiedzieli, że wartość zdrowia cielesnego nie jest jedynie związana z przyjemnością przeżywania istnienia, ale - co jest o wiele ważniejsze - przede wszystkim oznacza zwielokrotnienie przejawów tego istnienia, wzmożenie istotowej aktywności. Jest otwarciem możliwości bogatszego istnienia.

To prawda!

I stanowisko takie nic nie ujmuje istocie choroby, słabości, niemocy - jako doświadczenia ludzkiego i wkładu człowieka chorego w całość tego doświadczenia, w istnienie.


* * *


Noc zakończona spotkaniem na moście oznaczała spore zachwianie w mym normalnym rytmie. Niemniej była widocznie konieczna, bym w działaniu swym posunął się o istotny krok dalej.

Odnalezienie Rozmówcy było przecież niezbędne.

Przez tak nietypowo rozpoczęty dzień udało mi się jednak powrócić do znanej mi normy. Kolejną noc spędziłem znów na odpoczynku i szczęśliwy wyruszyłem w ową siedmiodniową podróż, która miała rozpocząć się w miejscu naszego wczorajszego rozstania.

Nigdy nigdzie nie wyruszam w ostatniej chwili, toteż po przygotowaniu domu do mej nieobecności, załatwieniu niezbędnych telefonów i wysłaniu czekających na ekspedycję listów, powierzyłem sąsiadom klucze, by żona z dziećmi wracając z urlopu nie miała trudności w dostaniu się do domu i zarzuciwszy torbę na plecy ruszyłem spacerem na most.

Miasto pulsowało swym normalnym rytmem, nieco zwolnionym w środku lata, ale mimo wszystko ciągle bardzo intensywnym.

Dzisiejszy świat przypomina bowiem jakieś samonapędzające się perpetuum mobile i nie można sobie nawet wyobrazić, by coś co znajduje się w nadanym mu ruchu nagle stanęło, zaprzestało swych działań. Nawet jeśli działania polegają z samej swej natury na obumieraniu!

Nawet umierania nie da się zatrzymać, choć pewnie technicznie łatwiej byłoby to wykonać niż powstrzymać proces powstawania, rodzenia się czegoś.

Umieranie i rodzenie się wytworów człowieka jest najprostszym z mechanizmów jakie znam, a jednak dziś sam „twórca” dopuścił do tego, że nawet jego dzieła powstają i giną z jego udziałem wprawdzie, ale bez jego woli. Człowiek rozkręcił układ, nad którym przestał panować.

Niektórzy oceniają to jako straszne.

Dla mnie ten paradoks, to uwikłanie się we własne dzieło jest raczej komiczne, przypomina mi nieodparcie sytuację dziecka rysującego sobie kredą na czarnej jezdni labirynt, z którego potem samo nie potrafi wyjść.

Znowu zaatakował mnie nieprzyjemny dźwięk syreny policyjnego samochodu.

A może to było pogotowie ratunkowe? Może ktoś spieszył innemu na pomoc? A może to tylko pękła rura wodociągowa i woda zalewała czyjeś wypielęgnowane mieszkanie i na ratunek meblom śpieszył hydraulik. Albo elektryk, bo w jakimś biurze-gigancie nawalił transformator i stanęły komputery myślące teraz za miliony ludzi?

Krzyk syren, którymi posługują się służby specjalne mające prawo do takich sygnałów, ich częstotliwość, pozwala zrozumieć rozwój aglomeracji.

Kiedyś, gdy przed kilkunastu laty zamieszkałem w naszym mieście, taka syrena dała się słyszeć może raz w tygodniu. Teraz, gdy idziesz ulicami śródmieścia słyszysz ją kilkanaście razy w ciągu dnia. Ileż ratunku potrzebuje więc dziś człowiek w mieście, które sam stworzył i które teraz zaczyna mu zagrażać?

Nie śpieszy się przecież na ratunek, gdy nie jest on potrzebny...

Mijając wrzaskliwe karetki i agresywne jaskrawo kolorowe reklamy, plakaty, ogłoszenia, znaki zakazu i nakazu, ostrzeżenia i pouczenia, spoglądając na kioski pełne przyciągających uwagę gazet, w których znaleźć można zwykle informacje te same, tylko jakby w inną sukienkę ubrane, a każda z tych sukienek służy rzekomo do „pierwszej komunii” - mijając to wszystko zdawałem sobie sprawę, że trudno jest nam - ludziom wielkich miast, zrozumieć wartość tego, o czym w tym całym oceanie informacji nie ma ani słowa.

Trudno nawet przeczuć istnienie czegoś więcej.

Jak też ten muł informacyjny jest w stanie wypełnić nasze dni!

Mijając to wszystko zastanawiałem się w jaki sposób przeprowadzić zbliżające się rozmowy z mym Rozmówcą.

Bo przecież dzięki jego zainteresowaniu, a ponadto dzięki jego aktywności i możliwościom, o których mogłem się przekonać w trakcie tego krótkiego spotkania na moście, nadarzała mi się okazja nie tylko zrzucenia z siebie ciężaru ukrytego przed innymi ludźmi skarbu i podzielenia się z nimi mą wiedzą!

Zrozumiałem, że mogę wykorzystać ten czas również dla innych, nie znanych mi jeszcze, przyszłych odbiorców mej informacji.

Bo czemuż dopiero przedwczoraj wyruszyłem w drogę?

Czemuż dopiero teraz zaburzyłem normalny tryb swego życia?

Dlaczego teraz dopiero ten „zakopany skarb” zaciążył mi tak bardzo?

Czyżby polegało to na tym, że kropla przepełniła czarę, że zrozumiawszy wiele nie miałem już w sobie miejsca, by magazynować to wszystko i trzeba było nieco oddać, by móc dalej przyjmować?

Chyba jednak nie to było przyczyną mojej przedwczorajszej decyzji.

Zrozumiałem, że narosło we mnie pragnienie próby!

Próby, która wykazałyby, czy posiadam instrumenty (jeśli w ogóle takie instrumenty istnieją), za pomocą których przekaz mej tajemnicy jest możliwy. Czy uniosą ten ciężar: język, słowa, tekst?

Bo przecież wiedziałem od dawna, że przekaz w innym, pozakulturowym kontakcie jest możliwy. Próbowałem to robić i udawało mi się. Ale wiedziałem też, że krąg osób mogących za pomocą tego kontaktu odbierać me informacje jest niewielki, i że nie są oni tymi właśnie ludźmi, którzy mojego komunikatu potrzebują najbardziej. Bo przecież oni sami są blisko wiedzy, o którą chodzi! Komunikat mój zapragnąłem skierować poza granice tego „klubu”.

Uznałem, że jest on potrzebny innym ludziom, właściwie wszystkim.

Jak do nich dotrzeć?

Za pomocą jakiego kodu, skoro znają oni właściwie tylko ten jeden - język uwięziony w kręgu pojęć kultury, która nie absorbuje rzeczywistości poza sobą.

A jednak powstała we mnie pokusa sprawdzenia tego narzędzia.

O tylu trudnych sprawach można przecież za jego pomocą informować.

Może więc nie jest ono tak hermetyczne jak mi się przez lata wydawało? Może zachowały się w nim jakieś pierwiastki, za pomocą których będzie to możliwe. Elementy może zapomniane, nie używane od dawna, ale przecież istniejące, jak wszystko co kiedyś zaistniało.

Nie jestem wszak jedynym w historii człowiekiem, który przekroczył granicę.

Byli tacy!

Było ich przecież wielu. Więcej, niż w codzienności naszej jesteśmy sobie w stanie przypomnieć. Oni również próbowali wykorzystać konieczny mi teraz kontakt. Starali się zmierzyć z tą niesłychanie trudną materią słowa, która głębiej dociera do spraw od słów samych. Może to wszystko uda się ożywić, odszukać, przywrócić dawną, osiągniętą wtedy skuteczność lub nadać nową?

Chodziło więc o próbę języka.

Stąd moja nieprzeparta chęć rozmowy.

Ale w tym właśnie miejscu mój Rozmówca nie wydawał się być idealnym partnerem. Odkryte w nim w czasie spotkania na moście możliwości były za duże. Można było z nich skorzystać, co, ułatwiając kontakt i przekaz, właściwie utrudniało zadanie.

Ale też zaraz zdałem sobie sprawę, że przecież nie jest tak do końca.

Bo - po pierwsze - zdolności jego nie były jeszcze w najmniejszym stopniu wykształcone. Posiadał je jedynie! A poza tym, z czego zdałem sobie nagle sprawę, to ja właśnie postawiłem twierdzenie, że takie zdolności posiada właściwie każdy człowiek!

Każdy!

Nie zdaje sobie tylko z tego sprawy i nie używa ich do kontaktów z czymkolwiek, ale je posiada!

W tym punkcie mój Rozmówca właściwie nie różnił się od innych ludzi. Właściwy człowiekowi potencjał był w nim tylko jakby bliżej. Bardziej na powierzchni!

No więc dobrze - pomyślałem - tak czy inaczej będziesz musiał uważać, by nie korzystać z tego pochopnie. Wówczas cała próba języka nie zostanie wykonana. Trzymaj się! Nie wolno ci iść na łatwiznę! Gdy ci się powiedzie będziesz w domu! I tak zdołasz mu przekazać zakopany skarb, bo on tego pożąda, czuje jego istnienie i pewnie starczy mu cierpliwości zarówno by przejść twoją próbę języka jak i na przyjęcie tajemnicy.

Siedem dni!

To mało!

Posmutniałem na chwilę uświadomiwszy sobie, o co chodzi w tej całej umowie.

Ale siedem dni to również i dużo, skoro do tej pory nie było takiej możliwości ani przez jeden dzień.

Pomyślałem tak i chwilowy smutek zrekompensowany został nadzieją, ciekawością tego co miałem za chwilę rozpocząć, bliskością próby.

Minąłem bank i skręciwszy w cienistą aleję starych drzew i domów ujrzałem już w jej perspektywie nasz most.

Pamiętałem, że zgodnie z wczorajszą rozmową, to do mnie należało zaplanowanie naszej podróży. Nie było to proste. Z jednej bowiem strony podróż nie powinna być monotonna, winna pobudzać naszą aktywność, inspirować, a zarazem nie może odciągać nas od sprawy zasadniczej.

Uznałem więc, że najlepiej będzie, gdy przewiniemy się pośród znanych mi doskonale, a jemu też zapewne, tak przynajmniej sądziłem, cieni kultury, w której przyszło nam się urodzić i wychować. Postanowiłem tak na przekór temu, że ta właśnie kultura traktowała teraz po macoszemu to wszystko, co chciałem jej ofiarować, z czym miałem zapoznać mego Rozmówcę.

Postronny obserwator mógłby pewnie zdziwić się, że opowiadań swych nie chciałem snuć w bardziej stosownym dla nich środowisku. W miejscach, których obyczaj, myśl, codzienność ludzka także i dziś przepełniona jest świadomością tajemnic istnienia, gdzie tajemnica towarzyszy większości ludzi w każdym ich posunięciu, w każdej podejmowanej decyzji.

Mimo iż miejsca te znałem również, postanowiłem ich teraz uniknąć. Nie było w tym nic dziwnego, czy sprzecznego z mą intencją.

Wręcz odwrotnie!

Miejsca te pełne są tajemnic pojmowanych przez zamieszkałych tam ludzi jako istotna rzeczywistość, a świat dostrzegalny zmysłowo rzeczywiście nie wypełnia tak tamtej przestrzeni jak ma to miejsce w Europie czy Ameryce. Ale jest to środowisko tajemnic, które można nazwać mistycznymi. Tajemnicami innego wprawdzie świata, ale nie świata konkretu! A to w moim pojęciu jest tak samo błędne, jak kurczowe trzymanie się zmysłów.

Nie o lekceważenie zmysłów przecież mi chodziło. O nie! Teraz raczej walczyłem o przywrócenie im właściwej rangi, a jeśli już nie zmysłom, to ich ośrodkowi jakim jest mózg człowieka.

Mózg!

A więc coś na wskroś konkretnego, fizycznie doświadczalnego, opisanego za pomocą miliardów słów i pojęć. Znanego nauce empirycznej, a jednak noszącego w sobie nieogarnione jeszcze nawet wyobraźnią tajemnice, nieznane możliwości - i to zgoła nie mistyczne. Po prostu tajemnice wynikające z jego nieznanych, a przynajmniej znanych w stopniu niewielkim - funkcji!

Pomyślałem, że skoro rzecz ma dotyczyć mózgu właśnie, to odwiedzimy te miejsca, gdzie właśnie z mózgu uczyniono boga, gdzie we wszystkim zaczęto się doń odwoływać, ale też na nim się zatrzymano!

Czy to źle?

Nie!

To właśnie również chciałem wyjaśnić memu Rozmówcy.

Niedoskonałość tej metody polegała na tym, że zatrzymano się na mózgu ludzkim takim, jakim był w momencie jego gloryfikacji. Uznano, że taki wystarczy, że ogarnie to co ogarnąć może, że zwycięży materię, ducha, ducha materii, że pokona Boga, szatana, czas i przestrzeń. Wszystko opanuje i złoży u stóp człowieka racjonalnego.

I jakże bliskie było to prawdy.

Także mojej prawdy, którą poznałem.

A jednocześnie jak daleko od prawdy odepchnęła ten mózg jego własna pycha! Pycha człowieka!

Bo póki co, on jeszcze panuje nad swym mózgiem.

Pycha, o której mówię, wynikając z zachwytu nad swymi możliwościami, jednocześnie możliwości te uczyniła własnym więźniem, niewolnikiem, i w konsekwencji kaleką, kalectwem zatrzymanego rozwoju.

I o tym miałem już niedługo mówić do mego Rozmówcy.

Dostrzegłem go już przez moment pomiędzy starymi kamienicami alei, którą szedłem, nim można było poczuć chłód rzeki i jej charakterystyczny zapach. Stał tam, gdzie umówiliśmy się wczorajszego ranka, choć jeszcze kilka minut pozostało do godziny dziewiątej.

Zasłonił mi go jeszcze przez moment falujący tłum ludzi śpieszących do pobliskich biur, ale gdy zbliżyłem się do końca alei i od mostu dzielił mnie już jedynie nabrzeżny bulwar pełen pędzących na północ miasta aut, ponad migającymi dachami pojazdów widziałem już dobrze, jak spokojnie podnosi do ust papierosa, zapala go zapałką, którą następnie wyrzuca za siebie w otchłań pod mostem. Stał teraz oparty plecami o balustradę i patrzył jak i ja ponad dachami mijających go samochodów na południe, skąd przypływała rzeka.

Semafor pilnujący skrzyżowania bulwaru z mostem zatrzymał przeszkadzający mi w przejściu na drugą stronę bulwaru strumień luksusowych „jeżdżących pudełek”,

Tak syn mego znajomego nazywał samochody.

Poprawiwszy torbę na ramieniu ruszyłem przed siebie.

Wiało wzdłuż rzeki przyjemnym chłodem. Pomyślałem przez chwilę, że wróży to nam udaną podróż.

Mój Rozmówca dostrzegł mnie, gdy jeszcze byłem daleko i ruszył w moim kierunku wyrzucając na jezdnię niedopałek papierosa, tak jakby wiedział, że po przywitaniu będziemy musieli przemierzyć moją część mostu ponownie.

Było tak rzeczywiście.

Musieliśmy wsiąść do taksówki na postoju, który przed chwilą minąłem. Po drugiej stronie rzeki rozciągał się teren portowych magazynów, warsztatów i fabryk, gdzie ludzie przybywali zazwyczaj do pracy metrem, autobusami, a latem często rowerami, motocyklami i samochodami, pozostawiając je na rozległych nieopodal parkingach i nie było tam po co podjeżdżać taksówkarzom. Ci rozsądnie wybrali miejsce swego oczekiwania po śródmiejskiej stronie mostu.

Pomachał mi wesoło ręką wzniesioną ponad głowę tak, jak uczynił to wczoraj o świcie przy pożegnaniu.

Dzień dobry!”

Wesoło brzmiące powitanie usłyszałem już z odległości ponad pięciu metrów.

Dzień dobry!”

Odkrzyknąłem równie radośnie i zbliżając się wyciągnąłem rękę na powitanie. Przyjął mą dłoń zdrowym bezpretensjonalnym uściskiem i zapytał.

Wszystko gra?”

Gra.” - odpowiedziałem uśmiechając się.

No to w porządku.” - bąknął i żwawym krokiem podążyliśmy w kierunku bezczynnie stojącego rzędu aut.

Szczęśliwie semafor dawał nam teraz właśnie pierwszeństwo, więc by skorzystać z tego przyspieszyliśmy kroku docierając do krawężnika niemal biegiem. Nie pytając otworzył tylne drzwi pierwszej w szeregu taksówki i gdy również nic nie mówiąc usadowiłem się obok niego zapytał.

Na lotnisko? Czy może się pomyliłem?”

Z trudem pokryłem zdziwienie potwierdzając szybko.

No, jasne!”

Lotnisko!” - zakomenderował w kierunku włączającego taksometr kierowcy.

Nie ma sprawy.” - zgodził się tamten i ruszyliśmy.

Po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu.

Odebrałem w okienku plik biletów przygotowanych zgodnie z mym wczorajszym telefonicznym zleceniem. Były ułożone w porządku chronologicznym, więc dwa pierwsze zatrzymałem, resztę schowałem do torby. Nie musieliśmy oczekiwać na odprawę bagażu, gdyż nasz, przewieszony przez ramię kwalifikował się jako ręczny i zabieraliśmy go ze sobą do samolotu. Odprawiliśmy się jednak dość pośpiesznie, gdyż niewiele czasu pozostało nam do odlotu

Znowu zdziwiłem się, że mój Rozmówca ani nie spojrzał na bilet, który mu wręczyłem, ani potem na tabliczkę z kierunkiem lotu wiszącą nad stanowiskiem odprawy. Tak, jakby wiedział gdzie lecimy, albo też nie miało to dla niego żadnego znaczenia.

Nie chciałem w tej chwili koncentrować się na tyle, by poznać rzeczywistą przyczynę tego postępowania, bo ostatecznie nie było to takie ważne. W jego zachowaniu istotniejsze było dla mnie to, że na tej podstawie można było mieć nadzieję, iż w podróży naszej nie będziemy tracić zbyt wielu słów i czasu na sprawy bez znaczenia.

Bo pomyślcie!

Ileż to zwykle w podobnej sytuacji dzieje się rzeczy niepotrzebnych.

Ponieważ byliśmy umówieni, że we wspólnej podróży spędzimy razem siedem dni i że w tym czasie będziemy zajmować się przede wszystkim rozmowami dotyczącymi mych odkryć, cała reszta, czyli na przykład to gdzie będziemy niejako z założenia powinno mieć drugoplanowe znaczenie.

Umówiliśmy się również, że ja zaplanuję i zorganizuję trasę, co też się stało - a więc - tak na zdrowy rozum - teraz wszelkie pytania: a gdzie...? a czemu tam...? a po co..? a czy tam już byłem...? i wszelkie inne tego typu informacje, które niemal każdy chciałby otrzymać - w takiej chwili były bez znaczenia, skoro byliśmy zdecydowani realizować i realizowaliśmy właśnie naszą umowę.

Bo przecież wszystko było w porządku!

To prawda, że umowa była nadzwyczaj krótka i zawierała jedynie najważniejsze punkty. Ale jednak je zawierała i były rzeczywiście najważniejsze. Wszystko inne miało drugoplanowe znaczenie, toteż nie warte było zainteresowania.

Ale nie śmieję się nigdy z ludzi, którzy poszukują tych informacji mimo miałkości ich znaczenia!

Tracą wiele energii, słów i czasu na ich uzyskanie i do podobnego marnotrawstwa zmuszają swych przygodnych czy nawet stałych partnerów.

Człowiek dzisiejszy niczego tak nie pożąda jak wiedzy o przyszłości.

Pomyślcie!

Gdy przeanalizujecie większość stawianych przez was, czy przez ludzi z waszego otoczenia, pytań - tych codziennych, nawet zawartych w przelotnych rozmowach - to zorientujecie się, że kilka z nich dotyczy tego co było, a reszta, znakomita większość to pytania o to co będzie, choć często za pomocą formy gramatycznej sugerują związek z tym, co jest, ale ich intencją jest jakieś lepsze czy gorsze, dalsze czy bliższe - poznanie przyszłości.

Na przykład ktoś pyta przechodnia na ulicy czy daleko jest do dworca kolejowego. W istocie chodzi mu o to by uzyskać informację dotyczącą przyszłych jego działań! - czy zdąży na pociąg, czy musi po uzyskaniu odpowiedzi przyśpieszyć kroku, czy też może rytm swego poruszania się zwolnić, a może nawet załatwić jeszcze coś po drodze, bo dworzec kolejowy jest już bardzo blisko. Nawet, gdy dowiedziawszy się, że dworzec jest tuż, a więc, że niepotrzebnie śpieszył się i wychodząc za wcześnie z hotelu popełnił błąd, to jest to też przecież refleksja na temat czynności (decyzji) podjętej w przeszłości, ale czynności, której intencją i sensem było planowanie, konstruowanie, realizowanie czegoś co było wówczas przyszłością!

Właściwie wszystko co robi człowiek, czym się zazwyczaj zajmuje, jest swoistym wychylaniem się w przyszłość, czyli aktywną próbą opanowania jej, uprzedzenia jakby własnymi decyzjami tego co ma nastąpić w przyszłości. I zaobserwować to można niemal we wszystkim, oczywiście gdy uważnie się patrzy. Od rzeczy najdrobniejszych po najważniejsze! Od tego, co jest tuż tuż zarówno w przestrzeni jak i w czasie, po sprawy najbardziej odległe!

Zwykłe patrzenie pod nogi w trakcie spaceru po ulicy czy łące jest przecież niczym innym jak staraniem o to, by za chwilę (w przyszłości) nie potknąć się i nie przewrócić. Lęk abiturienta przed oblaniem matury nie jest przecież lękiem przed właśnie jej oblaniem. Sam fakt jest tu niemal zupełnie bez znaczenia. Znaczenie mają natomiast skutki tego zdarzenia w przyszłości. One są istotą troski przed egzaminem. Przyszły wstyd lub satysfakcja, przyszłe zmartwienia czy radości rodziców i najbliższego otoczenia, przyszłe możliwości (na przykład studiowania) lub ich brak.

Toteż nigdy nie śmieję się z ludzi, gdy w najdrobniejszych nawet sprawach starają się dowiedzieć czegoś, co mogło by im pomóc w projekcji istotnej dla nich przyszłości.

Jest to ludzkie, a nic co ludzkie nie jest śmieszne.

Inna sprawa, że żal mi, gdy widzę ową aktywność związaną z czymś nieistotnym, aktywność, która jest wynikiem swoistej bezmyślności, bo zadawane pytania i otrzymywane odpowiedzi w niczym nie wzbogacają danych już posiadanych przez nasz mózg. Danych, które zupełnie wystarczą, by powziąć potrzebny sąd o przyszłości, a w każdym razie o jej zasadniczych elementach.

Cieszyło mnie, że przykładem rozsądnej ekonomii było właśnie postępowanie mego Rozmówcy.

Nie pytał na przykład o to, gdzie będziemy spali, bo przecież że będziemy spali było oczywiste i nie trzeba było, przy pewnej dyscyplinie myślowej, wcale o to pytać. Uzyskana informacja w niczym sprawy do przodu nie posunie. Nawet gdybym mu nie wiem co i nie wiem jak szczegółowo opowiedział o hotelu, który zamówiłem, nie wyniknęłoby z tego opowiadania właściwie nic, skoro rzecz dotyczyła wyłącznie spania, a nie mieszkania, czyli dłuższego przebywania, bogatego w różnorakie czynności. Dla snu jest mało istotne, jakie w sypialni hotelowej stoją fotele, jakie wiszą obrazy na ścianach. Tu sensowniejsze byłoby chociażby pytanie, czy zamówiłem miękkie (albo twarde) łóżka.

