Oficjalna strona Miroslawa Magoly




Książ

MOC MZGU

Zjawiska paranormalne rozszyfrowane












WSTEP

Zyjemy w czasach dziwnych, ale za to ciekawych. Bo z jednej strony sa to czasy zwycieskiego racjonalizmu, czego dowodem jest absolutna supremacja komputerw - komputerowej wiedzy i techniki, a z drugiej strony czasy rosnacej popularnosci wiedzy ezoterycznej, poszukiwania pozaracjonalnych doznan, ofensywy w skali ś sekt religijnych i zainteresowania zjawiskami - ktre w jezyku dziennikarskim nosza nazwe - zjawisk paranormalnych.
 
A wiec - w skrcie - czasy czlowieka racjonalnego przezywajacego kryzys wiary we wlasny rozum!
 
Bo czymze innym mozna by okreslic brak wiary przecietnego czlowieka w to, ze "jajoglowy specjalista" wsparty sila komputera - w wielu dziedzinach zycia nie potrafi nam pomc? Czymze wiec jest poczucie, ze wobec tego musimy szukac pomocy w silach przez nauke malo jeszcze zbadanych - bioenergetyce, okultyzmie, telepatii i innych tajemnicach naszej egzystencji na ziemi?
 
Na tle licznej w tej sytuacji i znanej literatury powstajacej na pograniczu tego co "naukowe" i tego co "paranormalne" ksiazka Miroslawa Magoly stanowi przedziwny wyjatek!
 
Autor z jednej strony ma zasadnicze pretensje do ś nauki - jakie, pozostawiam przygodzie czytelniczej - a z drugiej strony stara sie zdecydowanie odciac od wszystkiego co wiaze sie z ezoteryzmem, choc pewnie przez ezoterykw przyjety bylby z