Ale czy ktoś zadaje takie pytanie?

Rzadko!

Tym bardziej, że zwykle zamawiając pokój w hotelu nie wiemy o tym. Zazwyczaj starczy nam, że słowo „hotel” samo w sobie zawiera już istnienie łóżek i z góry zakładamy (nie mamy przecież innego wyjścia), że łóżka te są przynajmniej średnio wygodne, ani zbyt twarde ani zbyt miękkie. Bo pomyślane dla przeciętnego człowieka - ani dla wielbiciela łóżek miękkich, ani jego przeciwieństwa. Lepszym pytaniem, chcąc ściśle przestrzegać sensowności jego zadania, jest pytanie o to, czy już w tym hotelu nocowałeś? Jeśli tak, to dopiero otwiera się jakaś szansa na dalsze istotne informacje. Ale podnieceni podróżą ludzie zazwyczaj pytają np. - w jakim hotelu śpimy dzisiaj? - W hotelu Adler! - pada odpowiedź - i pytający jest zadowolony.... choć przecież niczego, ale to niczego poza nazwą hotelu się nie dowiedział.

Samolot nasz wzniósł się lekko w powietrze i poszybował ku przestworzom. Nim wyrównał lot osiągnąwszy zaplanowaną wysokość w stosunku do ziemi unosił się rzeczywiście w kierunku, który gdyby pozwoliłaby mu na to fizyka, był nieskończony!

Tam można było lecieć zawsze, bez końca.

I kto wie, czy istniałby jakiś fizyczny cel, do którego lot taki by zmierzał?

Myślę, że nie!

Na tym polega cudowność wszechświata, że jest on nieskończony.

I nie przeraża mnie to. Wręcz odwrotnie!

Tylko dlatego możliwe jest pojęcie wolności!

Nie istnieje ono przecież w obrębie jakichś układów zamkniętych.

By pojęcie to nie było logicznie sprzeczne, by mogło rzeczywiście zawierać w sobie to co zawiera - a więc nieskończone możliwości (choć praktycznie wieloma istotnymi elementami współistnienia ograniczane - co wcale nie znaczy, że ograniczone w całości) - musi funkcjonować jedynie wobec nieskończoności, nieograniczoności.

Człowiek lęka się kontaktu z takimi pojęciami, bo trudno je sobie wyobrazić. Przekraczają one wymiar świata fizycznego, z którym potrafi się kontaktować i kontakt ten jest dla niego oczywisty. A przecież to właśnie te pojęcia istotowo przynależą bytowi tak wspaniałemu jak człowiek.

Lęk przed tym co mi istotowo najbliższe!

Może właśnie dlatego tak często dziś obserwujemy i opisujemy człowieczy lęk przed wolnością? Przecież ta właśnie wolność jest tej samej natury co wszechświat, nieskończoność, wieczność.

I o tym będę już niebawem rozmawiał z mym Rozmówcą.

Osiągnąwszy potrzebną wysokość dziesięciu tysięcy metrów pilot wyrównał lot naszej maszyny. Płynęliśmy teraz równolegle do powierzchni ziemi.

Bezchmurne niebo, tak nad nami jak i pomiędzy nami a naszą planetą pozwalało przyjrzeć się jej z tej, przecież nic nie znaczącej odległości. Lecieliśmy teraz nad górami.

Gdy wędrowałem poprzez nie tam na dole, czułem ich wspaniały majestatyczny ogrom.

Gdy patrzyłem z przełęczy ponad rozległą doliną ku wznoszącym się za nią na powrót ku niebu zboczom, gdy za pomocą lornetki odnajdywałem z pewnym trudem na przeciwległych szczytach schronisko, do którego wtedy zdążałem, wielkość tych cudownych, wyrzeźbionych wiekowym działaniem przyrody gór, urozmaiconych bogatą florą przeplatającą się z zielonymi płaszczyznami hal, robiła na mnie głębokie wrażenie. Byłem wobec nich z mymi ludzkimi gabarytami niczym, nawet nie pyłem. Z mym czasem trwania w ludzkiej postaci, czasem, w którym strumień nie był w stanie rozkruszyć nawet kamyka wielkości mej pięści, a przecież płynąc teraz dołem przeciął już jakby na pół zwaliste cielska tych potężnych skał i drążył je cierpliwie dalej i miał drążyć nie wiedzieć jeszcze jak długo po nas.

Procesy te nie dadzą się nawet porównać.

Wtedy czułem się po prostu niczym.

Tak!

Tam, na dole góry były wielkie i wspaniałe.

Teraz, gdy patrzyliśmy na nie z góry, pozostały jedynie różnorakim cieniem na powierzchni planety, stanowiąc przebogate kształty plam - jasnych tam, gdzie oświetlało je słońce, ciemniejszych w jego cieniu, a nieraz zupełnie ciemnych w dolinach, gdzie promienie słoneczne w ogóle nie dochodziły. Ich potężna dla człowieka wysokość, teraz również człowiekowi - objawiała się jako znikomość.

Czy zdajemy sobie w pełni sprawę z tego czym jest względność wymiarów wobec siebie?

Czy rozumiemy, że wszystko co znamy jest właściwie znikomym, ledwie dostrzegalnym (jeśli w ogóle) punkcikiem wobec całości istnienia?

Czy ogarniamy myślą wielkość słońc, które na nocnym letnim niebie widzimy jako mrugające punkciki?

Pewnie to rozumiemy, bo nauczyli nas astronomowie. Poinformowali nas, że odległości pomiędzy gwiazdami są trudne do wyobrażenia i że mierzy się je w jakichś skomplikowanych jednostkach, w których odległości te byłyby współmierne z funkcją, że miesza się materię z czasem i przestrzenią. Rozumiemy, że ten ogrom istnieje. Wiemy o tym!

Jednak to co ludzie nazywają - wszechświatem - wymyka się naszej wyobraźni.

Ale czy zdajemy sobie sprawę ze znaczenia tej znikomości wszystkiego co istnieje wobec całości?

Wątpię!

Gdybyśmy tak naprawdę zdali sobie sprawę chociażby tylko z tego, bylibyśmy wiele bliżej wiedzy o wielkiej tajemnicy istnienia. Ale czy człowiek jest w stanie....

Tak...!

Jest w stanie!

Gdy lot nasz wszedł w swą normalną, nudną fazę jednostajnego szumu silnika i szmeru pracujących nad naszymi głowami dysz nadmuchujących do wnętrza kabiny świeże powietrze wzbogacone tlenem z agregatów, tlenem którego na tej wysokości już prawie nie ma, a stewardesy rozniosły już pośród pasażerów napoje, postanowiłem rozpocząć nasze rozmowy.

Znając naturę ludzką wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że człowiek wtedy dobrze czuje się w obecności drugiego człowieka, gdy wie i czuje, że jest dlań ważny, interesujący, pociągający jako osobowość, postanowiłem udowodnić mojemu Rozmówcy moje prawdziwe zresztą zainteresowanie nim i jego osobowością.

Chciałem, by na początku on mówił.

By zrozumiał, że w czasie naszej podróży nie będzie jedynie odbiorcą przekazywanych przeze mnie informacji, że jest istotą równie interesującą dla mnie jak ja dla niego, a konieczna dysproporcja, która musi się w naszych przyszłych rozmowach pojawić, wyniknie jedynie z tego powodu, że na razie to właśnie ja jestem posiadaczem tajemnicy, która jest mu potrzebna. Jednak po zapoznaniu się z tajemnicą będzie mógł ją rozwinąć i być może po jakimś czasie to ja będę musiał wysłuchać jego opowieści, by kolejną dysproporcję wiedzy wyrównać.

Jakim cudem odgadłeś, że musimy udać się na lotnisko?” - zapytałem.

Żadnym cudem! Po prostu!” - odpowiedział

Jak to po prostu?”

Pomyślałem sobie, że byłoby w tym coś niezrozumiałego, gdybyśmy zostali.”

Gdzie?”

W naszym mieście.

Dlaczego?”

Pytałem coraz bardziej zainteresowany jego odpowiedziami.

Bylibyśmy za blisko!”

Czego?”

Tego wszystkiego, co musiałoby nas rozpraszać.” - odpowiedział bez namysłu.

Zgadzałem się z nim, ale chciałem poznać jak głęboko to pojmuje.

Rozpraszać? Co mogłoby nas rozpraszać?” - pytałem dalej.

Teraz zastanowił się chwilę i uważnie na mnie spojrzał.

Nie znasz tego?”

Był wyraźnie zdziwiony mym ostatnim pytaniem.

Czego?”

Udawałem, że nie rozumiem.

Te wszystkie sprawy, które zaprzątają cię na codzień... Przecież one osaczają cię... Trudno się od nich wyzwolić..”

Widać było, że z trudem tłumaczy to o co mu chodzi.

Jakie sprawy?” - starałem się pomóc mu - „Daj jakiś przykład.”

No, wszystkie! Na przykład choroba.”

Twoja choroba?”

Nie koniecznie! A moja to nawet najmniej!”

No więc?”

Znowu chwilę się zastanowił.

No na przykład matki, albo żony... Masz żonę, albo matkę”

Mam.”

Odpowiedziałem spokojnie starając się, by mój spokój udzielił się także Rozmówcy, bo jego ostatnie pytania stawały się jakby bardziej nerwowe, niecierpliwe.

Mam obie! Matkę daleko, w obcym kraju, a żonę blisko, przy sobie.”

To może masz też dzieci?” - zapytał.

Mam” - potwierdziłem.

O.K! To wspaniale!”

Te informacje uspokoiły go, ale też odciągnęły jego zainteresowanie w inną stronę.

O.K!” - powtórzył - „Też chcę mieć kiedyś dzieci i żonę. Nie złożyło się jakoś.”

Ale postanowiłem wrócić do tematu.

No więc co z tą moją żoną, matką, dziećmi?”

No, nic! Nie obciąża cię to, nie rozprasza, jeśli któreś z nich jest chore?”

Obciąża mnie! To jasne! Ale dlaczego ma mnie rozpraszać?”

Zapytałem, chcąc by mówił dalej.

Jak to dlaczego? Możesz skupić się na czymś innym, gdy masz taki kłopot?”

To zależy.” - odpowiedziałem.

Od czego?”

Od wielu rzeczy! Przede wszystkim rzeczywiście staram się nie robić kilku spraw na raz, ale..”

No właśnie! Zawsze coś kosztem czegoś.”

Rozmawiał teraz żywo, w pewnym podnieceniu, ale wystarczająco spokojnie by przyjmować informacje. Powiedziałem więc.

Oczywiście! Ale przecież nawet przy chorym nie jesteś zajęty bez przerwy.”

No tak! Ale jednak nie można takiego zmartwienia odciąć nagle, jak nożem.”

A jeśli potrzeba?”

Znów natężył uwagę.

Potrafisz zerwać ten ogon?” - zapytał.

Jaki ogon?”

No ten! Uczuciowy. Ja na przykład, nawet jak wyjdę od matki która cierpi, gdy już zamkną się za mną drzwi jej mieszkania, to myślę o tym jeszcze długo. Muszę się powoli od tych myśli odrywać, by skupić się na czym innym. A to trwa!”

Ach! Ten ogon.”

Spojrzałem mu głęboko w oczy, bo chciałem by dobrze zrozumiał o co mi chodzi -

Potrafię.”

Moja odpowiedź zdziwiła go. Wyjaśniałem więc dalej.

Tu nie chodzi o żadną znieczulicę na czyjeś cierpienie. To co innego! Ja też nie przestaję myśleć o cierpieniach dziecka zaraz po przekroczeniu progu pokoju, w którym ono leży. Wręcz odwrotnie! Staram się dokładnie zastanowić nad wszystkim, podjąć decyzję jak mu ulżyć, pomóc, co trzeba zrobić. Czy zawołać lekarza, czy jeszcze poczekać, bo stan nie jest groźny i należy dać organizmowi czas na samodzielną walkę z chorobą...”

No dobra! Rozumiem.” - zgodził się - „Ale myślenie to jedno, a uczucie to drugie.”

Oczywiście! Ale uczucie jest, a nawet przecież powinno być jakoś związane z myśleniem. To nie są osobne rzeczy.” - powiedziałem z naciskiem.

No, tak! Przemyślisz wszystko, przeanalizujesz i co dalej?”

Dalej? Dalej robię to co w danej sytuacji uznam za potrzebne, albo to, co uzna za potrzebne ktoś inny. Na przykład lekarz i...”

I z głowy?” - przerwał mi.

Niejako!” - odpowiedziałem i spokojnie dodałem - „Staram się nie powtarzać niepotrzebnie raz zakończonego procesu myślowego dopóty, dopóki nie ma nowych elementów! Nie lubię się grzebać we własnych kłopotach.”

Bo nie ma to sensu? Tak?”

Tak.”

Zabrzmiało to trochę okrutnie, więc starałem się jeszcze uzasadnić mój pogląd.

Nie warto robić rzeczy niepotrzebnych. Człowiek wtedy rozprasza się i traci skuteczność. Myślę, że ważniejsze jest bym skutecznie pomógł cierpiącemu, niż bym wylał nad nim morze łez. Łzy są potrzebne. Potrzebna jest wrażliwość na cierpienie drugiego człowieka. Ale nie bezsensowna! Wtedy wrażliwość traci sens.”

Odwrócił się do okna i jakby kończąc temat powiedział już do siebie.

No.... tak. Trzeba przestrzegać jakiejś dyscypliny.”

Chwilę patrzył na morze, nad którym właśnie lecieliśmy. Potem odwrócił się do mnie znowu i zapytał.

No dobrze! Czyli opanowujesz te niepotrzebne, ckliwe emocje. I co? Zaraz możesz przystąpić do spraw istotnych?”

W zasadzie tak, ale..”

W zasadzie!” - przerwał - „Robisz tak czy nie?”

Czasami! Gdy to jest potrzebne.”

Spojrzałem na mego Rozmówcę uważniej i teraz postanowiłem upomnieć go nieco ostrzej.

Co ty sobie wyobrażasz? Że człowiek jest maszyną? Ja też mam przestoje, kiedy zajmuję się byle czym.”

No, dobrze.” - powiedział uspokajająco i uśmiechnął się - „Rozumiem przecież! Tylko chciałem się trochę podroczyć.”

Znowu podeszła stewardesa z swym wózkiem.

Kawa dla panów? Czy herbata?” - zapytała.

Wzięliśmy kawę. Ja dużą porcję bez cukru z odrobiną mleka, mój Rozmówca w mniejszej filiżance, do której wsypał dwie czubate łyżeczki.

Cukier nie należy do akceptowanych przeze mnie w pełni produktów cywilizacji, toteż nie mógł bym wyrazić uznania dla tak mocno słodzonej kawy, ale nie to było w tej chwili ważne. O wiele ważniejsze wydało mi się i ucieszyło mnie prawdziwie, że miałem przed sobą normalnego człowieka. Nie jakiegoś eremitę starającego się w myśl jakichś abstrakcyjnych zasad dociec tajemnic nas otaczających. Kogoś, kto spaczyłby swój charakter wymyślonymi teoriami rodem z ezoterycznej literatury, kto sprowadziłby swe reakcje poniżej poziomu normalności, czy wyostrzył je stosując się do jakichś innych bzdur, których tyle się dziś wypisuje, opatrując obietnicami niezwykłej skuteczności w osiąganiu szczęścia na ziemi. Zwykle robią to szarlatani, którzy sami niewiele wiedząc, podsłuchują co mówią poważni ludzie i ubierają to potem w zazwyczaj ponure szaty jakiejś magii.

Jego normalność, przeciętna emocjonalność połączona jednak z ciekawością, sprawiały mi największą radość.

To właśnie było nam obu potrzebne, by naszej podróży nadać oczekiwany przeze mnie charakter. Cieszyłem się teraz tą konstatacją, bo przecież znajomość nasza trwała tylko chwilę i błąd był jeszcze możliwy.

Postanowiłem jednak wrócić do tematu z początku naszej rozmowy.

Więc powiadasz, że ot, tak po prostu wymyśliłeś sobie, że powinniśmy udać się na lotnisko, bo trzeba odlecieć.”

Prawie.” - odpowiedział.

A dokładniej?”

Wydedukowałem to.”

Jak to wydedukowałeś?”

No tak! Nie wiesz co to jest dedukcja? Sherlock Holmes dedukował. Zestawiłem sobie parę przesłanek... no, - elementów tego wszystkiego i wyszło mi, że jeśli nie jesteś człowiekiem biednym, którego nie byłoby na to stać, to właśnie coś takiego wymyślisz.” - powiedział.

Czyli wymyśliłeś to! Czy może wyczułeś?”

Nie rozumiem?” - skupił się na mym pytaniu.

Wymyśliłeś, czy raczej wyczułeś, że tak mogę zrobić?”

No! Zaraz!” - trudno było mu zrozumieć o co pytam - „Bo ja wiem? Raczej wymyśliłem. Bo myślałem o tym. Kombinowałem.”

W porządku! Ale przecież proces dedukcji mógł cię doprowadzić do zgoła innych wniosków.” - powiedziałem - „To nie jest kryminał, który polega właściwie na zestawianiu faktów i zdarzeń, ustalaniu ich kolejności, charakteru, a potem na przeprowadzaniu równania z wieloma niewiadomymi. Tu każda przesłanka, którą brałeś pod uwagę, była już pewnego rodzaju interpretacją. Przecież nie znałeś mnie, właściwie nie wiedziałeś czego będzie dotyczyła nasza rozmowa. Dalej o tym jeszcze nie wiesz!

Wiesz tylko, że ja chcę ci coś ważnego opowiedzieć, a ty poszukujesz właśnie czegoś, co mogłoby przyspieszyć proces twego rozwoju. To stosunkowo mało, by metoda dedukcyjnego rozumowania mogła się sprawdzić.”

No tak!” -zdziwił się - „Ale przecież intuicja również mogła mnie zawieść! Ona opiera się na jeszcze trudniejszych do uznania przesłankach.”

Nie powiedział bym!” - stwierdziłem z naciskiem - „Chociaż to co nazywamy zazwyczaj intuicją nie jest najlepszym narzędziem. Są lepsze.”

Ale przecież nie poszukiwałem odpowiedzi na te pytania poza procesem myślowym.”

W porządku! Ale myśl człowieka nie jest tylko funkcją rozwiązywania matematycznego równania czy zagadki logicznej. Myślą, a może lepiej - mózgiem, gdzie myśl powstaje, działa i uzyskuje rezultat - czuje się, widzi, dotyka.”

Zawahałem się czy nie posunąłem się od razu za daleko. Czy słowa, które wypowiedziałem nie mieszczą w sobie zbyt dużo informacji bez uzasadnienia. Toteż przerwałem.

Mój Rozmówca milczał, więc dodałem po chwili jakby od niechcenia.

Przecież wczoraj, żeby uznać nasze spotkanie za obustronnie poszukiwane, nie miałeś żadnych logicznych, w znaczeniu matematycznym, danych. A jednak ilość posiadanych przez nas informacji wystarczyła, by taki sąd podjąć, uznać że tak jest.”

Gdzie posiadanych? - zapytał w napięciu.

Jak to gdzie? Przecież nie w brzuchu.” - starałem się rozluźnić atmosferę.

W mózgu?” - zapytał jakby z dwoma znakami zapytania.

Oczywiście!”

Teraz ja starałem się przerwać rozmowę, a on zgodził się na to, pewnie chcąc uporządkować otrzymane informacje.

Chwilę milczeliśmy.

Na horyzoncie bliższej teraz ziemi, bo samolot powoli zbliżał się do portu swego przeznaczenia, widać już było miasto do którego zmierzaliśmy. Bliżej jeszcze niewielka wyspa, niemal zupełnie pozbawiona roślinności, wystawała z morza upstrzonego białymi, przemieszczającymi się pasemkami fal, lekko spienionych południową bryzą.

Pewnie podobnie wyglądało to wówczas, gdy kilkadziesiąt kilometrów stąd na południe jedynie przestwór był świadkiem tej jednej z najcichszych tragedii w historii człowieczej.

Spójrz tam!”

Wskazałem memu Rozmówcy roztaczający się pod nami widok.

Spojrzał w dół i dłużej zatrzymał wzrok na powoli przesuwającym się obrazie zachwycającej ziemi, ojczyzny ludzi.

Tak właśnie, zachwycająco musiał wyglądać ten świat, gdy marząc o tym, co za właściwie psie pieniądze jest dziś naszym udziałem, ginęli nieopodal dwaj wspaniali mężczyźni.” - powiedziałem.

Tak!”

Potwierdził i po chwili dodał.

Jak kamienie w toń rzucone, razem ze swą człowieczą nadzieją, na dno morza.”

To mit?” - zapytałem.

Pewnie mit.” - odpowiedział.

Ale mit jest prawdą o myśli człowieka!” - powiedziałem.

Tak.”

Skoro tak, to mit jest dowodem na to, że ci, którzy przed ponad dwu tysiącami lat ten mit stworzyli, wiedzieli już że nasza dzisiejsza podróż będzie możliwa. Że człowiek będzie latał w przestworzu.”

Po chwili zapytałem.

Rozumiesz to?”

Oderwał wzrok od coraz to bardziej kolorowej powierzchni ziemi i spojrzał przez chwilę na mnie, zastanawiając się.

Nie bardzo.” - przyznał w końcu.

Gdy pomyślano o czynie Dedala i Ikara potraktowano go jako uosobienie ludzkiego przeczucia, że jest to możliwe.” - wyjaśniałem - „Marzenia ludzkie są przeczuciem ludzkiej możliwości. Powstają w mózgu jako projekcja tego, co człowiek chciałby osiągnąć, bo przeczuwa, że jest to możliwe.”

Słuchał z uwagą, więc mówiłem dalej.

Człowiek nie marzy abstrakcyjnie. Marzy o tym, co było już udziałem innego człowieka i o czym wie, że zostało już osiągnięte, a tylko marzący nie może jeszcze tego doświadczyć, lub o tym, co zgodnie z posiadaną przez siebie, wstępną wiedzą o zjawisku uważa już za możliwe, czyli jakby częściowo poznane. Marzenie abstrakcyjne nie jest do pomyślenie z tego prostego powodu, że niczego abstrakcyjnego nie ma!

Bo co znaczy słowo abstrakcja?

Jest to pojęcie określające zestawienie ze sobą istnień niemożliwych lub sprzecznych ze sobą. Tymczasem takich istnień nie ma. Wszystkie ze sobą harmonizują, a sprzeczne, czy lepiej powiedzmy - nie zharmonizowane - pozostają takimi tylko na razie. Chwilowo!

Albo ta harmonia wydaje nam się jeszcze niemożliwa? Ale to nie znaczy. że niemożliwą jest w istocie!

Tak więc powstanie w umyśle człowieka mitu, marzenia, pragnienia nawet jest projekcją rzeczy możliwej!

Co więcej!

Takiej, która na pewno będzie! Bo to, że człowiek ją pomyślał jest dowodem na to, że jest.

Jest już!

Tylko nie jest nam jeszcze dostatecznie znana.”

Mój Rozmówca zapytał.

Czym więc jest mózg człowieka?”

Na to pytanie miałem mu odpowiedzieć jeszcze nie w tej chwili, gdyż znowu stewardesa zaczęła kręcić się pośród nas, sprawdzając czy pasy bezpieczeństwa mamy zapięte, bo zbliżało się lądowanie. Teraz nie można już było rozmawiać, gdyż trzeba było wykonać stereotypowy szereg czynności będących początkiem nowej swobody.

Z lotniska nie udaliśmy się jednak w stronę ruin miasta, gdzie myśl filozofów uświadomiła ludzkości, że człowiek jest czymś wyjątkowym w stosunku do całości wszechświata, że tworzy on rzeczywistości pozamaterialne i że właśnie to jest jego właściwością jedyną i najważniejszą - że jest istotą, która może wiedzieć!

Nie!

Po pozostawieniu niepotrzebnych rzeczy w hotelu, kazaliśmy zawieźć się nad morze.

Nie na plażę, ale tam, gdzie szacowne ruiny można było ogarnąć wzrokiem, skąd wyglądały najpiękniej, a gdzie niewygodne, zwykle strome i postrzępione skały pozwalały cieszyć się szelestem nadpływającej z daleka wody, jej chłodem udzielanym powietrzu.

Jechaliśmy przez miasto, niemal niczym nie przypominające naszego, z którego wyjechaliśmy kilka godzin temu. Inne domy, inne zgoła światło słoneczne, inny ruch na ulicach i inny rytm i nastrój miasta. Jedno tylko było takie samo jak u nas, jak wszędzie na świecie. Człowiek i jego sprawy!

Bo to, co etnografowie i wszelkiego rodzaju inni powierzchowni ludoznawcy akcentują jako różnice między nami, jest tylko niewiele znaczącą odmiennością wyglądu zewnętrznego i innych równie mało ważnych cech! Ludzie są bowiem podobni do siebie na tyle, że można mówić o gatunku ludzkim, o człowieku jako „całości”. Może dlatego ludzkość odkryła, że w zasadniczym stopniu jesteśmy sobie równi i poszukuje uzasadnień dla wynikających z tego faktu równych dla każdego człowieka praw?

Każdy z nas wszędzie, bez względu na miejsce gdzie wyrósł czy gdzie się znajduje, jest nieograniczoną możliwością. Wyjątkowym, wybranym i absolutnie niezbędnym składnikiem całości, choć w tej całości jesteśmy trudnym do odnalezienia drobiazgiem!

Po drodze kupiłem na targowisku spory kawał owczego sera, trochę aromatycznych, świeżych jarzyn i spory bukłak łagodnego wina, które w tym klimacie lepiej gasi pragnienie niż woda, a dodatkowo zatrzymuje ją w organizmie i człowiek nie poci się nieznośnie.

Teraz, siedząc mało wygodnie na skałach nadbrzeżnych, ubrania pozostawiwszy pod opieką cienia ostatniego z drzew rosnących nieopodal morza, zjedliśmy po sporym kawałku sera i popiwszy winem postanowiliśmy ochłodzić nasze ciała w przezroczystej, mocno zasolonej wodzie.

Przyjemność ciała ludzkiego w kontakcie z przyrodą jest jego przyrodzonym, wynikającym z samej natury prawem. Nie ma bowiem nic sobie bliższego, niż człowiek i otaczająca go natura.

Przerwanie tego podstawowego kontaktu jest karygodnym czynem, toteż wciąż ponosimy za to karę. Potrzeba czegokolwiek innego poza otaczającą nas naturą jest naszym ludzkim wymysłem, stanowi jednak istotne i ważne doświadczenie, zarówno nasze ja i całości istnienia, którego jesteśmy przejawem. Doświadczenie takiej samej natury jak ból, cierpienie, zło!

Nie jest przeto doświadczeniem złym czy niepotrzebnym!

Bo nic co istnieje nie niepotrzebne jest, choćby zaistniało tylko przez chwilę.

Sens wszystkiego jest wszystkim! Wszystko jest z kolei sensem uniwersalnym - ale razem i w właściwej sobie harmonii.

Pływaliśmy chwilę, by po ożywieniu krwiobiegu i usunięciu zmęczenia podróżą a także gwałtowną zmianą klimatu wrócić na niewygodne skały w celu dalszej rozmowy.

Znowu pozwoliłem memu Rozmówcy odnaleźć to miejsce mego opowiadania, które było dla niego najważniejsze.

Czym więc jest mózg człowieka?” - zapytał sadowiąc się w pobliżu cienia.

Ja siedziałem niemal w pełnym słońcu, gdyż nie czułem nadmiernego gorąca, ale ponieważ byliśmy tu sami, nie potrzebowałem natężać głosu by docierał doń bez trudu, gdyż spokojne i leniwe morze nie stanowiło przeszkody.

Jest oknem i drogą!” - odpowiedziałem - „Oknem, przez które możesz dostrzec to, co jest poza granicą naszej wiedzy! Właściwie chyba wszystko, bo tam wszystko jest jednią i mimo nieograniczoności właściwie nie istnieją niewiadome. Nie istnieją pytania, na które odpowiedzi trzeba by żmudnie poszukiwać, odsłaniając jej fragmenty. Tylko od zdolności mózgu zależy z jak wielką częścią istnienia możesz nawiązać kontakt.

Ale on - ten mózg - jest częścią owej całości! Do niej należy! Więc właściwie jest oknem, przez które mógłbyś dostrzec wszystko, ale... „

Przerwałem.

Ten trud słowa! Wiedziałem, że jedynie sygnalizuję to co chcę przekazać.

Próba języka!!

No cóż!

Nie wypada najlepiej.

Ale nie wolno rezygnować.

Po to tu jestem. Po to w ogóle jestem.

Walczyć, podjąć zmagania, a może uda się w jakimś niewielkim chociażby, ale istotnym stopniu pokonać barierę ograniczającą możliwości.

Przecież gdy wyjaśniałem memu Rozmówcy sens mitu zrozumiałem równocześnie, że skoro podejmuję tę próbę, skoro uważam że jest możliwe jej powodzenie, skoro podejrzewam iż język może wyrażać istotne informacje i tajemnice, to musi tak być w istocie!

Muszę tylko nauczyć się używać go w tym celu! On jest przecież również częścią całości, a więc musi móc mieć z nią kontakt!

Postanowiłem więc brnąć dalej bez względu na skutki!

Przecież nasza podróż zaczęła się już na dobre, więc nie wolno było tracić czasu, tracić wiary, że ma ona sens - nie wolno było poddawać się zwątpieniu!

Mój Rozmówca rozumiał to chyba podobnie.

Widząc me zmagania z oporną materią słowa, a pewnie też z powodu mych miernych sukcesów w tym względzie, niewiele rozumiał z tego co powiedziałem, ale spokojnie pozwalał mi brnąć dalej i słuchał uważnie, milcząc.

Jest też drogą...”

Starałem się mówić z jak największym namysłem, ważąc niemal każde słowo, wypróbowując jego odpowiedniość wobec treści, którą starałem się przekazywać, i starałem się zachować spokój wobec napełniającej mnie goryczy.

... drogą.. jest promieniem światła po którym... ...Nie...!

...Jest strumieniem energii....

...Poczekaj chwilę.”

Przerywałem niekiedy by się zastanowić.

On starał się uspokajać mnie spojrzeniem, narastającym w nim spokojem, cierpliwością oczekiwania.

Mówiłem dalej.

No tak! Jest niewątpliwie rodzajem drogi, po której można iść dalej w poznaniu istnienia. Nic innego tej drogi nie stanowi. Nic też nie stanowi tego okna, przez które można dostrzec to, co jest poza płaszczyzną, w której owo okno się znajduje.”

Przerwałem na chwilę zmęczony, choć chęć mówienia, chęć przekazania temu człowiekowi jak największej części mej tajemnicy była odwrotnie proporcjonalna do zmęczenia i narastała we mnie bezustannie.

Nie martw się!” - powiedział cicho - „Jesteś blisko! A w każdym razie ja jestem blisko zrozumienia tego o czym chcesz mnie poinformować.

Jeśli to możliwe, niech cię to uspokoi. Doda ci sił! Wiesz jak wielka jest siła słuchania wobec siły mówienia? Te dwie siły się uzupełniają!

Tylko niechęć zrozumienia tworzy mur, który cię męczy. Teraz nie ma tego muru. Przyzwyczaiłeś się, że musisz go przebijać słowami.

Tak źle nie jest!

Dla mnie słowa też niosą jedynie sygnały nie treść i wiem, że jeśli ich, tych słyszanych słów nie uzupełnię sobą, to właściwie miną mnie, stracę możliwość poznania co w sobie niosą.

Co niosą twoje słowa, zależy również od tego, jak ja je pochwycę! Ja chwytam je!

Staram się dodać im wszystko co posiadam, żeby stanowiły we mnie ....”

Przerwał, a może raczej wyciszył się jego głos. Po chwili w swym skupieniu usłyszałem jego dźwięk jakby z oddali.

Mów spokojnie, jeśli możesz. Jeśli chcesz!”

Podjąłem jeszcze jedną próbę, ale tym razem postanowiłem podejść do sprawy z nieco innej strony.

Czy pomyślałeś kiedyś o tym, że twój mózg może spełniać właśnie takie funkcje? - zapytałem.

Zastanowił się chwilę.

Chyba nie.” - odpowiedział - „Zwykle wydawało mi się, że tak jak mnie uczono, mój mózg jest siedliskiem ratio, rozumu, tego wszystkiego co poddane regułom logiki, chłodne, niemal matematycznie uporządkowane...”

Uporządkowane! To prawda! Ale ponad to ...”

Próbowałem przerwać mu, ale mówił dalej.

Czasem zastanawiałem się nad tym czy wyobraźnia jest też jego funkcją! Czy w nim rodzą się też przeczucia, uczucia i to wszystko co stanowi istotę człowieka pozamaterialnego? Nie znałem odpowiedzi na te pytania. Zdaje się, że chcesz mi przekazać wiedzę o tym, że wszystko to jest właśnie dziełem mózgu?”

Na chwilę zamilkł.

Czy wiesz..” - skorzystałem z tej przerwy w jego wypowiedzi, chociaż gotów byłem słuchać tego co mówił - „... że ten mózg, który posiadasz...

...którym posługujesz się...

...że nie posługujesz się nim, tylko...”

Poczułem zmęczenie tak straszne, że omal nie osunąłem się ze swej skały ku morzu.

...przy budowania logicznych konstrukcji.”

Dokończył zdanie, którego ja nie byłem w stanie w tej chwili dokończyć.

Tak.” - potwierdziłem.

Chwilę odpoczywałem.

On czekał cierpliwie, bo wiedział, że jeszcze nie możemy przerwać naszej rozmowy w tej chwili.

Odzyskawszy nieco sił powiedziałem.

Chciałbym, żebyś zdał sobie sprawę z tego, że najważniejszą sprawą, którą dziś chciałem ci przekazać jest to, że z miliardów komórek mózgowych, które posiadamy - przeciętny człowiek używa jedynie niewielkiej ich części.

Reszta trwa w oczekiwaniu!

To właśnie one - a ściślej - włączenie tych aktualnie niewykorzystywanych części w całość pracującego układu - pozwalałoby każdemu z nas docierać do tajemnic?

Przekraczać granicę struktury, wewnątrz której żyjemy, działamy i myślimy?

Docierać do innych istniejących poza naszą... struktur całości?”

Teraz byłem zadowolony. Miałem wrażenie, że zrozumiał co chciałem mu przekazać.

Nie rozmawialiśmy więcej!

Tylko jeszcze raz poddawszy nasze ciała zbawiennemu działaniu morza, pozostawiwszy w nim nadmiar ciepła zakumulowanego przez nasze ciała i ubrawszy się wróciliśmy do miasta, do hotelu, by po krótkim śnie przejść do następnej rundy naszej rozmowy.

Słońce skryło się już za stoki pobliskich gór, gdy ocknąwszy się postanowiliśmy kontynuować naszą wędrówkę.

Wybrałem coraz bardziej wyludniający się rozległy cienisty plac u podnóża góry. Szacowna starość otaczających go kamienic i piękno ich architektury sprzyjały osiągnięciu potrzebnego nam spokoju.

Wieczór był jeszcze ciepły, dla mieszkańców północy nawet gorący, ale znośny dzięki łagodnym wiatrom od morza napełniającym ulice i place.

Usiedliśmy na nadgryzionych zębem czasu i nigdy nie naprawianych schodach fontanny. Jej szmer dodatkowo oddzielał nas od cichnących powoli odgłosów miasta. Tylko niekiedy zbliżali się tu przechodnie, zwykle turyści, ale ci syci upału i jakby nim rozleniwieni, nie przeszkadzali nam w rozmowie, którą prowadziliśmy przecież w języku mało komu znanym.

Zresztą człowiek swą obecnością nie rozprasza mnie! Chyba, że umyślnie stara się wedrzeć w mój świat agresywnym zachowaniem.

Mój Rozmówca rozluźnił ciało wyciągając nogi na niższy stopień schodów, a łokcie oparł o wyższy, i czekał na pierwsze me słowa.

Czy rozumiesz mnie?” - zapytałem.

Nie zawsze.” - odpowiedział - „Ale też na razie nie gubię się beznadziejnie w tym co mówisz. Wydaje mi się, że podążam powoli za twoimi śladami i nie pozostaję za daleko z tyłu.”

To dobrze!”

Powiedziałem i postanowiłem teraz pozostać na gruncie ogólnie znanym.

Właściwie sprawa jest prosta dla medycyny, fizjologii, biologii.

To, że nie wykorzystujemy dużej części mózgu nie jest dziś żadnym odkryciem. Może tylko problem polega na tym, że nauka nie interesuje się zbytnio tym, dlaczego tak jest? A jeszcze mniej zadaje sobie trudu, by ten stan zmienić.

W powszechnym przekonaniu mózg nasz funkcjonuje już na tyle dobrze, że daje ludzkości poczucie zadowolenia i satysfakcji z efektów jego funkcjonowania.

Ale pewnie nie tylko to zadowolenie powoduje, że tak mało aktywnie zachowujemy się w stosunku do tej nieużywanej zazwyczaj części komórek.

Przyczyną podstawową jest chyba lęk człowieka. Lęk przed znalezieniem się w obszarze nieznanym. W obszarze, w którym nie wszystkie znane nam prawa mają zastosowanie.

Może słyszałeś już o tym, że gdyby podzielić mózg człowieka na dwie części - tę, która bezustannie działa i tę, którą pozostawiamy jakby w spokoju - to okazałoby się, że procesy przebiegające w części aktywnej są wspólne dla wszystkich, a więc charakterystyczne zarówno dla człowieka prymitywnego jak i dla najpotężniejszych umysłów w historii cywilizacji!

Natomiast ta druga, którą pozostawiamy w spokoju, jest równie pasywna u prymitywa jak i u geniusza.

Geniusz też nie przekracza tej przestrzeni aktywnej.

On tylko swymi wielokrotnie bogatszymi od prymitywa procesami myślowymi, a więc mózgowymi, tę przestrzeń aktywną jakby bardziej wypełnia.

Toteż gdybyśmy teraz wyobrazili sobie, że jeden i drugi uaktywnić potrafi tę pozostawioną w spokoju część, to obaj znaleźliby się na tym samym poziomie, gdyż obaj przekroczyliby jakąś symboliczną bramę ogrodu, w którym rosną rośliny równie mało znane profesorowi botaniki jak i robotnikowi budowlanemu.

Rozumiesz to?”

Być może!” - powiedział - „Ale mów dalej, jeśli możesz.”

Dobrze!” - kontynuowałem więc - „Gdy tak myślę - z jakiego powodu człowiek decyduje się pozostawać w przestrzeni oswojonej i nie przekraczać zbyt gwałtownie jej granic, a tym samym korzystać nadal jedynie z aktywnej części swego mózgu, tę drugą pozostawiając w spokoju - to uważam, że przyczyna tego jest stosunkowo prosta. Kiedyś, również i w tym mieście, w którym teraz jesteśmy, zaczęto ogarniać myślą, aktywnym umysłem, najbliższą człowiekowi część istnienia. Tę część struktury całości, albo ten typ struktury częściowo samodzielnej w ramach całości, do poznania której właściwa jest ta właśnie, aktywna część naszego mózgu. Zaczęto ogarniać, poznawać, nazywać, potem opisywać tę formę mutacji całościowej energii, którą jest nasz świat materialny...”

Gwałtownie wpadł mi w słowo.

Formę mutacji całościowej energii! Zatrzymaj się! Nie rozumiem!”

Pożałowałem natychmiast, że użyłem tego sformułowania, bo zdałem sobie sprawę, że rzeczywiście nie może tego teraz zrozumieć i odciągam go tym samym od zaplanowanego przeze mnie głównego tematu naszych dzisiejszych rozważań. Chciałem przecież uporać się tylko z fizjologicznym aspektem naszego mózgu. To też spróbowałem się wycofać.

Przepraszam cię! Wrócimy do tego kiedy indziej. Pozwól, że teraz zostawię ten temat na boku. Chcę skończyć o mózgu.”

No dobrze.” - zgodził się trochę niechętnie.

Kontynuowałem więc przerwany przez nieuwagę temat.

A więc w pewnym momencie zaczęło się poznawanie przez człowieka tej struktury, albo tej jej części, która jest światem materialnym, światem dającym się poznać za pomocą zmysłów i następnie racjonalizować za pomocą tej właśnie części mózgu.

Ale trzeba tu zwrócić uwagę na to, że takie poznanie, czy też poznanie tego właśnie - nie było pierwszym poznaniem, jakiego dokonywał człowiek. Zdaje się nawet, że wcześniej niż zaczął zastanawiać się co też dotyka, widzi, słyszy, o co rani swe stopy, czego się boi - sferą jego zainteresowań był świat, który dziś nazywamy niematerialnym, mistycznym, tajemniczym. Człowiek próbował wcześniej poznać tajemnicę wyższego rzędu, słusznie podejrzewając, albo po prostu z natury swej wiedząc, że ona właśnie kryje w sobie wszystkie odpowiedzi na szczegółowe pytania, dotyczące tego co nas otacza.

Ale w pewnym momencie zainteresowania ludzkie zaczęły się rozwijać w znanym nam dziś kierunku, w ramach tej właśnie struktury. Tamte - bardziej zasadnicze, wyższego rzędu - odeszły, zatrzymały się, zaczęły powoli być wypierane przez inne. Przez zainteresowania typowe i dziś dla naszego pokolenia. Przez pytania, jakie do dziś stawiają sobie uczeni.

Osobiście widzę w tym dramat człowieka, który zszedł z najkrótszej drogi poznania, na gorszą, mniej skuteczną, wyznaczoną poniżej poziomu ludzkich możliwości.

Może na tym polegało to, co chrześcijanie i mozaiści nazywają grzechem pierworodnym? Albo jest to kara, którą za jakiś grzech Bóg zesłał na ludzkość. Odepchnął ją od zainteresowań zasadniczych.

Teraz zwróć uwagę na to, że dalej już wszystko układa się logicznie. To znaczy, według stosowanych do dzisiaj logicznych schematów.

Człowiek poznając otaczającą go strukturę, strukturę właściwą również jego ciału, nie mózgowi, odnosił na tej drodze szereg wielkich sukcesów. Poznając tę strukturę nauczył się ją opanowywać, poznawał i opisywał rządzące nią prawa i mechanizmy rozwoju.

Oswajał tę strukturę.

Powoli stawała się ona znanym mu i coraz skuteczniej wykorzystywanym obszarem. Czuł się w niej coraz bardziej panem, czuł się w niej coraz bardziej bezpiecznie.

Ale stawał się też coraz bardziej więźniem swego własnego państwa. Coraz bardziej zapominał o istnieniu, z którego zszedł niżej, które pozostawił, od którego aktywnością swą stale się oddalał.

Czy był przez to szczęśliwy?

Częściowo pewnie tak!

Mamy wiele świadectw w naszej kulturze mówiących o tym, jak wiele radości może dawać człowiekowi odkrywanie poszczególnych praw rządzących strukturą najbliższą jego ciału. Dokonywał przecież przez wieki gigantycznego dzieła, które jednak przyrównać można do zgłębiania najbardziej drobiazgowych tajemnic cegły.

Ale tylko cegły!

Czy z tej wiedzy wiele wynika dla procesu poznania zasad budownictwa, kształtu, architektury całości budowli, której cegła ta jest zaledwie niewielką cząstką?

Co gorsza!

Cząstką banalnie podobną do niezliczonej ilości innych cegieł. W tym sensie wiedza nasza dotyczy już stosunkowo dużego obszaru naszego istnienia, które porównać można do wielkiej budowli. Ale przecież ów zachwycająco piękny, niezwykle złożony i w pełni funkcjonalny gmach całości nie jest jedynie sumą składających się nań cegieł! Przecież nie! Gdyby tak było, byłby jedynie jakąś nieuporządkowaną kupą tych cegieł. Tak przecież nie jest!”

Niemal krzycząc teraz ze zmęczenia, chcąc jednak za wszelką cenę przezwyciężyć wyczerpanie i dobrnąć do końca myśli, mówiłem dalej.

Układ każdej z tych cegieł w stosunku do wszystkich pozostałych ma głęboki sens. Przyczynę! Dlaczego ułożono je tak a nie inaczej? Czy wiedza o cegle, nawet najdokładniejsza, najbardziej dogłębna, mówi nam coś o tym wszystkim?”

Kończąc dodałem już cicho i jakby do siebie, bo miałem nadzieję, że mój Rozmówca zrozumiał o co mi chodzi.

Zapewne niewiele.”

Po krótkiej chwili dodałem jeszcze, ale już bez poprzedniej emocji.

Tak więc mózg nasz, funkcjonując jak gdyby wewnątrz struktury, zaczął poznawać w końcu wyłącznie swe własne dzieła. A radości z każdego dokonanego odkrycia zaczął towarzyszyć coraz częściej smutek.

Tak!

Smutek!

Bo przecież ta druga, pozostawiona przez nas w spokoju część mózgu wysyła nam czasem sygnały o tym, do czego jest zdolna. Sygnalizuje, że wzbogacając naszą wiedzę - jednocześnie coraz bardziej ją ograniczamy.”

Idąc w kierunku przeciwnym od upragnionego! - dodał mój Rozmówca gdy już zamilkłem na dobre.

Milczał też chwilę, po czym powiedział jeszcze.

Ten smutek! To zmęczenie i pragnienie, które odczuwamy coraz bardziej....”

I on także szukał teraz słów czy obrazów, za pomocą których chciał przekazać mi swą myśl i czuł, że próba języka jest męką.

Znalazł coś, więc dokończył.

Widzę nas jako istoty, którym przywiązano do pasa jakąś gumę i które nie wiedząc czemu starają się iść w kierunku przeciwnym jej przyciąganiu. Nasz upór jest zadziwiający. Im dalej więc idziemy obraną przez siebie drogą, tym większe zmęczenie...”

Jeszcze chciał jakby coś powiedzieć, ale zrezygnował, uznając być może, że obraz, który namalował słowami był wystarczający.

Nie mylił się.

Czy rozumiecie na czym polega zmęczenie, o którym wam opowiadam?

Jest to zmęczenie wynikające z lęku. Z lęku, że podjęta próba jest chybiona, że słowa nie dają rady, że nie tylko nie odsłaniają istotnej rzeczywistości, ale grożą jej jeszcze większym pogrążeniem w chaosie, że mogą ją skompromitować przez jeszcze większe niezrozumienie.

Toteż to co powiedział na końcu mój Rozmówca, sprawiło mi niewypowiedzianą ulgę. Słowa te znaczyły, że obawy moje były przesadne, że udało mi się jednak nie zmarnować czasu. Wydawało się, że myśl jego zaczyna przyjmować kryteria coraz bliższe istotnym.

Dostrzegł moje zmęczenie, więc zapytał.

Może chcesz wody? Zabraliśmy przecież ze sobą butelkę.”

Daj.”

Dopiero jego pytanie uświadomiło mi, że w ustach miałem nieprzyjemną suchość, a język przypominał kawałek koksu, jakbym wypalił dwieście papierosów.

Łagodny chłód płynu sprawił mi prawdziwą przyjemność. Podszedłem też na brzeg fontanny i zanurzyłem w niej ręce po łokcie. To przywróciło mi po chwili normalne samopoczucie.

Chodź! Zanurz ręce! To przywraca świeżość.”

Posłuchał mnie i klęczeliśmy chwilę na wilgotnych kamieniach, pochyleni głęboko do przodu, studząc płynącą w żyłach krew, która rozprowadzała po ciele tak potrzebny chłód.

Słońce już zaszło zupełnie i świat pogrążył się w ciemności rozjaśnianej tu w mieście światłem latarni. Bryza od morza też ustała. Powietrze stało ciepłe i łagodne.

Tu, na południu, nie zmieni się to do świtu.

Wracałem do hotelu rozluźniony i zadowolony ze spędzonego dnia. Popołudniowa próba języka dała mi więcej spokoju niż ta podjęta wcześniej nad morzem. Toteż gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi mego pokoju, poczęła ogarniać mnie niesamowita senność. Myślałem jeszcze trochę o tym, czy i on pogrąży się w sen? Czy jego przestrzeń też jest pełna spokoju?

Zasnąłem jak kamień.


PODRÓŻY DZIEŃ DRUGI.

MÓZG I SIEĆ.


Pierwsza noc w czasie naszej podróży nie była długa.

Samolot, którym mieliśmy przenieść się na miejsce naszej kolejnej rozmowy, odlatywał wcześnie, następny kurs zaplanowano dopiero na popołudnie. By nie tracić niemal całego dnia wybrałem więc ranny.

Wybrałem więc ranny.

Spaliśmy obaj dobrze, więc gdy rześki i wesół zszedłem do sali śniadaniowej zastałem już w niej mego Rozmówcę w równie dobrej formie.

Ranek był tak samo ciepły jak noc, ale ponieważ przed świtem spadł lekki deszcz, a wschodzące słońce jeszcze nie przemieniło jego skutków w parę, ogród otaczający nasz hotel pachniał niesamowicie tysiącem różnorakich kwiatów i roślin, zapraszając poza mury budowli. Ponieważ była taka możliwość (na tarasie też ustawiono kilka stolików, a od tarasu salę jadalną dzieliły tylko szerokie na całą długość ściany rozsunięte teraz na oścież szklane drzwi) zaproponowałem byśmy się tam przenieśli. Zgodził się ochoczo. Jedliśmy niczym w raju, w rześkim jeszcze powietrzu wśród oszałamiającej feerii barw otoczenia.

Nawet małe i tanie hotele, a do takich należał ten, który dla nas zamówiłem, mają w tej części świata niepowtarzalny urok. Są spokojne i łagodne. Może dlatego, że są małe i mieszka w nich naraz niewielu ludzi, nie tracą swego nastroju? Ich dodatkową zaletę stanowią właśnie wspaniałe śniadania. Soki owocowe są świeżo wyciśnięte, gdyż w pełni lata okoliczne wsie dostarczają miastu tak dużo i tak tanich owoców, że właścicielom hotelików nie opłaca się kupować soków w masowych wytwórniach. Te są droższe. Podobnie rzecz się ma z innymi produktami - serem, masłem, mlekiem, wędlinami. W tym klimacie wszystko szybko się psuje, więc albo trzeba trzymać pod prądem kosztowne chłodnie, które dodatkowo zbyt hałasują, by instalować je w małych budyneczkach, mających jednak zapewnić gościom dobry i spokojny sen, albo korzystać z usług codziennych dostawców, którzy proponują produkty w dużej części powstałe w ciągu minionej nocy.

Już za parę godzin mieliśmy znaleźć się we władaniu zgoła odmiennej kuchni, toteż korzystałem z dobrodziejstw porannego stołu, jak dzikus, któremu wydaje się, że po raz ostatni dana mu jest taka obfitość pożywienia. Nie znaczy to bym postanowił się nieprzyzwoicie objeść, wtłoczyć w siebie jakąś niesamowitą ilość wędlin, serów, czy pieczywa. Nie! Mięsa i jego przetworów jem zazwyczaj mało, ser owszem, toteż zjadłem tu sporą porcję koziego twarogu z ziołami i niewielki placek pachnący doskonałą oliwą! Ale istne spustoszenie starałem się zrobić pośród owoców i cudownie schłodzonych, aromatycznych soków, które wspaniale mieszają się ze świeżym jogurtem, równie jak one smacznym.

Dietę taką trzymam szczególnie uważnie w czasie upalnego lata, a także w podróży. Taki zestaw pokarmów nie obciąża przesadnie organizmu, nie czyni człowieka niepotrzebnie ospałym, ociężałym i sennym. I zawsze ze zdziwieniem patrzę na wielu turystów, którzy czują się zawiedzeni brakiem mięsa, ciężkich kiełbas czy pasztetów na porannym stole i tracą wielką część zadowolenia, które powinno towarzyszyć porannemu posiłkowi.

Szczęśliwie tym razem nie było takiego towarzystwa dookoła.

Kilka stolików dalej jacyś starsi ludzie przygotowywali się właśnie do opuszczenia ogrodu, inni jeszcze widać spali, póki upał i tak nie powygania ich z łóżek i nie popędzi do klimatyzowanych autobusów wiozących na zaplanowaną wycieczkę lub nad morze.

Posileni i w doskonałych nastrojach zarzuciliśmy swe torby na ramię i tanią tu w porównaniu z naszym miastem taksówką udaliśmy się na lotnisko.

W czasie lotu trwającego niewiele ponad dwie godziny nie rozmawialiśmy prawie, poza konwencjonalnymi pytaniami i odpowiedziami typu - Spałeś dobrze? - Owszem. A ty? - Też dobrze. Dziękuję! - i tym podobnymi.

Tylko gdy samolot począł zniżać lot i widać już było brzeg morza, nad którym przelecieliśmy, poprosiłem mego Rozmówcę, by popatrzył przez okno w dół. Lądowałem na tym lotnisku już kilka razy i wiedziałem, że warto zapamiętać moment, gdy samolot jakby wpływa w potężną gardziel tej jednej z największych rzek świata, której ujście przypomina w tym miejscu niemal drugie morze, tylko ustawione prostopadle do mijanego.

Przed wiekami nad tą wielką rzeką powstała potężna kultura! Dziś pozostała w równie potężnych zabytkach; w gigantycznych budowlach, legendzie i książkach, wspomagających ludzką pamięć.

Łagodnie minęliśmy jasnożółtą toń i równie łagodnie powróciliśmy na ziemię w niewielkiej odległości od jej brzegu.

W tym mieście taksówki kosztują więcej niż przelot, który właśnie mieliśmy za sobą i tylko tym różnią się od autobusów, że są często klimatyzowane. Chcę przez to powiedzieć, że ich szybkość przemieszczania się po tym nieprawdopodobnie żywym, ruchliwym i potężnym mieście wcale nie jest większa od autobusowej. Po prostu w tym tłoku nie można jechać szybciej czy wolniej. Jedzie się tak jak wszyscy. Wspólny rytm poruszania się w określonym kierunku jest chyba jedynym przejawem solidarności mieszkającego tu społeczeństwa, które zawsze było na tym terenie niezwykle rozwarstwione. Żyli tu chodząc nad brzegiem rzeki bogowie i ci, których życiowym zadaniem było przemieszczanie niewyobrażalnie wielkich i ciężkich kamieni, ujarzmianie rzeki czy prymitywna uprawa życiodajnej roli. Od boga do niewolnika! A dalej od rzeki - nieprzebyta, zdawałoby się martwa pustynia.

A więc nie marnując pieniędzy na mało tu użyteczną taksówkę zajęliśmy miejsce w autobusie linii lotniczej, którą przylecieliśmy i wyruszyliśmy w głąb innego kontynentu. Podróż nie była przyjemna z racji nadmiernej w stosunku do wielkości pojazdu ilości współpasażerów, ale nie trwała też długo, gdyż hotel zarezerwowałem nie w centrum miasta molocha, ale jakby dalej od niego, na południe, gdzie widać już było pustynię. Znajdował się on jeszcze blisko rzeki, pośród palm i rozłożystych sykomor. Toteż nasz autobus otarł się jedynie o zatłoczony skraj stolicy, co pozwoliło nam dotrzeć do celu w nienajgorszej formie i stosunkowo wcześnie.

Ponieważ z wielu względów kąpiel w rzece jest absolutnie niemożliwa, skorzystaliśmy z hotelowego basenu i ruszyliśmy przez łąkę porosłą pożółkłą trawą na brzeg.

Dziś również postanowiłem poczekać, aż mój Rozmówca da sygnał do rozpoczęcia opowiadania.

Nie czekałem długo.

Skoro tylko odeszliśmy od hotelu na tyle, że w przestrzeni utonęły już dźwięki rozwrzeszczanego radia rozweselające użytkowników basenu amerykańskimi rockami z lat pięćdziesiątych, poprawił na głowie słomkowy kapelusz i zapytał.

Myślisz że jesteś dobrym człowiekiem?”

Nie jest dziś łatwo odpowiedzieć na takie pytanie. Toteż próbowałem najpierw uniknąć rozmowy na ten temat.

Nie wiem! Myślę, że nie jestem zły. Nikomu nie robię krzywdy... To dużo.”

Ale wyraźnie nie dawał za wygraną i jego ton stał się nieco bardziej natarczywy.

Nie wykręcaj się! Myślisz tak o sobie czy nie?”

Myślę, że jestem tak samo dobry jak ty!”

Starałem się nadać mym słowom brzmienie ostatecznej odpowiedzi, ale zaraz zrozumiałem, że łatwo się nie wykręcę.

Jak wszyscy ludzie!” - dokończyłem.

Jak to, jak wszyscy? Przecież są lepsi i gorsi. Są nawet źli, bo robią innym krzywdę. Mordują, zabijają, męczą zwierzęta!”

Wszystko co istnieje jest dobre!” - powiedziałem szybko.

Ale przerwałem na chwilę, poszukując gorączkowo słów, które byłyby dla niego jasne.

Człowiek jest - przecież mówiliśmy już o tym - tylko częścią tej wielkiej całości, którą nazywamy wszechświatem. Nie może być od niego ani gorszy ani lepszy. Czy noga może być lepsza od ręki, albo od ucha? Wszystko co dobrze spełnia swe zadanie jest dobre i nic niczego nie może w swych podstawowych funkcjach zastąpić. Ale też nie może wyłgać się od swego zadania! Gdy całość chce to ręka musi coś uchwycić, a noga zrobić krok. Gdy ręka zechce pociągnąć za ucho, to ono musi zaboleć. To wszystko jest ze sobą związane w sposób konieczny. Tak samo człowiek będąc częścią wielkiej całości spełnia w niej swą rolę i nie może się od niej wymigać. W tym sensie wszyscy ludzie są sobie równi, chociaż jedni spełniają swe zadanie lepiej, inni gorzej.”

A więc są lepsi i gorsi.”

To zależy jaką miarą mierzymy. Jeśli zastosujemy kryteria moralne, a więc kryteria które większość ludzi stosuje, do których się przyzwyczaiła, to pewnie są pośród nich i lepsi i gorsi. Ale czy to są na prawdę jedyne kryteria, które istnieją? Które istnieć mogą?”

Są inne?” - wyraźnie się ożywił.

Czy są? Myślę, że przynajmniej mogą być!”

Zaniepokoiłem się nieco czy nie wpadam w pułapkę i czy tak lapidarne stwierdzenie nie zrobi mu przysłowiowej wody z mózgu, czy nie zechce on pomyśleć, że kwestionuję znaczenie dorobku etyki, którą ludzkość z takim trudem stworzyła w ciągu wieków. Powiedziałem więc pospiesznie.

Ale nawet jeśli są, to nie unieważniają one kryteriów oceny tego, co dobre i złe w naszym postępowaniu. Jeśli są, to zawierają w sobie i te zasady które wszyscy znamy, bo one też są dobre.”

Nie uciekaj! Dopowiedz do końca. Przecież widzę, że znasz jeszcze inne kryteria oceny dobra i zła. Nie każdy człowiek wierzy w to, że wszystko co istnieje jest dobre”

Złapał mnie. Już dalej nie byłem w stanie się wykręcać. Zresztą czy nie po to właśnie zgodziłem się na tę podróż, by opowiedzieć mu mój świat? By mu go udostępnić. Aby mógł podobnie jak ja poznawać niepoznane.

Powiedziałem więc.

Owszem! Wiem że istnieją i inne kryteria oceny tego co się dzieje, co jest dookoła nas. Ale zależy to od tego, z jakiego punktu na to wszystko patrzymy. Pamiętasz jak zdziwiłeś się widokiem placu przed ratuszem, gdy weszliśmy na tę wysoką wieżę? Zdziwiłeś się, bo znałeś ten plac tylko z dołu. Wiedziałeś jak on wygląda gdy się po nim chodzi, gdy siedzi się w mgiełce mgły rozpryskującej się z fontanny chłodnej wody, gdy kłóci się z przekupkami, podsłuchuje rozmowy przechodniów, zachwyconych ratuszem turystów, gdy zagląda się w oczarowane oczy dzieci, zafascynowane widokiem kolorowych, kręcących się figurek. Tam na dole wszystko jest na wyciągnięcie ręki, wszystkiego można dotknąć, wszystko jest dobre, piękne i gdy świeci słońce nawet policjant wydaje się przyjacielem złodzieja, a złodziej traci czasem ochotę na kradzież, bo też potrafi się zachwycić placem przed ratuszem i jego wspaniałościami. Plac oglądany z wieży jest też piękny i zachwycający. Bo taki jest w istocie. Ale jest przecież inny. Inny do tego stopnia, że aż krzyknąłeś ze zdumienia, gdy spojrzałeś po raz pierwszy w dół.”

Zamyślił się, ale twarz rumieniła mu się coraz bardziej. Widać wzbierała w nim ochota, by zrozumieć o co mi chodzi. Mówiłem więc dalej.

Przypomnij sobie, jak zachwycił cię z tej wieży widok ulicy Biednej. Cieszyłeś się jak dziecko pokazując mi niezwykle kolorową bieliznę wiszącą na przyokiennych sznurkach. Pamiętasz jak lśniła w słońcu woda płynąca jej środkiem? Wyglądała jak strumyk! Zachwycony, pokazywałeś mi przepiękne, kolorowe, jakby przez wielkiego malarza zaprojektowane frontony domów i dachy o łagodnym brązowoliliowym odcieniu.

Potem poszliśmy tam. Na ulicę Biedną! Pamiętasz jak cię przeraziła? Na przyokiennych sznurach wisiały podarte łachmany, które gdy zaszło już słońce nie wstydziły się swej brzydoty. Środkiem płynął przecież nie strumień, ale pełen nieczystości, zupowaty szlam kanalizacyjny odprowadzający ścieki ulicy Biednej wprost do rzeki. Wzory na frontonach domów zaprojektował nie wielki malarz, ale ubóstwo mieszkańców, a wykonał grzyb, liszaj tynków i niezdrowa wilgoć. Łagodny kolor dachów okazał się zgnilizną od stuleci nie zmienianej, na pół mchem przerośniętej dachówki.

A przecież zmienił się tylko punkt, z którego na to wszystko patrzyliśmy! Czy zmienił się plac przed ratuszem, czy zmieniła się ulica Biedna? Czy to wszystko stało się przez to gorsze lub lepsze, piękniejsze lub brzydsze? Nic podobnego! Zostało tylko inaczej przez ciebie dostrzeżone.

Tak samo jak z tym widokiem i jego urodą i brzydotą - jest z dobrem i złem. Zależy skąd się na to patrzy.”

Coś zdenerwowało go w mojej wypowiedzi, więc zapytał gwałtownie.

Czyli zbrodnia, gdy ktoś kogoś zabija, oglądana z tego twojego innego punktu widzenia może nie być zbrodnią?”

Nie jest łatwo odpowiadać na takie pytania!

Gdybym znał słowa niezbędne do opowiedzenia o tym o czym wiedziałem, a o czym mój Rozmówca nie wiedział! Przez chwilę ogarnął mnie nieprzeparty żal, że słów tych nie znam. Że bywam na wieżach ratuszowych z których widzę... to wszystko co... a zszedłszy na dół nie umiem o tym opowiedzieć.

Poczułem zmęczenie, ale zaraz pomyślałem sobie, że muszę je przecież opanować, że po to pojechałem w tę podróż by te słowa w końcu odnaleźć. Czy one istnieją?

Na pewno!

Tylko gdzie? Gdzie ich szukać? Jak?

Może jeszcze tylko tego nie wiem!

Jak?

Ale trzeba próbować!

Tego właśnie nauczyłem się na wieży, tam, wysoko!

Powiedziałem.

Nie mój drogi! Krzywda wyrządzona człowiekowi przez człowieka jest zawsze krzywdą a zbrodnia zbrodnią. Ale są miejsca, z których zbrodni nie widać, bo z tego punktu widzenia ona jest niemożliwa!”

Przerwałem na chwilę sam speszony tą wypowiedzią, ale zdałem sobie sprawę, że tak właśnie jest, że mimo jakiejś nielogiczności tego zdania jest ono zbudowane poprawnie, że zawiera właśnie to co chciałem powiedzieć, co wiem, chociaż w mowie, którą się posługuję jest to niezrozumiałe. Powtórzyłem więc szybko.

Z wielu punktów widzenia zbrodnia jest niemożliwa. Bo przeczy harmonii, która jest.”

Gdzie?” - mój Rozmówca niemal krzyknął.

Tam!”

Odpowiedziałem niemal odruchowo, ale spostrzegłem, że on jakby przestraszył się tego słowa, wiec szybko dodałem.

Tu!”

W trwającej przez ułamek sekundy ciszy, która teraz nas rozdzieliła, zrozumiałem, że muszę coś powiedzieć, coś co on zrozumie, po to, by cały mój dotychczasowy trud nie poszedł na marne, by nie przemienił się w krzywdę, którą wyrządziłbym temu człowiekowi na zawsze, bo pomyślałby, że chciałem go oszukać, że w moich słowach kryje się fałsz, zdrada.

Tam i tu!” - wykrzyknąłem.

Nie byłem zadowolony z tego, ale on jakby uspokoił się! W jego spojrzeniu odnalazłem najpierw napiętą uwagę, a potem zaciekawienie, jakby znowu zaczął rozumieć o czym mówię.

Chwilę milczeliśmy oboje.

Nasze spojrzenia powędrowały ku miastu, które słońce obdarzało coraz dłuższymi cieniami. Poczułem, że moje nagie stopy ogarnia chłód płynącej pod nimi wody. On też wyciągnął nogi na brzeg i przesunąwszy się pod pień sykomory, oparłszy się plecami o jej łagodną chropowatość, nie patrząc na siebie rozmawialiśmy dalej.

A więc byłeś tam?” - zapytał.

Znowu, poczułem ból, jakby pytanie tego człowieka było niewypowiedzianie cienkim oszczepem, który przeszył moje ciało.

Tam?

Czy to słowo cokolwiek znaczy? O co on pyta?

Ale przecież to ja sam powiedziałem - tam i tu, czyli gdzie?

Ja wiem gdzie, ale o czym on myśli?

Czy czasem nie zmierza w inną stronę niż chciałem go skierować, poprowadzić, zdradzić tajemnicę, którą przecież po to właśnie posiadłem by się nią dzielić, by służyła innym ludziom, takim jak on właśnie. Zwykłym, normalnym, takim jakim i ja byłem... jestem do cholery... a więc wszystkim!

Bo przecież mogę dalej żyć jedynie pod warunkiem, że uwierzę w to, że nie jestem mutantem, że moje możliwości są możliwościami człowieka z krwi i kości. Że każdy z nas je posiada i problem tylko w tym, by każdy chciał je w sobie odnaleźć, odkryć, ujawnić przed sobą samym, przed swoim organizmem, umysłem, by je uszanował. By porzucił stan biernego reagowania na bodźce, nawet nie na świat! Bo reakcja na świat, czyli na to co jest jego istotą już jest uczestnictwem w jego tworzeniu.

Uczestnictwo jest tworzeniem!

Bycie jest tworzeniem!

Przecież każdy musi istnieć, więc na czym polega to, że tak wielu ludzi właściwie nie istnieje?

Nie odpowiadałem przez chwilę, więc niecierpliwość kazała mu powtórzyć pytanie.

Byłeś tam, gdzie nikt z nas nie był?”

Nie!”

Wyrwało mi się, jak bunt przeciw herezji, przeciw insynuacji, przeciw robieniu ze mnie mutanta, odmieńca, kogoś innego niż jestem, niż on jest, niż oni są, ale opanowawszy gorycz dodałem.

Byłem tam, gdzie wszyscy jesteśmy, gdzie ty jesteś też, tylko nie wiesz o tym, bo...”

Więc nie umarłeś i nie przyniosłeś tu z powrotem tej wiedzy z .....”

Zamilkł i zaczął zastanawiać się jakby tu dokończyć przerwane pytanie.

Tym razem poczułem radość, że nie muszę mu tłumaczyć, iż to co zwykle określa się w gazetach jako wiedzę uzyskaną po śmierci klinicznej, że to wszystko co mówi się na ten temat jest głupotą, bo tego wszystkiego można się dowiedzieć nie umierając. Radość moja wynikała stąd, że mój Rozmówca być może zaczął właśnie rozumieć wagę wypowiadanych słów i począł się nad nimi zastanawiać, rozumiejąc, że nieodpowiedzialne ich użycie nie przybliży nas do porozumienia się, że może nam tylko zaszkodzić, zniweczyć nasze wysiłki, zabić.

Bo przecież przesadne zaufanie do języka którym się porozumiewamy jest początkiem niewiedzy, błędu. Błędu wiary, że wszystko co istnieje można zamknąć w słowa jak w puszkę, pudełko - jeśli są piękne to nawet w kasetkę, puzderko, jeśli są cenne to w skarbiec, kasę pancerną, ogniotrwałą ze stali albo złota - wszystko jedno!

A przecież jest zgoła inaczej!

To właśnie słowa są w stanie nas oszukać, wyprowadzić w pole. Nie można w nich zamknąć niczego z tego, co jest rzeczywistością, o której wiem że jest. To one właśnie mogą zamknąć nas w niewiedzy, w błędzie, zamknąć jedynie w tym świecie, który jest najbliżej nas i który znamy. Prymitywnie najbliżej - niemal jak koszula ciału. To właśnie znane nam słowa są w stanie zamknąć nas w tym małym świecie jak w pudełku, w kasie pancernej, w puszce. Jeśli nam w tym świecie, a właściwie światku, dobrze, to nawet nazwiemy to kasetką, puzderkiem, cackiem, które zawsze jednak pozostanie zamknięciem, więzieniem, celą.

A przecież istniejemy dla wolności, otwarcia, swobody. Dla przekraczania horyzontów, światów, rzeczywistości! Dla poznania tego, co niepoznawalne. Tego, co jest poza naszą skromną wiedzą, a raczej wielką, naburmuszoną, pyszną i nadętą niewiedzą, którą przyzwyczailiśmy się wiedzą nazywać.

Sokrates odkrywszy to zakrzyknął wielkopomne - „Wiem, że nic nie wiem!” - i była w tym zawarta prawdziwa wiedza.

Bo przecież rzeczywistość, która nas otacza jest nieskończenie bogata, a przede wszystkim ma strukturę, o której nie sposób orzekać za pomocą używanych powszechnie narzędzi nieodpowiednich do tej struktury. To tak, jakby za pomocą szczekania psa, nawet najbardziej bogatego w dźwięki, które słyszymy, usiłować przekazać ptakom treść einsteinowskiej teorii względności, czy twierdzenia Pitagorasa.

Miałem nadzieję, że w tym właśnie momencie mój Rozmówca zaczął rozumieć, że językiem, tym kodem semantycznym, którego się nauczyliśmy, który jest nam być może dany, albo zaledwie powierzony do rozsądnego posługiwania się nim, nie damy rady nawiązać kontaktu w sprawach istotnych. Tak naprawdę, językiem jako narzędziem można się posługiwać, gdy zrozumie się jego naturę, gdy pojmie się, że jest niedoskonały do tego stopnia iż jest niczym! Dopiero wtedy może nam służyć do porozumiewania się! Ponieważ dopiero wtedy rozumiemy, że wobec całości bytu język jest jego cząstką tak znikomą, że można go przyrównać do nicości - ALE JEST - jest tak jak całość, czyli służy tej całości i bez niego całość już nie byłaby całością.

A całość z dziurą zapada się sama w nicość jak przekłuty balon.

Próba języka! Tak. To ciężka praca. To męka!

Ale nie ma wyjścia.

Trzeba ją podejmować.

Milczałem jeszcze chwilę czekając, aż ta iskierka wznieci w nim płomyk pierwszego być może odkrycia, a gdy dostrzegłem, że obciąża go ponad miarę powiedziałem:

Dziękuję ci.”

Gdy spojrzał na mnie, ujrzałem w jego oczach smutek. Smutek tak dobrze mi znany. Smutek wobec głębokiej wątpliwości. Rodzący się zawsze wtedy, gdy odkrywamy jakąś część rzeczywistości, z którą nie wiemy co zrobić. Jak się wobec niej zachować, jak ją zaadaptować, jak jej użyć. Jak umiejscowić ją - nową w znanej nam i starej, a przynajmniej starzejącej się już i opanowanej od dawna rzeczywistości realnej.

Bo na początku wydaje nam się czymś usytuowanym poza realnością, poza tym co znamy.

Taka też jest w istocie!

Bo taki jest każdy nowy element bytu w chwili jego odkrycia. Jest jak dziecko, które ma tylko rodziców. Nieznane jest jego miejsce wśród już istniejących istot, jego cel, jego możliwości, znaczenie, tajemnica, którą ze sobą przynosi i to czy ją kiedykolwiek objawi, albo zabierze w inny wymiar istnienia.

Ten smutek utwierdził mnie w przekonaniu, że Rozmówca mój dotarł do czegoś, o czym przedtem nie wiedział. Teraz czekałem na radość, która też musi towarzyszyć każdemu kontaktowi z czymś nowym.

Musi? - zapytałem sam siebie.

Iluż pośród nas ludzi jest takich, którym odkrycie (jakiekolwiek) nie daje radości! Którym jedynie burzy ono zrozumiały porządek, wprowadza zamęt, wymaga zajęcia własnego stanowiska wobec „nowego”, męczy.

Ale ta radość odkrywcy nie przychodzi od razu!

Bo odkrywca wie, wyczuwa natychmiast, że odkrycie czegoś to wielka odpowiedzialność, a ponadto czuje, że sam akt odkrycia jest czymś ważnym. Poczucie wagi wyklucza radość idioty, podobną do radości psa, który gdy rzuci mu się kość - nawet zatrutą - też się cieszy.

Zrozumieć własne odkrycie! To dopiero daje odkrywcy radość. W niektórych przypadkach wymaga jednak czasu.

Mój Rozmówca zapytał.

Dziękujesz! Za co?”

Za myśl.” - odpowiedziałem natychmiast, nawet nie zdając sobie sprawy z tego że trafiam w sedno.

Owo trafienie polegało przecież nie na tym, że użyłem odpowiedniego słowa, ale na tym, że w tym momencie w naszym kontakcie objęło ono tę właśnie przestrzeń, która była nam potrzebna do uspokojenia się.

Bo słowo żyje tak samo jak i inne elementy rzeczywistości!

Ono nie tylko znaczy, ale i działa. Gdyby tylko znaczyło, mogłoby jedynie zamykać. Natomiast właśnie działając, jak każdy element tego co istnieje, może nam pomóc w porozumieniu, w odsłonięciu cząsteczki tajemnicy, w otwarciu.

Znowu milczeliśmy chwilę.

Więc byłeś tam?” - zapytał.

Teraz jego pytanie nie wzbudziło we mnie lęku. Wiedziałem, że nie pyta mnie o głupstwa. Odpowiedziałem więc spokojnie.

Tak! Byłem!” - i dodałem - „Chwilę! Mam nadzieję, że będę dłużej.”

I starczyło już, żebyś teraz był ponad nami...” - powiedział jakoś smutno, czy zazdrośnie, więc by go uspokoić odparłem.

Starczyło, bym mógł być dla was! Nie ponad wami. Wy jesteście przecież też tam gdzie byłem. Wszyscy tam jesteśmy, tylko...”

Tak! Wiem! Tylko nie wiemy o tym! A ty wiesz!” - przerwał gwałtownie.

Tak.” - i tym razem moja odpowiedź nie sprawiła mu przykrości.

Uspokoił się i po chwili zapytał.

Jak tam jest?”

Ciekawie.” - odpowiedziałem.

Uśmiechnął się.

Czy to jest gdzie indziej?”

Teraz mnie ogarnęła wesołość.

Ot tu! I tam.”

Już wiedziałem, że porozumiewamy się poza słowami. Mogłem więc spokojnie opowiadać. Zacząłem jednak od pytania. W odpowiedzi mego Rozmówcy spodziewałem się odnaleźć informację dotyczącą tego, na ile jest skupiony, gotowy do współpracy ze mną, czy nie jest przypadkiem zbyt zmęczony długim upalnym dniem, a w końcu i naszą trwającą od rana rozmową.

Bo mózg człowieka nie wyćwiczonego nie tylko nie jest workiem bez dna, ale jego pojemność bywa czasem zaskakująco mała. Wiedziałem o tym, więc chciałem sprawdzić, czy słowa moje dotrą do niego. Tym bardziej, że tym razem miało chodzić nie tylko o słowa!

Postanowiłem teraz podjąć próbę porozumienia z nim, w której język pozostaje wprawdzie nośnikiem informacji, ale nie jest samą informacją. Informacja zawiera się przecież nie w języku lecz w kontakcie informacyjnym o wiele bogatszym niż semantyka, niż znaczenia znanych nam słów.

Jak myślisz - z czego zbudowany jest świat?”

Nie odpowiedział mi, choć przecież mógł. Zadałem mu pytanie, a więc zapraszałem jakby do rozmowy.

Odpowiedź dla zwłaszcza przeciętnego człowieka nie jest trudna.

Słyszał w życiu na ten temat tysiące teorii. I mniejsza o to ile było w nich prawdy! Takie teorie, te obiegowe odpowiedzi przyklejają się do nas wszystkich jak rzep do psiego ogona i potem żyjemy z nimi nie zaprzątając sobie głowy samodzielnym roztrząsaniem tych kwestii. Te odpowiedzi-hasła zwykle nam wystarczają, bo poważniejsze pytania przerażają, zapowiadają jakby wyjście poza otaczającą nas rzeczywistość, wejście w przestrzeń bez granic, we wszechświat, gdzie te odpowiedzi można by odnaleźć.

Bo przecież i tak jest w istocie!

Rozumiem, że człowiek dzisiejszy nie wstydzi się do tego przyznać - jeśli jest oczywiście uczciwy. Pytania takie przerażają niekiedy nawet filozofów. Wtedy ograniczają się oni do odpowiedzi, których dostarczają fizycy i to ich uspokaja. Ale to przecież unik! Ucieczka w całym tego słowa znaczeniu, bo odpowiedź nigdy nie kryje się w znanej już teorii - nawet naukowej. Odpowiedzi na ważne pytania kryją się zawsze tam, gdzie wchodzi się z trudem i bojaźnią.

Poza wiedzą!

Gdyby kryły się w książkach, katalogach, internetach - świat nie rozwijałby się. Stał by w miejscu jak zatrzymane w powietrzu spadające jabłko, które spada przecież by poznać ziemię, by zanieść jej swe nasienie z wysokości gałęzi, na której dojrzało. Jabłko na gałęzi nie zna ziemi. Spada, bo pragnie ją poznać nawet za cenę własnej śmierci. Jabłko pragnie, jak człowiek, bo tak jak człowiek jest częścią całości harmonijnej, sprawiedliwej, czynnej i wiecznej.

Czekając, czy odpowie na moje pytanie myślałem o tym, ileż to jeszcze mam mu do powiedzenia, by podróż nasza nie okazała się zwykłą wycieczką krajoznawczą. By z ludzi myślących nie przemienić się na powrót w egzystujących jedynie, w turystów pochłaniających bezmyślnie świat którego nawet nie potrafią strawić, a pamięć ich często po jakimś czasie gubi to co zobaczyli, bo niczemu to na dłuższą metę nie służy.

Nie odpowiadał długo! Wystarczająco długo, bym upewnił się, że umysł jego, jego myśl gotowa jest przyjąć coś, czego nie wie.

Myślenie jest ciszą!

Rzadko tylko przejawia się w próbie mówienia. Tylko wtedy, gdy próbujesz sformułować, nazwać to co dostrzegłeś... albo, gdy podejmujesz wysiłek przekazania czegoś drugiemu człowiekowi.

Człowiekowi?

Czy tylko? .....

Masz rację!” - zacząłem, starając się rozmawiać już nie z nim, ale z jego myślą - „W istocie świat ten nie jest przecież zbudowany z materii. Drzewa i rośliny, cała materia, którą nazywasz ożywioną zbudowana jest tylko pozornie z komórek. Domy z cegły, cegły z ziarenek gliny, ziemi w końcu...

Ale przecież wiesz, że to wszystko zbudowane jest z atomów, a te z jeszcze mniejszych drobinek, które już umiemy nazwać i pewnie za jakiś czas któryś z pracowitych i dzielnych badaczy dalej te drobinki podzieli i tak pewnie może trwać w nieskończoność.

Ale to wszystko...

...całe istnienie które możemy zważyć, zmierzyć, którego można dotknąć, stwierdzić jego istnienie zmysłami... zobaczyć, usłyszeć, posmakować...

...jest tylko przejściową formą stale rozwijającej się i podlegającej procesowi przemiany - energii.

Energii, która tylko przez moment ma taką właśnie formę, jaką naszymi zmysłami rozpoznajemy. Przez moment... bo czymże jest ta cząstka wieczności, którą ogarniamy naszym wyobrażeniem?

Ale nawet to czego dotknąć nie możemy, co nie da się położyć na nawet najdelikatniejszą wagę, powąchać przez psa, usłyszeć przez delfina, nietoperza, dostrzec przez sokoła...

...czyli nasza myśl, nasze wyobrażenia...

...są też formą rozwijającej się energii.

No! Dla ułatwienia powiedzmy na razie - jej funkcją, przejawem.

Ale tylko na razie będziemy to tak nazywać!

Bo człowiek, który tworzy tę myśl, te wyobrażenia jest też formą energii, a więc energią jest to co wytwarza.

Ale ta energia nie jest jakimś jednolitym ciastem, jakąś masą czegoś. Ona ma też swoją strukturę wspaniale uporządkowaną i przejrzystą....”

Chciałem mówić dalej, ale przerwał mi pytaniem.

Jeśli harmonia jest we wszystkim, to masa czegoś, jakieś ciasto też ma strukturę uporządkowaną, harmonijną...”

Tak!”

Teraz ja mu przerwałem zdenerwowany tym, że pękła ta nić, po której przebiegała wymiana naszej wiedzy, ale zaraz pożałowałem tego, gdyż zdałem sobie sprawę iż nasza rozmowa sprawia mu zrozumiałą trudność, że być może narzuciłem zbyt duże tempo.

A może należało zacząć od ćwiczeń...

Ale przecież na początku są one trudne, toteż odnajdując tego człowieka postanowiłem najpierw opowiedzieć mu coś o tym świecie, do którego nie dotarł, choć dysponuje takimi możliwościami. Pomyślałem, że zafascynowany tym światem przystąpi do ćwiczeń z większą cierpliwością, że nadzieja przekroczenia granicy będzie dlań źródłem otuchy i zapowiedzią przyszłej radości, gdy niewprawny jeszcze zwątpi, czy gdy ogarnie go chociażby zwykłe zmęczenie.

Czy teraz zmienić metodę?

Czy przerwać opowiadanie, skoro struna pękła i nie wydaje już dźwięku, nie przenosi drgań koniecznych dla poruszenia membrany jego osobowości, umysłu...

Odrzuciłem tę myśl.

Pomyślałem, że nie wolno mi przerzucać na niego mojej winy!

Winy za własny błąd!

Bo pomyślałem sobie, że to jest mój błąd!

Odpowiedziałem więc spokojnie.

Oczywiście! Ale harmonia, o której chcę ci opowiedzieć, jest doskonalsza od harmonii ciasta czy jakiejś masy....”

Rany Boskie! Co ja plotę? - pomyślałem. Przecież to bzdury. Jąłem więc pospiesznie poprawiać wynikłą ze zdenerwowania treść tego ostatniego zdania: Postanowiłem jeszcze raz tak sformułować ową poprawkę, jakby to on przyłapał mnie na głupstwie.

Masz rację! Harmonia jest harmonią! Nie ma lepszej czy gorszej harmonii. Taka bywa tylko w muzyce. Ale harmonia, o której mówimy ogarnia wszystko, więc też jest jednością.

W harmonii, która nas interesuje nie może być dysharmonii. Więc w cieście czy w jakiejś masie, plastelinie, galarecie jest ona taka sama. Ale chodziło mi o harmonię ogólniejszą, innego rzędu, zasadniczą, ogarniającą wszystko co jest.”

Milczał teraz i zrozumiałem, że nie powinienem dalej mówić.

Bo jest też milczenie oceanu po burzy. Cisza, która zapada, gdy żywioł już nasyci swe żądze, gdy zniknie z jego powierzchni ostatni fragment rozbitego statku, gdy odpłynie miotana falami ławica.

Poznawanie nowych obszarów jest dla wielu ludzi taką właśnie burzą.

Rozszalałą nawałnicą myśli, które miażdżą stare wyobrażenia jak ocean statek, który jest za słaby, by oprzeć się falom. Nawałnicą, która pożera przestarzałe formy by strawiwszy je oddać światu nowe.

Ale energia umysłu ludzkiego nie jest niewyczerpana, jak energia sztormu, która zanika i rodzi ciszę.

Niewyczerpana jest jedynie energia całości, która jawiła się przez chwilę w burzy czy odkryciu, a następnie zmęczywszy swój fizyczny nośnik - tak wielki jak ocean, czy tak mały jak nasz mózg - odchodzi. Nośnik musi odpocząć. Poczekać na następny statek, który pożre, na kolejną ławicę, którą przeniesie, na kolejne odkrycie, którego dokona.

Mój Rozmówca był już zmęczony. Postanowiłem odłożyć dalszy wywód.

Wracamy!” - powiedziałem.

Wracamy!” - powtórzył jak echo, zgadzając się z moją propozycją, a głos jego był cichy, bo burza cichła w nim dopiero i na falującej przestrzeni myśli kołysał się jeszcze strzęp starego okrętu, który dopiero uspokojenie miało oddalić w niepamięć.

Upał był nieznośny, mimo cienia użyczonego przez sykomorę.

Może też fizyczne zmęczenie z powodu upału dawało się nam we znaki?

Może to z tego powodu dzisiejsza rozmowa nie układała się najlepiej.

Postanowiłem uciec przed lejącym się z nieba żarem, toteż wróciliśmy powoli do hotelu i dla zwiększenia apetytu popływaliśmy chwilę w basenie. Wyłączono już hałaśliwą muzykę, bo większość mieszkańców hotelu, jak zwykle w porze sjesty, drzemała w swych klimatyzowanych pokojach i cisza była wskazana.

Zjedliśmy trochę zimnej, niemal surowej ryby. Nie wolno wszak zapominać, że organizm nasz musi otrzymywać konieczne dawki pożywienia, by utrzymywać swe energetyczne możliwości. Gdy byłem jeszcze dzieckiem, nie należałem do malców z dobrym apetytem. Pamiętam, że sąsiad pomagający mojej matce w czasie prac ogrodowych, gdy widział stojący przede mną, długo nie ruszany talerz z obiadem, mówił mi:

Jedz bracie! Pamiętaj, że i parowóz bez pary nie pojedzie. Jedz na zdrowie!”

Czasem to pomagało.

Postanowiliśmy odpocząć w pokojach do chwili, gdy słońce pochyli się nieco i ulży rozgrzanej pustyni.

Nie mogłem zasnąć. Drzemałem zaledwie. Myślałem też o tym, co miałem potem powiedzieć. Próbowałem konstruować przyszłe zdania, porównywać je z rzeczywistością której miały dotyczyć. Przyglądałem się obrazom wywoływanym przez odnajdywane konstrukcje zdań. Sprawdzałem nośność zamierzonego komunikatu.

Trwałem więc w tym półśnie przez cały czas i mimo iż nie udało mi się w pełni oderwać od nurtujących mnie myśli, odpocząłem jednak.

Zapytałem w recepcji, czy mój Rozmówca jest u siebie w pokoju, bo odpoczywałem prawie pięć godzin, więc możliwe było, że wcześniej wróciwszy do formy postanowił zejść na dół, do baru lub na taras. Ponieważ recepcjonista poinformował mnie, że chyba dalej jest u siebie, a hotel nasz nie posiadał telefonów w pokojach, poszedłem tam. Pukałem kilka razy, ale nikt nie odpowiadał, więc nacisnąłem klamkę. Drzwi były nie zamknięte, to też wszedłem do środka.

Spał snem sprawiedliwego przykryty jedynie prześcieradłem.

Ucieszyło mnie to, gdyż wiedziałem, że ten sen przywrócił mu siły. Niemniej musiałem go teraz obudzić, bo gotów był spać do rana, a tym samym całe pół dnia naszej podróży byłoby niewykorzystane. A szkoda.

Ja też odzyskałem na tyle dobre samopoczucie, by chcieć kontynuować moje opowiadanie.

Podszedłem więc do śpiącego, ale nim zdążyłem położyć mu rękę na ramieniu, lub odezwać się - otworzył oczy i spojrzał na mnie od razu przytomnym wzrokiem. Spał więc niezbyt głęboko, albo już wcześniejszy sen przywrócił mu pełnię sił i teraz drzemał zaledwie.

No! Jak tam?” - zapytałem.

Potarł dłonią czoło i przeciągnął się.

W porządku.” - odpowiedział - „Ruszamy?”

Ruszamy.” - powiedziałem - „Czekam na dole w barze.”

Zszedłem po schodach i zamówiłem dwie mocne arabskie kawy.

Po chwili siedział przy mnie i za pomocą wspaniale aromatycznego wywaru podawanego w miedzianych naczyniach z drewnianą rączką, przeganialiśmy resztki popołudniowego odpoczynku.

Kawa wywołała pożądany efekt, toteż wolnym krokiem udaliśmy się z powrotem nad rzekę. Upał ustąpił, więc nic już nam dziś nie miało przeszkadzać.

No, dobra!” - powiedział - „Przed nami najtrudniejsze! Opowiedz mi o zasadniczej strukturze tego świata.”

Tego świata?” - upozorowałem zdziwienie, bo wiedziałem o co pyta, ale jeszcze zastanawiałem się jak rozpocząć wyjaśnienia.

Tego, albo tamtego.” - zażartował.

Tego, tego!” - powiedziałem śmiejąc się uspokajająco - „Zresztą nie ma innego. Ten to jest tamten! Bo wszystko jest doskonałą jednią.”

W porządku! Ale opowiadaj po kolei.”

No, dobrze.”

Chwilę skupiałem się, by nie rozpocząć zbyt chaotycznie. Mój Rozmówca teraz nie przeszkadzał mi w tym.

Wreszcie zacząłem.

Musisz sobie wyobrazić...

... twój mózg jest w stanie to zobaczyć... bo same słowa nie potrafią o tym poinformować...

...że wszystko...! wszystko co istnieje...

...te ziarenka piasku, atomy z których one się składają i te jeszcze mniejsze drobinki, o których już wie dzisiejsza fizyka jądra atomu...

...a także rozmieszczone w kosmicznej przestrzeni słońca, gwiazdy, planety i wszystko inne, o czym wiemy czy jeszcze nie wiemy że istnieje...

...że wszystko to jest jedną całością.

Jednią!

...że to wszystko jest we wszystkim ciągle...

...od początku...

...jeśli jakiś początek możemy sobie w tym wypadku wyobrazić...

...po wsze czasy... zawsze... wiecznie.

Ta jedność istnienia nie może mieć nigdy końca...

...to jest ciągłe, bezustanne trwanie...

...niewyczerpane... wszechogarniające istnienie w bezustannym i harmonijnym rozwoju...

Człowiek, jako ciało...

...a także jako mózg...

...należy również do tej całości...

W owej całości nie ma żadnych miejsc pustych... miejsc, w których można by sobie wyobrazić jakieś nic... nie...!

...To istnienie jest doskonale wypełnione...

...i chociaż w modelu, który chcę ci za chwilę przedstawić taka pustka będzie się jakby narzucać, to wynikać to będzie jedynie z tego, że język nasz, słowa, którymi się posługujemy nie jest w stanie opisać żadnego modelu, który jest nie tylko jednią, ale i pełnią.

Pełnią!

Zapamiętaj to!

Nie jest w stanie, bo słowa starają się... taka już ich natura...

...starają się nazywać poszczególne części tej całości, a nie całość jako taką!

Słowa dotyczą fragmentów, które są przez nie jakby na chwilę wyjęte z całości. Tak zresztą postępuje cała nauka...

...wyjmuje fragmenty by móc się im przyjrzeć, zbadać je.

W tym celu musi je jakby na chwilę zatrzymać.

Zatrzymać!

Bo tak w istocie...

...wszystko co istnieje znajduje się w bezustannym ruchu...

...choć czasem wydaje się, że trwa w bezruchu.

Ale to jest tylko złudzenie.

Zapamiętaj to też dobrze!

Zapamiętaj, że wszystko jest w ruchu, gdy będziesz starał się wyobrazić sobie to o czym właśnie mówimy.

Nauka, zatrzymując poszczególne fragmenty istnienia...

a ponad to wyjmując je jakby z kontekstu, unieruchamiając je...

...nie może tym samym odkryć ich istoty...

...poznaje jedynie ich strukturę chwilową i zajmuje się opisem tej chwilowej formy istnienia.

My musimy docierać do tego niepoznawalnego dla nauki poziomu. On jest przedmiotem naszego poznania.

Nie naukowego!

Bo tak to się dziś nie nazywa...

...ale mózgowego...!

Poznamy tę rzeczywistość naszym mózgiem, bo jak ci wczoraj powiedziałem - właśnie on i tylko on zdolny jest tego dokonać.

Ale też nie będzie nam tu chodziło o poznanie istoty tych cząstek...

...tych przedmiotów, tych drobinek!

I wcale nie dlatego, że są one bez znaczenia!

Jako niezbywalne części całości mają one jednakowe, wielkie znaczenie!

Nie będziemy się zajmować przedmiotem, bo cała wiedza o nim wynika jedynie z wiedzy o całości.

Wszystkie prawa dotyczące całości, dotyczą też najmniejszej jej cząstki...

Tak samo rzecz się ma ze strukturą całości i cząstki.

Spróbujemy więc dotrzeć do całości...

... poznać ją...

...dowiedzieć się czym ona jest.

Potem będziemy już wiedzieć, czym są jej poszczególne części.”

Szło dobrze, ale nie miałem jeszcze zaufania do siebie, do swego opowiadania, więc chciałem upewnić się, czy mój Rozmówca nie traci kontaktu.

Rozumiesz to?” - zapytałem

Na razie tak.” - odpowiedział - „Chociaż ciśnie mi się oczywiście tysiące pytań.”

Powstrzymaj się z nimi jeszcze.” - poprosiłem -„Przyjdzie na nie czas. Teraz nie jest najlepszy moment.”

Zrozumiał to, więc jedynie kiwnął głową i zapalił kolejnego papierosa, jak zwykle wyrzucając zapałkę za siebie.

Mogę opowiadać dalej?” - zapytałem.

Możesz.” - odpowiedział.

Zwolniłem kroku, by zbyt pospiesznym rytmem nie przyspieszać też toku myślenia.

Wszystko to...” - mówiłem - „... co jest...

...co widzimy, dotykamy, co możemy ogarnąć naszymi zmysłami, a także to wszystko co istnieje, a z czym nasze zmysły skontaktować się nie mogą, bo posiada to jakby inną naturę...

...wszystko to jest chwilową, ale niesłychanie konkretną mutacją energii...

...jej jakby chwilowym wcieleniem, zmaterializowaniem się.

Energii ogarniającej wszystko...

...nawet siebie...

...bo wszystko jest właśnie energią w ustawicznym procesie rozwoju, którego nie można zatrzymać.

Człowiek jest też jej szczególnym momentem...

jej postacią....

...wszystko jest postacią energii!

Będziemy to tak nazywać, choć słowo to nie jest dobre, ale innego na razie nie mamy.

Nie jest dobre, bo ta energia jako całość ma też swą postać, jakby kształt czy formę.

Ale jest ona nam - większości ludzi - tak mało znana, że słowo "postać" możemy sobie roboczo stosować do określania innych, bardziej szczegółowych jej przejawów. Postać, forma!

Tych słów będziemy używać!

Przy czym należy zawsze pamiętać, że ponieważ wszystko to jest w bezustannym ruchu...

...to ta postać, ta forma jest przejściowa...

...jest w rozwoju...

...jak zresztą cały układ, jak całość.”

Musiałem przerwać na chwilę.

Rzeka płynęła leniwie i wydawała się bezkresna, przeciwległy brzeg tonął w przedwieczornej mgle. Usiedliśmy znów na skalistym brzegu.

Mój Rozmówca był podniecony. Niestety palił papierosa za papierosem, co wyraźnie skracało czas jego pełnej aktywności. Ale słuchał uważnie tego co mówiłem.

Te postacie, te formy istnienia energii...” - mówiłem dalej - „... komunikują się ze sobą. Komunikują się bez przerwy, nieustannie. Jest to jakby ich cechą podstawową.

Ta komunikacja jest nie tylko wymianą informacji, chociaż jest nią w dużym, może nawet zasadniczym stopniu....

...informacja nie jest tu najlepszym określeniem, ale na razie nie ma lepszego...

...Ta komunikacja jest wzajemnym przekazem elementów, koniecznych dla rozwoju poszczególnych form energii....

...rozumiesz...?

... a więc nie tylko informacji...!

...wszystkich elementów koniecznych do rozwoju!

Skoro powiedzieliśmy, że istnieje pomiędzy tymi formami jakiś rodzaj komunikacji, to musimy zdać sobie sprawę z tego, że muszą też istnieć drogi tej komunikacji...

Tu już przybliżamy się do pojęcia struktury tego całego istnienia.”

Przerwałem na chwilę, a on jak gdyby kontynuował moją myśl.

No właśnie! Teraz będzie najważniejsze. Skoro nie słowo...”

Masz rację! - potwierdziłem - „Ale co tu jest w tym wszystkim najważniejsze...?”

O.K.! Mów dalej”

Chwilę odpoczywałem, by przekazać mu kolejną porcję informacji. Ileż czasu będzie potrzebował, by te informacje przyswoić? Zostawmy to na razie.

Znowu będziemy musieli posłużyć się tu jakimś wyobraźniowym modelem. - powiedziałem - „To trudne, tym bardziej że modele takie mogą jedynie prowadzić nas do jakiejś wiedzy o tym czego dotyczą. Nigdy nie są dokładne, nigdy nie są wiedzą samą w sobie. Są jedynie sygnałem, nadaniem kierunku, w którym idąc, można się do tej wiedzy przybliżyć.

Bo wiesz...” - pozwoliłem sobie na drobną dygresję, chcąc dodać mu jakby otuchy, przed czekającą go za chwilę trudnością - „...wiedza jest czymś w rodzaju iluminacji...

...przychodzi nagle...! jakby od razu w całości!

Ale nie martw się.

Skoro już próbujemy razem przebić się przez tę granicę, to pomogę ci. Powiem ci w pewnym momencie - jak możesz tego dokonać.”

Po chwili kontynuowałem mą wypowiedź.

A więc model...

...wyobraź sobie, że to wszystko zbudowane jest...

...że ta struktura polega na tym....

...albo raczej można by ją porównać...

...do układu niezliczonej ilości, i nieograniczenie wielkich sieci...

...sieci, które są ze sobą skrzyżowane, które przenikają się wzajemnie we wszystkich możliwych kierunkach....

...widzisz to?”

Długo nie odpowiadał.

Ciemność zapadała powoli, ale nieuchronnie.

Wiedziałem, że czas dzisiejszej rozmowy równie nieuchronnie zbliża się do końca. Czas, możliwości percepcyjne Rozmówcy, możliwości przekazu z mojej strony... One przecież także nie są nieograniczone.

Widzę.... jakby.” - odpowiedział w końcu.

Dasz radę jeszcze parę chwil się skupić?” - zapytałem.

Tak!” - odpowiedział - „Jeszcze parę chwil.”

Próbowałem więc dokończyć.

Ta sieć...

...te sieci ze sobą współistniejące...

...mają swe nici i punkty, w których są związane...

...węzły...!

...te nici są jakby kanałami przekazu tego wszystkiego, co w poszczególnych miejscach tego układu jest mu do dalszego rozwoju potrzebne...

...te węzły...

Pomyślałem, że może już dosyć na dziś, że pewnie wyczerpały się nasze możliwości porozumienia. Postanowiłem więc kontynuować tę myśl następnego dnia. Powiedziałem więc.

Ale te węzły i te nitki, to już inna sprawa.”

Słońce straciło swój objawiony nam blask i skrywszy się za pobliskie góry odebrało wyrazistość wieżom i oknom miasta, które właśnie zasypiało. Na nieboskłon wdrapywał się mozolnie księżyc, a przebłyski światła pojawiające się na tle granatowiejącego powoli nieba przemieniały się w gwiazdy, planety i satelity, które pociągają wyobraźnię ku nieogarnionym przestrzeniom, gdzie ludzka myśl gubi się w swej małości.

Biegliśmy wolnym truchtem wysokim brzegiem wzdłuż rzeki ku czarnym cieniom miasta rysującym się na tle granatowego sierpniowego nieba, nieba pełnego migoczących wesoło gwiazd, planet i satelitów, przekazujących ludziom w domach miliony informacji z całego świata, który jest przecież niewiele znaczącą kropeczką w nieogarnionej przestrzeni naszego istnienia. Informacji potrzebnych i niepotrzebnych, prawdziwych i zmyślonych, dobrych i złych - w tym moje kilka słów w sieci internetu - słów, które są wołaniem o zgodę na poznanie nieznanego.

Czy ktoś je usłyszy?

Nie zginą, bo są! Weszły w skład wszechogarniającej nas energii.

Dzisiejszy dzień przyniósł mi mniej satysfakcji od wczorajszego.

Wprawdzie zaczynałem coraz lepiej używać znanych mi słów, a więc próba języka okazywała się jakby bardziej skuteczna niż wyobrażałem ją sobie na początku, ale za to weszliśmy w krąg spraw, które jeszcze trudniej było przekazywać.

No cóż! Bywają przecież dni lepsze i gorsze.

Jutro będę musiał zintensyfikować moją opowieść.

Jeśli zdołam?

I jeśli mój Rozmówca zdoła opanować swą ciekawość... a raczej swą niecierpliwość... na tyle, by spokojnie słuchać mej opowieści.

Dziś chciał za szybko dotrzeć do sedna. To dopiero drugi dzień. Mamy ich jeszcze pięć, więc nie ma co tracić nadziei i starać się przeskoczyć przez ten mur, przez który należy po prostu przejść.


PODRÓŻY DZIEŃ TRZECI.

CZŁOWIEK I ENERGIA ISTNIENIA.


Krótka noc, i dłuższy, bo czterogodzinny przelot rozpoczął trzeci dzień naszej podróży. Hotelowy samochód wiózł nas na lotnisko, gdy nad rzeką budził się gwałtowny świt.

W tej części świata dzień graniczy niemal bezpośrednio z nocą.

To co w Europie nazywamy porankiem, świtem, zaraniem, co od pojawienia się pierwszych słonecznych promieni, jeszcze nie na ziemi bo dopiero na wschodnim nieboskłonie, trwa do chwili gdy słońce wzejdzie ponad las, góry, czy chociażby równinny horyzont - tu odbywa się w ciągu kilku zaledwie minut. Pustynia ożywa nagle, jakby wybuchem. W nocy przed wschodem słońca temperatura potrafi spaść niemal do zera, by już po chwili skąpane w słońcu powietrze osiągało prawie od razu blisko 30 stopni Celsjusza.

Taki rytm natury ma oczywiście znaczny wpływ na człowieka, na jego biologiczny zegar, typ i długość pełnej aktywności, na jej zmienne okresy w ciągu dnia, na intensywność odpoczynku w ciągu nocy. Nasz europejski organizm również odpoczywa tu intensywniej. Gdy temperatura na to pozwala, wpada się w sen głęboki, choć stosunkowo krótki.

Nim upał dał się nam we znaki kręciliśmy się już po klimatyzowanej hali dworca lotniczego, pośród różnokolorowych tłumów. Wczesna pora na tutejszych lotniskach charakteryzuje tym, że przeważają tu jeszcze miejscowi pasażerowie. Rano odlatuje z nich bowiem wiele samolotów ruchu wewnętrznego. Linie przywożące i odwożące turystów we wszystkich kierunkach kuli ziemskiej, budzą się nieco później. Nasz samolot był wyjątkiem od tej zasady, ale też przybył tu niedawno z niemal drugiego końca świata, by po wymianie załogi i zatankowaniu kolejnej porcji paliwa wyruszyć w dalszą drogę, uzupełniwszy komplet pasażerów o takich jak my, dosiadających się tutaj dopiero. Cały postój trwa niewiele ponad godzinę, to też formalności odlotowe trzeba było załatwić sprawnie i żywo. Wiedziałem z doświadczenia, że na tutejszych lotniskach pojawiają się czasem nieprzewidziane trudności ze strony służb bezpieczeństwa lotów, gdyż ten rejon naszego globu od lat nie należał niestety do spokojnych. Zdarza się czasem, że w związku z takimi perturbacjami traci się nawet cały dzień, co w naszym dzisiejszym przypadku mogłoby pokrzyżować wszystkie tak żmudnie i dokładnie przygotowane plany. Nic więc dziwnego, że były to dla mnie emocjonujące chwile i odetchnąłem z ulgą, gdy bez dodatkowych problemów znaleźliśmy się wreszcie w samolocie.

Chwilę po starcie przekroczyliśmy rzekę, a potem była już tylko pustynia przecięta wąskim paskiem biblijnego morza. Gdy ujrzymy pod sobą góry w białych czapach śniegu, będzie to znak, że zbliża się przesiadka do innego samolotu, ale jeszcze nie cel podróży.

Na naszym obecnym odcinku lotu maszyny, która w tym rejsie niemal okrąża ziemię, było niewielu pasażerów, dlatego też mogliśmy, rozsiadłszy się wygodnie na kilku wolnych miejscach, rozpocząć nasze dzisiejsze rozmowy już w powietrzu. Po szybko podanym śniadaniu i porcji napojów nikt nam już nie przeszkadzał. Mój Rozmówca wyraźnie zaktywizował się i dążył do przerwanego wczoraj tematu.

Zaczął więc ostro.

A więc sieci..” - przerwał.

No właśnie...” - odpowiedziałem.

Niezliczona ilość?...”

Tak!”

Niezliczona ilość węzłów?..

Tak!”

I to wszystko bez początku i końca?..”

Bez początku i końca!..”

Zarówno w czasie jak i w przestrzeni?.. „

Zarówno w czasie jak i w przestrzeni!” - potwierdziłem.

Zamilkł na chwilę i jakby zagłębił się w sobie.

Nie chcąc tracić jego aktywności, a jednocześnie obawiając się, by na podstawie tego pierwszego modelu nie zaczął bez mej pomocy poszukiwać samodzielnie, czułem, że muszę natychmiast pociągnąć opowieść dalej. Przedstawiony mu model z sieciami był zbyt prymitywny, by stać się podstawą do samodzielnych poszukiwań. Postanowiłem więc natychmiast ujawnić to memu Rozmówcy.

Ale pamiętasz o tym co powiedziałem ci wczoraj?” - zapytałem przerywając niepotrzebną ciszę.

Co, czy pamiętam?”

Że te sieci, to tylko model.”

Pamiętam!” - odrzekł.

Tylko jeden z możliwych modeli!”

Tak!”

I że w zasadzie wszystkie będą niedoskonałe.”

Wszystkie?” - w jego głosie posłyszałem jakby cień zawodu i może jakiegoś dziecinnego zdenerwowania, złości nawet..

No oczywiście!” - powiedziałem - „Żaden model nie może być doskonały. Nawet w newtonowskiej fizyce nie jest to możliwe.”

Dlaczego?”

Bo model jest tylko rodzajem symbolu umożliwiającego znalezienie tropu.”

Tropu?”

Tak! Tropu, za którym może podążać każdy, kto nie zna tajemnicy jakiegoś odkrycia. Ten trop jest stosunkowo niezawodny, prawdopodobnie wiedzie do celu, ale ten cel nie jest wcale tak bliski, by mógł być osiągnięty szybko.”

Czyli jego wartość informacyjna jest niewielka?”

Stosunkowo niewielka. To prawda! Ale jakoś trzeba ruszyć z miejsca.”

Znowu się zasępił.

Dziś dziwiło mnie w nim to, że jakby nie pozwalał mi rozwinąć myśli. Nerwowo zadawał pytania, wiele pytań, krótkich, nerwowych, często urywanych. Powoli zaczynałem się zastanawiać nad tym, czy w ogóle godzić się na taki typ rozmowy. Ważyłem wszystkie za i przeciw.

Nie było to dla mnie wygodne!

Ale czy w takiej formie przekaz nie był możliwy? Był! Oczywiście! Ale wymagało to ode mnie nadzwyczajnego, wręcz nieosiągalnego skupienia i uwagi. Bowiem w tak rozwijającej się rozmowie nie ma miejsca na korektę własnych błędów. Trzeba niemal każdym słowem trafiać jak najbliżej celu, bo słuchacz jest niesłychanie na nich skupiony. Jego umysł jest maksymalnie otwarty. Otrzymywana informacja gwałtownie szuka jakiegoś porządku, błyskawicznie zapada w pamięć i to zwykle w kontekście już posiadanych informacji - wzbogacając je lub likwidując, gdy są z tą wiedzą sprzeczne. W najlepszym wypadku można błędną informacją narobić ponownego bałaganu w już częściowo uporządkowanym systemie. Ale czy to jest przypadek, który informator mógłby zaakceptować? Taki bałagan porządkuje się potem z większym trudem niż buduje system od nowa. Czasem całość włożonej pracy w ogóle idzie na marne.

Jak więc widzicie, zgoda na dalsze prowadzenie rozmowy w taki sposób wymaga od opowiadającego niesłychanie poważnej i odpowiedzialnej decyzji. Ale czasem jest ona wymuszona!

W procesie przekazu swoje prawa ma przecież także odbiorca. Musi je mieć, bo w przeciwnym przypadku informacja zaczyna być nieznośnym obciążeniem, zaczyna uwierać. Człowiek zaczyna więc od niej uciekać, zamykać się. Zdarza się, że neguje nie tylko wartość samej informacji, ale nawet, w drastycznym przypadku przeciążenia, także i człowieka, który tych informacji udziela. Zaczyna on być postrzegany przez odbiorcę jako agresor, który chce w nasz mózg wtłoczyć coś niewygodnego, jako ktoś kto w naszym mózgu w nieznośny sposób manipuluje, gwałci jego suwerenność.

Jest to przecież proces zasadniczej rewizji pojęć!

W takim przypadku człowiek musi odczuwać zdecydowany dyskomfort! Musi odczuwać, że częściowo traci grunt pod nogami, że słuchając dalszych wywodów może go stracić całkowicie, a cały system nowych pojęć trzeba będzie budować od nowa. Świadomości takiej musi towarzyszyć strach!

I to strach nie tylko przed utratą gruntu pod nogami! Strach również przed partnerem takiej rozmowy. Bo człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że gdy już ten grunt zostanie zburzony, gdy dawny sposób pojmowania rzeczywistości, oznaczający zdolność do w miarę swobodnego i bezpiecznego poruszania się w niej będzie już nieaktualny, a nowy będzie jeszcze nieuporządkowany, chaotyczny, bo na początku oparty na wyłącznie nowych pojęciach otwierających nowe płaszczyzny pojmowania, nowe obszary rzeczywistości, lecz nie wytwarzający jeszcze nowego systemu dającego się stosować w pojmowaniu świata - że w tym czasie pozostaje się niemal całkowicie zależnym, podporządkowanym komuś innemu. Informatorowi oczywiście.

I to ten stan jest dla człowieka nieznośny! Jest po prostu wysoce nienaturalny, a przynajmniej mu nieznany.

Dużo ciekawych wiadomości na ten temat można uzyskać zapoznając się ze wspomnieniami różnych wizjonerów, czy ludzi, których w różnych religiach określa się mianem posiadaczy objawienia - bezpośredniego kontaktu z wielką, nie przewidywaną przez człowieka tajemnicą!

Zjawisko nie jest proste! Bo przecież człowiek bezustannie żyje w pobliżu tajemnicy, obok niej. W takim pobliżu żyje bezustannie. Nie ma przecież nikogo, kto pozbawiony byłby poczucia istnienia różnych tajemnic nas otaczających.

Z kolei uwaga wizjonera jest zawsze skierowana na jakiś dość konkretny rodzaj tajemnicy, na jakiś tajemniczy obszar! Oczywiście mówimy o sposobie koncentracji uwagi przez takiego człowieka przed zaistnieniem wizji. Po jej doświadczeniu rzecz ma się nieco inaczej!

Na przykład dla św. Bernadetty istnienie Matki Boskiej nigdy nie przedstawiało kwestii. Było po prostu oczywistością. Co więcej! Jej normalna ludzka wyobraźnia była z tym tematem jakby oswojona. Jakiś obraz Matki Boga rysował się przed jej „oczami” zawsze. Nie była to wszak wizja! Nie było to objawienie! Nie był to kontakt z żadną tajemnicą! Żadne jej poznanie! Niemniej była to świadomość tej tajemnicy. Świadomość, że ta tajemnica istnieje.

I co z tego?

Gdy ten kontakt w końcu nastąpił, gdy tajemnica się objawiła w swej istocie - pojawił się strach! Tak! Zwykły człowieczy strach! To oczywiste!

Doskonale to rozumiałem.

Bo przecież od tej chwili nic już nie jest takie samo, jak było przedtem.

Poznanie czegoś co istnieje, a co stanowiło dla człowieka sferę tajemnicy, sferę niejako zamkniętą - powoduje, że wszystko jest nowe, bo istnieje już jedynie jakby w świetle tej nowo uzyskanej wiedzy. A to światło jest podstawą wszystkiego. Ono właśnie objawia niejako całą resztę rzeczywistości istniejącej dookoła nas od dawna. Tylko ono nadaje tej rzeczywistości zarówno kształt jak i charakter - sens.

Dawny obraz świata rozsypuje się w jednej chwili w gruzy.

W takiej sytuacji znajduje się każdy wizjoner, każdy kto przekracza jakiś próg tajemnic nas otaczających. Jeśli jest to próg w granicach naszej, zmysłowej struktury - stres jest oczywiście mniejszy, aczkolwiek wystarczająco duży by stanowić przedmiot wielokrotnych i wielorakich opisów uczuć i stanów psychicznych wielkich odkrywców praw natury. Pomimo, że jest to zwykle wynik powoli odsłaniającej się tajemnicy, wynik żmudnej pracy, której finał coraz bardziej przybliża się do badacza i nie stanowi zupełnego zaskoczenia! Jednak jest to też moment ostateczny poznania. Moment niewątpliwie przełomowy.

Natomiast dokonanie odkrycia w sferze struktury pozazmysłowej, to znaczy takiej, o której nasze zmysły nigdy nie dawały nam żadnego świadectwa, a być może jedynie prowadziła nas tam wyobraźnia, przeczucie, pragnienie czy intuicja - musi być przeżyciem wszechogarniającym naturę człowieka. Takim, jak bezpośredni, osobisty kontakt z Bogiem.

Jednak wizjoner religijny znajduje się w jeszcze innej sytuacji, niż odkrywca innej struktury. Chyba jest to sytuacja lepsza! Doznanie istnienia Boga dużo przecież rozwiązuje. Dalej już wszystko jest proste, bo nic innego się już liczyć nie może. Wszystko, co najważniejsze zostało rozwiązane. A jednak....

Może trzeba będzie jeszcze wrócić do tego tematu?...

Teraz jednak musiałem zdać sobie sprawę z dwóch rzeczy; pierwsza - to ta, że Rozmówca mój znajduje się w sytuacji wyjątkowo trudnej i że z faktu tego powinny wynikać jego szczególne prawa, druga - to mój obowiązek podjęcia teraz tej formy rozmowy, którą on może nieświadomie proponował, forsował, a która choćby częściowo przywracałaby mu niezbędne poczucie komfortu psychicznego. Formy agresywnej, zaczepnej, nerwowej, ale za to formy, w której czuł się teraz najlepiej.

Bo była to przecież w istocie rzeczy forma obrony przez atak, obrony przed zbliżającą się sytuacją utraty gruntu pod nogami, sytuacją, której nadejście już przeczuwał.

Nie miałem więc właściwie wyboru. Chcąc realizować plan swego opowiadania, chcąc w ogóle dalej rozmawiać z mym Rozmówcą musiałem przyjąć tę niezmiernie trudną i dla mnie niewygodną formę.

Przerwałem więc nasze milczenie.

No to co? Jedziemy dalej?” - zapytałem.

Jak chcesz.” - odpowiedział.

Pozorna pasywność była dla mnie dowodem, że nie myliłem się w ocenie sytuacji. Był bliski rezygnacji z naszego programu.

A więc te modele...”

Co tam modele..” - przerwał - „Może powiedziałbyś wreszcie po prostu jak to jest!” - zaatakował mnie z niechęcią w głosie.

Roześmiałem się.

Przecież cały czas mówię!”

A ja coraz mniej rozumiem!”

No dobrze, ale..”

Nie! Nie dobrze. Wręcz źle!” - jego agresja wracała, co wcale nie było dla mnie złym znakiem.

Może będzie lepiej?” - zapytałem wesoło, próbując czy nie da się choć trochę rozładować napięcia.

Może?” - zgodził się bez przekonania.

No to spróbujmy.” - zaproponowałem.

O.K.” - zgodził się.

Wróciłem więc do przerwanego wątku.

Z modelami to jest tak! - jeden nigdy nie wystarczy, by posunąć się do przodu...”

A ile?” - zaczepiał mnie wyraźnie, ale postanowiłem nie reagować.

No! Co najmniej dwa.”

Dwa? Dlaczego?”

Dlatego, że pojedynczy model, jeśli pozostaje samotny, jest jakby płaski. Nie informuje, a także nie stwarza żadnej alternatywy....”

Zauważyłem!” - zachowywał się teraz zupełnie jak rozpieszczony smarkacz, ale zauważyłem, że reaguje natychmiast, co było znakiem, że słucha uważnie i aktywnie. To było najważniejsze.

No właśnie. Trudno więc być z takiego modelu zadowolonym.”

I ciągnąłem dalej.

Istnienie co najmniej dwóch modeli stwarza między nimi pewnego rodzaju napięcie. Napięcie niezbędne, by coś z tego wynikło.”

Napięcie?” - zapytał już spokojniej.

Tak!” - potwierdziłem, też spokojniej, gdyż mogłem teraz lepiej kierować rozmową, czując rosnące zainteresowanie.

Elektryczne?”

Nie elektryczne! Przecież takie modele istnieją jedynie w słowach, w wyobraźni.”

No tak!” - potwierdził - „Ale tam, w mózgu jest przecież prąd. Biofizyka stwierdziła ponad wszelką wątpliwość...”

Tak!” - przerwałem żywiej, bo zacząłem podejrzewać, że zaczyna się nieodpowiedzialnie droczyć.

I zaraz dodałem.

Ale teraz nie mówimy o mózgu, tylko o zależności modeli jakiejś struktury, które mogą istnieć w ogóle. Również poza mózgiem...”

No dobrze, przepraszam!” - sam się złapał na tym, że jego zaczepki od pewnego czasu były jedynie „sztuką dla sztuki” i że nie służyły już rozwijaniu tematu.

Ucieszyło mnie to, że to zrozumiał.

O.K.” - powiedziałem.

Postanowiłem jeszcze raz wrócić do tematu. Gdyby się to nie udało, trzeba by w ogóle przerwać rozmowę i czekać na lepszy moment.

A więc to napięcie...” - zacząłem - „...polega to na tym, że pomimo iż są to modele właściwie tego samego, tej samej struktury, różnią się od siebie.”

Zawsze?”

No tak! Zawsze! W przeciwnym wypadku nie ma sensu tworzenie dwóch modeli.”

Ale chodzi o to, czy one różnią się zasadniczo.”

Raczej tak! Im bardziej ogarnia nas zdziwienie, że choć mają dotyczyć tego samego, są tak różne - tym lepiej.”

Dlaczego?”

Z wielu względów, ale narazie powiedzmy tylko, że im bardziej się różnią, tym większe występuje między nimi napięcie. To napięcie jest konieczne. Zaraz do tego wrócimy.”

Czym jest ten drugi model?

No właśnie! Teraz uważaj!” - powiedziałem - „On jest jakby odmiennym przejawem tej samej rzeczywistości. Jakby tym co widać, gdy popatrzy się na coś od innej strony. Dlatego musi się różnić od pierwszego modelu, ale jednocześnie być mu niesłychanie bliski. Bo jest innym modelem tej samej rzeczy. Rozumiesz?”

Być może. Ale mów dalej!”

Oczywiście skorzystałem z tej zachęty, bo była również sygnałem, że jego agresywność ulega jakby rozładowaniu.

Tak jak poprzez pobranie krwi z żyły na ramieniu, i jej zbadanie można coś orzec na przykład o wątrobie człowieka, bo w ten sposób uzyskujemy wgląd w organizm z innej niż wątroba strony.... jest to jednak wgląd w ten sam organizm co wątroba - i tak jakby poprzez stworzenie drugiego modelu badamy pierwszy.

To nie jest takie proste, ale pomyśl - wiemy, że coś przedstawia nam rzecz x, a równocześnie jest bardzo różne od czegoś co stara się nam tę samą rzecz przedstawić tak samo! Tak samo! Rozumiesz?”

Tu się trochę zgubiłem.” - przyznał.

Nie ma problemu!” - uspokajałem go - „Posłuchaj.”

Był teraz naprawdę skupiony.

Oglądasz dwa zdjęcia tego samego człowieka, które zrobiono w tym samym celu. Po to, by obraz tego człowieka utrwalić, by ktoś, kto te fotografie zobaczy dowiedział się jak ten człowiek wygląda. I co?

Patrzysz na nie i widzisz, że albo to nie jest ten sam człowiek, albo wygląda inaczej na jednym i na drugim zdjęciu.

Natychmiast musi ci się narzucić myśl, że jeśli na obu jest rzeczywiście ten sam człowiek, to pomiędzy jednym a drugim zdjęciem jest...”

Czas!” - wykrzyknął niemal - „Czas! Że upłynął czas!”

No właśnie! Między jednym a drugim zdjęciem coś jest! Ty to nazwałeś czasem, W porządku! Może być jeszcze coś innego! Na przykład wyraźna różnica w technice robienia obu zdjęć. To jest mało ważne. W zasadzie obojętne co! Ważne jest dla nas, że to coś jest!”

No więc?” - poganiał mnie teraz.

No więc, jeśli chcemy teraz poszukiwać odpowiedzi na pytanie - co było, czy co jest pomiędzy tymi dwoma zdjęciami - jeśli możemy to badać, to istniejące pomiędzy nimi napięcie, ta właśnie niezgodność stanie się podstawą naszego zainteresowania. Bez tego napięcia nie byłoby problemu. Nie byłoby pytania. Jasne?”

Prawie!” - odpowiedział zadowolony.

Tak samo jest z naszymi modelami, tylko....”

...że nie chodzi w tym wszystkim o czas!” - niemal wykrzyknął przerywając mi nagle.

Zgoda.” - powiedziałem zaskoczony, nie tyle tym wybuchem, co trafnością jego obserwacji.

Postanowiłem teraz na chwilę oddać inicjatywę memu Rozmówcy.

A o co?” - zapytałem.

No!” - zastanowił się - „Na przykład o przestrzeń?”

Tym razem spudłował, ale rozumiałem na czym polega jego błąd, to też postanowiłem tylko zwrócić mu nań uwagę, a skorygować go później.

No!” - pozwoliłem sobie na naśladowanie jego tonu, co mogło wpłynąć na dalsze rozluźnienie atmosfery naszej rozmowy - „Niezupełnie! Nie o przestrzeń tu chodzi!”

Nie o przestrzeń? Więc o co?” - zdziwił się.

Powiedziałem - niezupełnie” Więc trochę i o przestrzeń. Ale wrócimy do tego potem. Teraz zwróćmy uwagę na...”

... to napięcie!” - dokończył znowu trafnie.

Właśnie! To napięcie między naszymi modelami jest dla nas pytaniem - co też znajduje się pomiędzy nimi? Czym to napięcie w istocie jest? Przez co ono przechodzi, co je wypełnia?”

Teraz rozumiem!” - wykrzyknął - Bez tego napięcia nie wiedzielibyśmy gdzie szukać tej struktury.”

Brawo!” - ucieszyłem się - „Rzeczywiście! Jeżeli dwa opisy tego samego nie przystają do siebie, to pomiędzy nimi musi coś być, co stanowi tę istotną treść, która wypełniwszy różnice między modelami czy opisami spowoduje, że różnica ta niejako zniknie! A dokładniej - że będzie widać jakiej całości te opisy czy modele dotyczą.”

Tak.” - zakończył teraz nasz dialog, jakby wypuszczając z siebie powietrze i osłabiając napięcie uwagi.

Nie było sensu dalej rozmawiać. Zarówno mój Rozmówca jak i ja musieliśmy chwilę odpocząć. Dopiero teraz, zamknąwszy jakąś niewielką cząstkę zaplanowanego wywodu, ale jednak zamknąwszy ją, doprowadziwszy do tego, że informacja dotarła do świadomości mego Rozmówcy jako możliwa do przyjęcia - poczułem ile takie zamknięcie kosztuje. Teraz dopiero przyszło zmęczenie.

On też odpoczywał. Patrzył leniwie przez okno w dół.

Pustynia, pustynia, pustynia...” - powiedział do siebie - „Aż trudno uwierzyć, że istnieją ludzie i zwierzęta, które potrafią wespół przemierzyć te przestrzenie pieszo.”

Człowiek potrafi wszystko, mój drogi.” - odpowiedziałem, tak jakby od niechcenia, nie przywiązując wagi do tej banalnej myśli. Banalnej, bo wypowiedzianej ot, tak, bez głębszego zastanowienia. Ile też głębszej prawdy może czasem kryć w sobie byle jak wypowiedziane zdanie?

Odpoczywałem.

A może mi się tylko tak wydawało?

Bo zaczęły mi się cisnąć do głowy myśli wręcz zasadniczej natury. Jakby umysł mój poprawiał konspekt opowiadania przekazywanego memu Rozmówcy, który przygotowałem wcześniej sposobiąc się do tej siedmiodniowej podróży. Jakby bez mojej wiedzy mózg mój odnalazł w tym planie jakieś luki, niedoskonałości, braki.

Rzeczywiście! Zrozumiałem teraz, że skupiwszy się zasadniczo na strukturze, którą przede wszystkim chciałem memu Rozmówcy przekazać... a może raczej wiedzę o niej, o tym jak do tej struktury docierać, jak ją poznawać - zapomniałem o człowieku. O człowieku... A przecież...

O człowieku - takim jakim jest on na ziemi - można używając słów powiedzieć niemal wszystko. A mówić można również w nieskończoność, docierając do kolejnych tajemnic jego istnienia pomiędzy granicami zmysłów.

O jego usytuowaniu w całości?

Tu słowa oddalają nas zwykle od sedna.

Słowa są w stanie opisać człowieka działającego w czasie i w przestrzeni, choć on sam zarówno czas i jak przestrzeń wielokrotnie przerasta. I tylko z tego jednego powodu mówiąc o człowieku - mówimy już o czymś co jest poza czasem, poza przestrzenią.

Pomyślcie! Tylko mówiąc o człowieku, pisząc o nim czy myśląc - można przy użyciu słów przekraczać granice istnienia. Bo słowa są jakby stworzone po to, by o człowieku oznajmiać. Ale tylko o nim. Bo tylko on - w kontekście poznanego przez nas świata - ten świat przerasta i my wiemy o tym. Może, gdybyśmy mogli wejść w kontakt z czymś równie wspaniałym jak człowiek, równie jak on przerastającym rzeczywistość, to może odnaleźlibyśmy nowe, odpowiednie słowa, by za ich pomocą wzajemnie się o tym informować?

Może?

Ale czy pomyśleliście kiedyś o tym do jakiego stopnia jesteście wybrańcami?

Tak! Wybrańcami!

I nie tylko dlatego, że mówiąc o sobie potraficie przekraczać granice zmysłowego istnienia. Cała literatura jest tego dowodem. I też nie tylko dlatego, że myślenie o człowieku udowadnia nam, że pojęcie nieskończoności jest czymś na wskroś realnym, bo nieskończony jest człowiek i wiemy, że nigdy nie wyczerpie się jego opisu, choćby poświęciło się temu zagadnieniu nieskończoną ilość tomów. Człowiek jest nieskończony! I nie tylko dlatego, że jako istota jest zarówno przeszłością, jak i niewyobrażalną przyszłością, jego granice nie dadzą się pomyśleć. Ale nawet nie to jest tym znakiem jego szczególnego wybraństwa. Tym znakiem jest...

Tym znakiem jest to, że tylko człowiek może poznawać! Że tylko on może przenikać granice światów, ba! - światy same. Że przekracza je własnym działaniem! Nawet samym istnieniem! Że to właśnie działanie - działanie człowieka, jego mózgu jest tym przekraczaniem.

Czy rozumiecie, że przekraczając w ten sposób kolejne granice można ogarniać coraz to więcej struktur pozazmysłowych, a tym samym można poszerzać granice ludzkiego języka, bo skoro człowiek zagarnia coraz większą część całości to i coraz większej części całości zaczyna służyć język jemu służący.

Nie wiem jeszcze! Jeszcze mówię do was nieudolnie, niedostatecznie jasno, ale może już zaczynacie rozumieć o co idzie gra?

Może chociaż zaczyna to rozumieć mój Rozmówca?

Odpoczywaliśmy jeszcze.

Lecieliśmy już ponad dwie godziny, więc wstałem ze swego miejsca by nieco rozprostować kości. Przegiąłem tułów parę razy do tyłu odpychając do przodu krzyż rękami opartymi o biodra, potem splótłszy ręce za karkiem odepchnąłem je silnie kilka razy ku tyłowi wypinając jak to tylko było możliwe do przodu klatkę piersiową. Krążenie krwi wracało powoli do normy, zakłócone długo utrzymywaną w samolotowym fotelu nienaturalną pozycją ciała.

Mój Rozmówca również wstał i przechadzał się chwilę wzdłuż przejścia pomiędzy rzędami foteli.

Większość naszych współpasażerów spała lub drzemała.

Wróciwszy na swoje miejsce nacisnąłem przycisk wzywający stewardesę. Zjawiła się po chwili. Poprosiłem ją o dwie mocne kawy. Wiedziałem bowiem, że zbliżające się lądowanie będzie jednocześnie pożegnaniem na jakiś czas z tą używką, jedyną, do której jak się zdaje byłem przyzwyczajony. Na ile jest to przyzwyczajenie, trudno powiedzieć. Od lat nie spędziłem dnia bez kawy, więc też nie było okazji by poddać organizm próbie wstrzemięźliwości. Było to jednak bez znaczenia, gdyż nie wyglądało na to, by mi ta używka szkodziła. A przyjemność w jej spożywaniu odnajdywałem dużą.

Dlaczego o tym mówię?

Zdrowie jest ważną sprawą w życiu człowieka. Człowiek w pełni sprawny inaczej odbiera świat, inaczej reaguje na otoczenie od człowieka, któremu wyraźnie coś dolega, lub gdy na skutek braku fizycznej sprawności szczególnie uświadamia sobie swe ograniczenia. Zdrowy organizm jako łącznik pomiędzy osobowością człowieka a jego otoczeniem rolę tę spełnia w inny sposób niż czynić to może organizm chory. Cielesność nasza jest narzędziem służącym do nawiązywania kontaktu. Również inaczej pracuje mózg w stanie zdrowia ciała. Jest on jakby uwolniony od walki z dolegliwością, bólem czy słabością i może w maksymalnej swej części uczestniczyć w poznaniu.

Nie znaczy to bynajmniej, bym lekceważył w odniesieniu do istoty ludzkiej stan choroby! Mówiłem już o tym częściowo. Choroba jest równie istotnym doświadczeniem jak wszystko inne. Jest jednak doświadczeniem z innej płaszczyzny.

Walka z chorobą, skupienie na tej walce wielu naszych możliwości energetycznych powoduje jakby odejście od naturalnego kontaktu z zewnętrznością. Skupia uwagę i aktywność człowieka jakby na nim samym, na własnym organizmie. No i oczywiście stanowi trudno osiągalne dla osoby zdrowej specyficzne doświadczenie kontaktu z zewnętrznością. Ta zewnętrzność jest przecież czym innym dla organizmu chorego. Inaczej nań działa, inny nawiązuje z nim kontakt. Wystarczy wskazać przykład najprostszy, a mianowicie funkcję temperatury otoczenia.

Człowiek w gorączce potrzebuje ostudzenia rozgorączkowanego ciała. Dobrze jest mu tę nadwyżkę odebrać, odczuwa to jako ulgę. Jest to zupełnie inne doświadczenie temperatury od doświadczenia człowieka zdrowego, który nagrzewanie ciała intensywnymi promieniami słonecznymi odczuwa jako wielką przyjemność.

Przykładów tego rodzaju nie ma co mnożyć, są oczywiste. Drobne różnice nie stanowią problemu.

Jednak rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że człowiek cierpiący nie próżnuje w zakresie poznania otoczenia! Inna sprawa, na ile stan choroby i cierpienia pozwalają mu na przemianę tych doświadczeń w jakiś typ wiedzy. Czy wspomniane skupienie się na walce z dolegliwością nie wyklucza zupełnie refleksji nad poznanymi w trakcie tej walki związkami z otoczeniem. Wydaje się, że nie zawsze tak być musi. Z literatury, nie tylko przecież medycznej, znamy przykłady niezwykłej nawet aktywności refleksyjnej, umysłowej u osób dotkliwie cierpiących. Stan cierpienia był dla wielu z nich bramą do wiedzy, prowadził ku istotnym odkryciom! I to w zgoła nie medycznych dziedzinach! Znane są też przecież wypadki, gdy cierpienie do tego stopnia aktywizowało mózg chorego, że znacznie przekraczał on swe, zdawałoby się - normalne możliwości. To poszerzenie z kolei prowadziło do poznania pozazmysłowego, poznania innych poziomów istnienia natury, istnienia całości. Ale wówczas....

Człowiek jako istota boi się cierpienia. Boi się, bo istnieje ono w sferze jego wiedzy i nie jest niczym przyjemnym. Ten lęk właśnie powoduje, że stan bólu przyzwyczailiśmy się uważać za stan odmienny od normalnego, powiedzmy wprost - jako stan nienormalny, patologiczny nawet.

Decyzja nazwania czegoś nienormalnością, patologią pociąga za sobą kolejne skutki, a mianowicie pozwala ludziom zdrowym, ba! - nawet tym, którzy dopiero co do zdrowia powrócili - uważać doświadczenie nabyte w cierpieniu za doświadczenie również nienormalne, patologiczne. To z kolei pozwala je lekceważyć, odrzucać jako istotne nie tylko w sensie medycznym. Popularne powiedzenia typu: bredzi w gorączce, czy ma halucynacje od razu sygnalizują nasz negatywny stosunek do takiego przekazu, są najlepszym dowodem naszego stosunku do zjawisk wynikających ze stanu cierpienia. Nikt też nie stara się takiego majaczącego człowieka rozumieć, halucynacji traktować jako informacji.

A może jest to jedynie wynik pychy zdrowych?

Może przegapiamy w ten sposób wiedzę zawartą w istotnym przecież kontakcie człowieka z rzeczywistością? Rzeczywistością istoty cierpiącej, to prawda, ale na jakiejż to podstawie utrzymujemy w sposób niewzruszony, że większą wagę należy przywiązywać do doświadczenia istot nie cierpiących?

Bo przecież kryje się w tym jakiś narzucający się paradoks.

Paradoks!

Bo przecież co najmniej połowa, jeśli nie większość ludzi żyjących współcześnie wraz z nami na ziemi przez przeważającą część swego czasu trwa w stanie cierpienia! Jasno wskazują na to wszystkie znane statystyki. Chyba, że stan permanentnego głodu i następujących po nim skutków w samopoczuciu osoby ludzkiej uznamy za coś, co cierpieniem nie jest! Oczywiście bzdury takiego twierdzenia nawet udowadniać nie trzeba. Każdemu niedowiarkowi radzę spróbować tego doświadczenia. Wystarczy kilka dni nie jeść, by ścisły związek głodu z cierpieniem stał się nad wyraz zrozumiały.

Ponadto wiadomo, że nawet w społeczeństwach uznawanych za syte i zdrowe czas cierpienia przeciętnego człowieka, to co najmniej dwanaście procent całości jego życia.

Nikt też, w znaczeniu ściśle poznawczym, nie bierze pod uwagę cierpień (przecież znanych) pijaków, narkomanów, osób bezdomnych, czy wręcz normalnych, przeciętnych osób starych z ich, „oczywistymi” cierpieniami.

Komiczne. Prawda?

Supremacja zdrowych i silnych w procesie ustalania pojęć wchodzących w zakres wiedzy!

Czy nie przypomina wam to czegoś, o czym ludzkość stara się szybko zapomnieć? Czy w ogóle takie stanowisko można przyjąć za rozsądne?

Nie wiem.

Nie wiem, bo rozumiem także uzasadnienia, które na swą obronę mogliby tu przytoczyć obrońcy takiej postawy mimo tego, że oni też wiedzą, iż wiele ogólnie uznanych odkryć nie jest dziełem geniuszy tryskających zdrowiem i wolnych od cielesnego cierpienia. Ale zgodzę się z tym, że w skarbnicy wiedzy ludzkiej większość składa się z elementów, których zaistnienie nie miało bezpośredniego związku z tym, co nazywamy chorobą. Ale tylko większość! Bynajmniej nie całość.

I chociaż nie będę tu bronił ryzykownej dziś tezy, że cierpienie przynosi wiedzę obszerniejszą, ważniejszą - to jednak będę się upierał chociażby przy tym, że ta jej część, która z cierpienia wynika jest nie tylko niezmiernie ważna, ale że bez niej wiedza nasza nie byłaby w ogóle wiedzą o czymkolwiek.

No cóż!

Człowiek pewnie nie wybiera swego losu, ale może w nim sobie pomóc lub zaszkodzić. Nikt nie wątpi przecież w to, że upijając się notorycznie alkoholem nie podnosimy naszej sprawności fizycznej. Wie o tym nawet alkoholik, który mimo swej fatalnej zależności czuje jak jego organizm traci siły motoryczne, kondycję, możliwość skupienia czy wytrzymałość w koncentracji. (Ta choroba jest też doświadczeniem!) Jest też jasne, że ćwiczenia fizyczne nasze zdolności cielesne podnoszą, a przynajmniej pozwalają im dłużej trwać.

Natomiast dla rozwoju naszej wiedzy, a następnie dla procesu dzielenia się nią z innymi jest niewątpliwie bardzo ważne uświadomienie sobie - co jest naszą możliwością! Bezustanne tej możliwości poszukiwanie i wzmacnianie! Musimy jakby określić naszą specyficzną szansę na pozyskanie wiedzy, określić narzędzia, za pomocą których dzieła takiego możemy dokonać. Jeśli dane nam jest zdrowe i sprawne ciało nie ma powodu poszukiwać doświadczeń wynikających z choroby czy cierpienia. Toteż dbałość o jego stan jest po prostu dbałością o narzędzia poznania, o ich skuteczność i trwałość.

Tak pojęta dbałość nie jest przecież jedynie dbałością o ciało! To znacznie więcej!

Kawę dostaliśmy szybko. Mój Rozmówca wrócił na swoje miejsce, ja na swoje i po chwili byliśmy gotowi do dalszej pracy.

Zapytał.

No to co? Zaproponujesz następny model?”

Pewnie tak, chociaż zastanawiam się czy nie byłoby lepiej, gdybyś to ty spróbował go zaproponować.” - powiedziałem.

Chyba nie!” - odpowiedział z przekonaniem.

Dlaczego?” - pewnie miał rację, ale byłem ciekawy dlaczego jest tego aż tak pewien.

Za wcześnie!” - odparł - „Boję się, że odejdę za daleko od tropu, o którym mówiłeś.”

Miał rację.

Sam teraz zdziwiłem się skąd mi tak absurdalny pomysł przyszedł przed chwilą do głowy. Jednak coś ciągnęło mnie do tego, by jak najszybciej moje opowiadanie przemienić we wspólną pracę. To też powiedziałem.

To może spróbujemy konstruować go razem?”

Jak to sobie wyobrażasz?” - zapytał.

Nie wiem jeszcze. Ale spróbujmy.”

Moje nalegania trochę go rozbawiły, ale nie wzbudziły jakiegoś zdecydowanego sprzeciwu. Powiedział więc.

No dobra! Próbujmy. Tylko ty kierujesz tym eksperymentem.”

Zgoda!” - przystałem na to chętnie.

Należało teraz wymyślić metodę. Najlepsze w tym momencie, a jednocześnie najbardziej naturalne wydawało mi się przeanalizowanie starego modelu, tego z sieciami, a także określenie jego wad.

Zastanawiałeś się może nad tym co ci nie odpowiada w tym modelu, który zaproponowałem?”

Prawdę mówiąc, nie.”

A przecież jednak musiało w nim być coś, co cię od niego odrzuciło?” - zapytałem - „Czułem wyraźnie, jak cię zmęczył. Może nawet zniechęcił.”

Tak!” - przyznał po chwili zastanowienia - „Masz rację. Ale nie zastanawiałem się co też by to mogło być.”

To pomyśl chwilę.” - zaproponowałem.

Spróbuję.”

Ukrył głowę w dłoniach.

Muszę go sobie dobrze przypomnieć. Przejrzeć jego zawartość.” - powiedział nie zmieniając pozycji.

Jeszcze chwilę milczał, aż w końcu usłyszałem jeszcze z poza dłoni zakrywających twarz.

Tak, tak! Chyba to na tym polegało.”

Spokojnie podniósł głowę i powiedział nie patrząc jeszcze na mnie.

Tam jest taka niespójność. Jedno do drugiego jakby nie pasuje.”

Co do czego?”

No wiesz” - budował odpowiedź uważnie - „Przecież mówiłeś o energii. Wielkiej energii! A model jej istnienia przedstawiłeś w postaci sieci.”

No i co?” - zapytałem, bo jego aktywność nagle zaczęła maleć.

Gdy starałem się ten obraz zobaczyć... wyobrazić sobie, to... no to chociaż nic na ten temat nie mówiłeś, wyobraziłem sobie, że ta sieć jest z jakichś sznurków... i to właśnie... ta miękka... czy może słaba struktura sznurkowata... no wiesz... taka jakaś byle jaka... nie pasowała do tego, czym dla mnie... no do tego wszystkiego co mi się zawsze kojarzyło z energią.”

Wyraźnie chciał mówić dalej, ale przerwałem mu.

Masz rację! To jest zdecydowana niespójność. Ale..”

Tak! I z tego powodu...”

Znowu musiałem mu przerwać, bo trafił w sedno i wymagało to natychmiastowej korekty.

Posłuchaj chwilę!” - mówiłem teraz wolno i z naciskiem - „Ten model jest wysoce niedoskonały i rzeczywiście zwodniczy. Ale jest w nim coś niesłychanie ważnego, co chciałem ci za jego pomocą przekazać i do tego taka rzecz jak sznurek, jakieś nici wydały mi się najlepsze. Wiesz co to jest, co było niezbędne by dalej...”

Wiem! Oczywiście!” - nie pozwolił mi dokończyć pytania.

Co takiego?” - byłem niemal pewien, że się pomyli.

Węzły! Te węzły trzeba było jakoś zasygnalizować!”

Powiedział to z takim przekonaniem, że nie ośmieliłbym się mu zaprzeczyć. Nawet, gdyby to była nieprawda. Ale to była prawda. Zaskoczył mnie.

Przypomniałem sobie to, co już zauważyłem w nim na moście przy pierwszym spotkaniu. To falowanie jego energii i jej nierównomierne erupcje. W rozmowach też czasem odnosiło się wrażenie, że nie może przebić się przez stosunkowo proste rzeczy, dostrzec tego co jakby było tuż tuż i właściwie powinno być dlań łatwo osiągalne. W innych znów chwilach umysł jego działał z szybkością pioruna, wyprzedzał pytania, całe ciągi myśli, przebijał jeszcze nie dokończone ściany. To ciekawe! Będę się musiał nad tym zastanowić.

W chwilach takich, w chwilach wzmożonej przenikliwości, gdy dokonywał takiego skoku w przód, gdy trafiał cel - odczuwał niesamowitą radość. Radość i odprężenie. To też mogła być wada. Takie odprężenie może również oznaczać szybką dekoncentrację, brak kontroli nad dalszym ciągiem rozumowania. Odkrycie, którego dokonywał było przecież znikome wobec całości drogi, którą należałoby przemierzyć. Wydawało mi się, że takie odkrycie powinno raczej wzmagać czujność przed następnym krokiem, a nie wywoływać młodzieńcze wybuchy radości.

Tak było ze mną!

Ale zaraz zdałem sobie sprawę z idiotyczności dokonywania takich porównań. Był przecież innym niż ja człowiekiem. Każdy jest inny i na tym właśnie polega wspaniałość istnienia. Nawet cegła cegle nie jest równa, a co dopiero człowiek człowiekowi.

Z radości nie mógł teraz usiedzieć spokojnie na swym miejscu.

Brawo!” - wyraziłem swe niekłamane uznanie.

Spojrzał na mnie z satysfakcją.

Chodziło rzeczywiście o węzły!”

Pochwalony znowu natężył swą uwagę.

A więc jednak wyczuł, że zbliżamy się do kolejnego progu. Znowu mnie zaskoczył.

Za pomocą innego tworzywa trudno byłoby to przedstawić.” - tłumaczyłem - Te sznurki... a właściwie ta sieć najlepiej obrazuje ich istnienie i znaczenie w całości.”

W porządku! Jedź dalej.” - popędzał mnie teraz.

Postanowiłem dotrzymać mu kroku w tym pospiesznym rwaniu do przodu, więc informowałem bez przerw.

Ale jeszcze jedna rzecz była w tym modelu ważna! Jaka?”

Nie wiem! Mów!”

Nawet nie próbował się zastanowić.

To, że one, te sieci przeplatają się we wszystkie strony.”

No tak. Rzeczywiście.”

A poza tym sieć jest formą, w której najtrudniej wskazać jakiś początek czy też koniec...”

Jasne!” - wtrącił - „Można najwyżej wskazać jej rogi, jeśli jest kwadratowa. Ale w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że taki róg jest jej początkiem czy końcem. Zresztą który...”

Racja!” - potwierdziłem, ale też zaraz ciągnąłem dalej, gdyż bałem się by nie popadł w słowotok i nie utopił wszystkiego w gadaniu.

A jeśli jeszcze wyobrazimy sobie, że każda z nich jest okrągła i nawet rogów nie posiada, to jesteśmy już dość blisko jakiegoś modelu nieskończoności! No! Przynajmniej bezpoczątkowości całego układu.”

Brawo!” - wykrzyknął.

Była to w zasadzie pierwsza pochwała z jego strony, jaką otrzymałem w czasie naszej krótkiej, ale przecież intensywnej znajomości.

Brawo!” - powtórzył - „Cieszę się, bo miałem już chwile, gdy wydawało mi się, że marnujemy czas i pieniądze. Że nigdy nie zrozumiem tego o czym rozmawiamy.” - wyjaśnił.

Zaczął sadowić się wygodnie w swym fotelu, co wyraźnie oznaczało przygotowanie do uważnego słuchania, gdy głośnik w kabinie wezwał nas do zapięcia pasów bezpieczeństwa, gdyż samolot nasz rozpoczął właśnie podchodzenie do lądowania. Trzeba było przerwać.

Trochę żałowałem, bo czułem w sobie jeszcze zasób sił na jakieś pół godziny, a chciałem przynajmniej zacząć kreślić kolejny, ważny model.

Mój Rozmówca był mniej zawiedziony. Odwrócił się ode mnie i spojrzał przez okno w dół.

O rany!” - zdziwił go ujrzany tam widok. - „Gdzie my jesteśmy?”

Czy to ważne?” - zapytałem tajemniczo - „Przecież i tak nie przybywamy tu jako turyści!”

Jego zdziwienie wcale nie było bezpodstawne.

Mieliśmy teraz pod sobą jakby śnieżno-lodową pustynię. Wysokie góry były wiecznie białe na swych szczytach, a cień w dolinach nie pozwalał dojrzeć w nich również niemal wiecznego lata. Widok ten utrwalił mi się w pamięci jako jeden z najwspanialszych w czasie mych licznych podróży.

Ale za chwilę miało go czekać nowe zaskoczenie.

Gdy tylko wlecieliśmy w gardziel rozległej doliny ośnieżone szczyty straciły swój agresywny urok. Widać teraz było w dole rozległe miasto. O jego kolorycie decydowała brunatno-żółta barwa, która wlewała się jakby doń z doliny. Samolot przelatywał nisko nad domami, gdyż zaraz za zabudowaniami rozpoczynał się pas lotniska i trzeba było znaleźć się na nim stosunkowo wcześnie. Lotnisko było krótsze niż światowe porty tego typu i kończyło się wraz z końcem doliny nad którą lecieliśmy.

Na ziemi, gdzie z powodu głębokości doliny rozpościerającej się z zachodu na wschód panował półmrok, pierwsze wrażenie nie było przyjemne. Jeszcze przed chwilą lecieliśmy po bezchmurnym, rozsłonecznionym niebie, podziwiając olśniewającą biel ośnieżonych szczytów, a tu nagle prawie ciemność wieczoru w samo południe. Na szczęście, gdy tylko po trapie wysiedliśmy z samolotu na pas startowy (tu nie było żadnych rękawów, po których przylatujący udawali się do jakichś holi czy sal przylotowych) ogarnęła nas rzadko na świecie spotykana rześkość powietrza. Suche niemal absolutnie, niezbyt ciepłe z braku słońca, ale letnie przecież. To powietrze, pieszcząc łagodnie drogi oddechowe i nadając człowiekowi niespotykaną na innych wysokościach lekkość, likwidowało, a przynajmniej nieco łagodziło pierwsze nieprzyjemne wrażenie związane z mrokiem.

Byliśmy jedynymi pasażerami, którzy tu opuścili samolot. Część naszych niedawnych towarzyszy podróży przyglądała się nam nawet ciekawie jak czemuś wyjątkowemu, a już na pewno uznała nas za dziwaków, gdy winda spuściła na dół należące do nas dwie niewielkie torby - cały nasz bagaż.

Zaraz, gdy tylko znaleźliśmy się na płycie trap odsunięto i samolot odkołował na koniec doliny, skąd miał niebawem wystartować w dalszą podróż, a gdzie też znajdowały się zbiorniki z paliwem, po które tu wylądował. Dawało to wszakże planową, możliwość opuszczenia go!

Jeszcze było słychać tubalny, głęboki dźwięk jego silników, gdy od przeciwnej strony dobiegły nas inne odgłosy. To zbliżał się do nas nasz następny wehikuł.

Był niewielkim, sześciomiejscowym zaledwie, zgrabnym, niezwykle upstrzonym kolorowymi wzorami samolocikiem o dwu silnikach, których odgłos przy tamtym oddalającym się kolosie brzmiał jak bzyk komara przy burczeniu trzmiela. Robiło to zabawne wrażenie.

Dzielnie jednak podkołował do nas i stanął w odległości jakichś dwóch metrów, silniki pracowały dalej. W otwartych drzwiczkach, powyżej wysuniętych teraz zaledwie trzech aluminiowych schodeczków, ukazała się brązowawa, uśmiechnięta twarz pilota, który krzyknął me nazwisko niemiłosiernie je zniekształcając.

Yes!” - odkrzyknąłem, więc kiwnął na nas przyjaźnie ręką, dając znak, że możemy zająć nasze miejsca w jego pojeździe.

Mój Rozmówca spojrzał na mnie ciekawie.

Wszystko w porządku!” - uspokoiłem go - „Musimy podnieść poziom.”

Naszej rozmowy?” - zapytał pół żartem, pół złośliwie.

Nie tylko!” - odpowiedziałem gramoląc się do środka.

Mój Rozmówca wskoczył za mną.

Pilot jednym ruchem zlikwidował schodki, zamknął drzwi jakby zamykał lodówkę i po chwili byliśmy już znowu w pełnym słońcu, pomiędzy ośnieżonymi szczytami.

Nasz samolocik nie wznosił się nawet ponad nie. Zgrabnie szybował wzdłuż dolin, ponad przełęczami, co dla mego Rozmówcy musiało być nie lada atrakcją. Z jego reakcji zorientowałem się, że nie był jeszcze w tej części świata. W niewielu rejonach liniowa komunikacja do niewielkich, ale w takiej specyficznej turystyce niezmiernie ważnych miejscowości odbywa się takimi samolocikami. Podróż lotniczą poniżej górskich szczytów ogląda się zwykle w filmach przygodowych i nie ma w tym terminie „przygodowy” żadnej przesady! Już sam pobyt w miejscach podobnych do tego, do którego teraz lecieliśmy, jest dla przeciętnego mieszkańca miast autentyczną przygodą. Oczywiście nie można tam dotrzeć w łatwy, stereotypowy sposób. Najwspanialszy i odmienny od codziennego sposób to piesza wędrówka! Ale pochłania to zbyt wiele czasu, wymaga przygotowań i starannego zaplanowania.

Oczywiście o jakiejkolwiek rozmowie mowy być nie mogło!

A to nie tylko z racji atrakcyjności wspaniałych i rzeczywiście niepowtarzalnych widoków na zewnątrz... - niepowtarzalnych w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Leciałem tedy już kilkakrotnie i za każdym razem wydawało mi się, że nie byłem tu nigdy. Mieszkańcy tych stron też twierdzą, że każdy dzień odmienia te góry. Może rzeczywiście ich złożoność pod względem rzeźby terenu, obecność kilku stref klimatycznych i podzwrotnikowe słońce powodują, że niemożliwe jest zrobienie tutaj dwóch takich samych fotografii?

Rozmowę wykluczał też zagłuszający wszystko warkot tej pary niewielkich silniczków, które wyniosły nas w górę i teraz wytrwale ciągnęły do przodu wśród tych wyjątkowych cudów natury. Nie martwiłem się tym zbytnio, gdyż cała ta przygoda przewidziana była na niecałą godzinę i już zaraz mieliśmy wylądować w miejscu naszego dzisiejszego przeznaczenia.

W pewnym momencie nasz samolocik z niemałym, wydawałoby się trudem, wzniósł się jeszcze wyżej, by przelecieć ponad przełęczą zamykającą teraz dolinę, w której wnętrzu lecieliśmy. Prześliznął się niemal po mijanym grzbiecie, gdyż dzieliło nas od postrzępionych kamieni wystających z jakby jesiennej, bo żółtozielonej trawy, nie więcej niż pięć metrów. Oczom naszym ukazała się nagle przestronna, zalana słońcem niecka, otoczona ze wszystkich stron górami, które z tej odległości wyglądały dość niewinnie. Przełęcz, nad którą przelecieliśmy przed chwilą była najniższym z wałów skalnych zamykających owo niesamowite miejsce. Nie ulegało więc kwestii, z jakiego kierunku i którędy do doliny dotarli przed wiekami pierwsi jej mieszkańcy.

Historia zasiedlania przez ludzi wysokich terenów górskich kryje w sobie głęboką tajemnicę pogoni człowieka za pokojem. Teoria pomarksowska głosząca, że człowiek wszędzie tam, gdzie idzie, wlecze ze sobą konflikt, walkę, wojnę - okazuje się wobec tej historii bzdurą. Może wlókł je za sobą, jako pozostałość po konflikcie, który spowodował jego odejście w góry, i od którego uciekał. Bo przybywający w takie warunki człowiek na pewno nie szukał wojny! Rozstrzygnięcie tego pytania pozostawmy już historykom - dla nas ciekawe jest jedynie - po co tu przybył? Bo to, że przodkowie mieszkańców gór przybyli z nizin, nie ulega dziś kwestii!

Z jakiego powodu osiedlano się w miejscach tak mało sprzyjających człowiekowi swymi warunkami naturalnymi?

Odpowiedzi dostarczają odkrycia archeologów.

Zwykle przybywały tu grupy ludzi, które zostały wyparte, przepędzone przez inne grupy z własnych siedzib znajdujących się na najbliższej nizinie. Ludzie ci, idąc do góry osiedlali się w pierwszym z miejsc, które ich zdaniem oddzielało ich skutecznie od wroga, agresora, napastnika. I na początku nie chodziło tu wcale o zajęcie miejsca dogodnego do ewentualnej obrony! Chodziło o miejsce, w którym można by wraz z całym plemieniem ukryć się, jakby zniknąć na zawsze ze świata, w którym konflikt, spór, wojna trwały i groziły zagładą.

Oddzielić się od wojny, od konfliktu, od śmierci. - odzyskać pokój! To był ten cel zasadniczy przyświecający człowiekowi opuszczającemu niziny i poszukującemu dla siebie miejsca w mało dostępnych górach.

Osiągnąwszy miejsce, gdzie przyroda swym ukształtowaniem mogła już ofiarować azyl, odnajdywano tereny nadające się do eksploatacji, bogate w zwierzynę łowną, z halami dającymi się wypasać. Poznawano klimat, kierunki wiatru, ilość opadów. Odnajdowano i opanowywano nowy świat. Świat człowiekowi do tej pory nieznany, przychylny tylko na pierwszy rzut oka, świat z którym z nadejściem pierwszej już zimy trzeba było walczyć całą siłą swego człowieczeństwa. I zwyciężyć! W przeciwnym wypadku decyzja odejścia z nizin oznaczałaby kompromitację. Przyniosłaby zagładę.

Ale tak się nie stało. Zwyciężał człowiek poszukujący bezpieczeństwa i pokoju. Przyroda okazywała się mniej groźnym przeciwnikiem niż wojny.

Zasada ta dotyczy wszystkich ludów gór. Zarówno w Europie, Azji, czy obu Amerykach. To historia Szwajcarów i Tybetańczyków, Inków i ludów Kaukazu.

A jednocześnie historia wojen uczy nas, że właśnie te ludy, które zamieszkały na zawsze w wydawałoby się najgorszych warunkach na ziemi uchodząc z wygodnych i przyjaznych nizin w poszukiwaniu pokoju, są najbardziej bitne, zawzięte w walce!

To paradoks pozorny.

Bo znowu podstawowego wytłumaczenia nie należy szukać w trudnych warunkach przyrodniczych, które ukształtowały te wszystkie narody, wyjątkowo wytrzymałe, dzielne w sporze z przeciwnościami losu.

Sednem sprawy była świadomość tych grup, że już dalej nie ma się gdzie wycofać! Że kolejna agresja będzie sprawą zmierzającą do ich ostatecznego unicestwienia, że tylko zwycięstwo otwiera drogę ku dalszemu istnieniu! Ciężkie warunki przyrodnicze i konieczność wynikającej stąd samodyscypliny dostarczały jedynie ciału, organizmowi tych ludzi dodatkowych walorów w walce.

Ale nie przecież nie tylko ciało i jego możliwości decydują o istotnej sile walczącego w grze o istnienie. To wynika z niego samego, z jego osobowości - jak to można by w uproszczeniu powiedzieć. Z jego bezustannego życia jakby na skraju życia. Z bezustannego kontaktu z granicą, poza którą człowiek cielesny - zdawałoby się - wykroczyć nie może. Poza którą ginie.

Czy ginie?

Rzecz wielce wątpliwa!

Kultury ludów gór, zwłaszcza najwyższych, wytworzyły pojęcia mające pokazać człowiekowi możliwość istnienia poza tę granicą. Wszelkie projekcje reinkarnacji i tego typu idee są tego przykładem. Co więcej! Ludy te w swych religiach potrafiły, wobec tak krańcowej sytuacji, wypracować dość ambiwalentny stosunek do istnienia cielesnego. Zwróciły uwagę na to, że ciało będące nośnikiem konfliktu ma zdecydowanie drugorzędne znaczenie. Będę musiał już niebawem przedstawić ten dramat memu Rozmówcy. Dramat, bo błąd popełniony przez człowieka potrafi być równie wielki jak jego odkrycia.

Dolina tonęła w słońcu! Rozsypane były po niej niewielkie skupiska małych kamiennych domków z drewnianymi elementami konstrukcyjnymi i jeden większy dom, wyraźna pozostałość po kolonizatorach tej ziemi. Sam środek doliny stanowiła równa łąka, będąca również miejscowym lotniskiem, na którym wylądował nasz samolocik. Pożegnawszy nas szerokim uśmiechem ciemnoskóry pilot wykręcił swój pojazd niemal w miejscu i zaraz odleciał z powrotem za przełęcz, znikając nam z oczu.

Ogarnęła nas niemal zupełna cisza, jakby dolina była zupełnie opuszczona.

Stojąc tak przez chwilę z naszymi torbami na ramieniu przyglądaliśmy się miejscu, w którym się znaleźliśmy. Było czystym pięknem natury.

Teraz dopiero było widać jak niewysoko ponad dnem niecki znajdowała się granica wiecznego śniegu i lodu. Było to częściowe złudzenie, gdyż chcąc dotrzeć do tego śniegu trzeba by było poświęcić na to dobry dzień wspinaczki i pokonać wysokość około sześciuset metrów. Śniegiem i lodem trzeba by wspiąć się jeszcze nieco ponad tysiąc metrów wyżej, by wspiąć się na otaczające nas szczyty, a sama dolina znajdowała się już na wysokości ponad trzech tysięcy metrów ponad poziomem morza.

Słońce stało niemal nad naszymi głowami na całkowicie bezchmurnym niebie, którego błękit był jakby rozwodniony w porównaniu z barwą nieba znaną nam z mniejszych wysokości.

Po chwili z największego w dolinie domu wyszło ku nam trzech ludzi niosących zamówione przeze mnie przedmioty. Ruszyliśmy w ich kierunku wolnym krokiem. Mój Rozmówca szedł kilka metrów za mną nie mogąc oderwać oczu od ostro rysującego się na horyzoncie grzebienia białych szczytów.

Powitanie z ludźmi, którzy wyszli nam na spotkanie było krótkie, ale serdeczne, czego nie mógłby odczuć nikt, kto by nie znał wcześniej ich obyczaju i sposobu wyrażania swych uczuć w stosunku do innych ludzi. Jednego z nich znałem z poprzedniego pobytu w dolinie, więc powiedziałem mu, że chciałbym postawić nasz namiot w tym samym miejscu, w którym biwakowałem przed rokiem. Wskazał pozostałym kierunek i ruszyliśmy ku północnej części doliny. Zdziwił się gdy potwierdziłem mu mój zamiar pozostania tu jedynie do następnego dnia, kiedy to zamiast dalszej wędrówki w góry miałem odlecieć z powrotem na dół.

Zdziwienie jego było w pełni zrozumiałe.

Rzadko kto i rzadko kiedy przemierza drogę do doliny, by pozostać w niej na tak krótko. Ale nie to było najważniejsze. Wątpliwy sens przybywania tu na krótko wynikał przede wszystkim z tego, że dla człowieka nizin była to już znaczna wysokość i do uzyskania na niej zupełnie normalnego samopoczucia i sprawności niezbędna była kilkudniowa aklimatyzacja. Pierwsze dni, a przynajmniej pierwszy dzień musiał przynieść pewne perturbacje w normalnym funkcjonowaniu organizmu. Rzadko kto decydował się na to bez perspektywy dalszych wrażeń, których dostarczyć mogła ta część świata, wrażeń, po które zwykle się tu przyjeżdża.

I o tym miał się niebawem przekonać mój Rozmówca.

Ale w tym moim szaleństwie była oczywiście metoda! Wiedziałem po co to robię i co chciałem przez to osiągnąć.

Nasi gospodarze złożyli swój bagaż kilkaset metrów na północ od ostatniej z chat, na lekkiej już tu pochyłości, wznoszącej się dalej coraz bardziej stromym łukiem ku ośnieżonym górom. Wprawnie rozbili namiot, wyposażyli go w sprzęty do snu, w podstawowe przyrządy konieczne do podgrzania pozostającego w puszkach pożywienia i wody ze zbiorniczka do zaparzenia granulowanej herbaty. Pozostawili plecak z ciepłym ubraniem i bez pożegnania odeszli ku swej stanicy, owego pokolonialnego budynku, mieszczącego wszystko pod jednym dachem - od poczty po dwupokojowy szpitalik.

Szybko przyrządziłem skromny, ale pożywny posiłek zakończony kawałkiem czarnej jak smoła czekolady, w której zawartość cukru była równie niewielka jak w herbacie, którą wypiliśmy na koniec.

Od wylądowania w dolinie aż do tej chwili mój Rozmówca nie odezwał się ani słowem. Teraz zapytał.

Po co mnie tu przywiozłeś?”

A co? Nie podoba ci się tutaj?”

Oczywiście, że mi się podoba!”

Więc o co chodzi?”

Uważasz, że nasza rozmowa w samolocie starczy na dziś?”

Wcale tak nie uważam.” - odpowiedziałem.

A więc?”

Mam nadzieję, że będziemy ją kontynuować.” - powiedziałem spokojnie.

A ja mam co do tego poważne wątpliwości.”

Rzeczywiście?” - zapytałem naiwnie.

Rzeczywiście.” - potwierdził spokojnie.

A to z jakiego powodu?”

Nie wiem, czy dziś będę się mógł jeszcze skupić na czymś, poza tym miejscem!” - wyjaśnił.

Takie robi na tobie wrażenie?”

Owszem! Robi wielkie wrażenie. Ale nie to jest najważniejsze.&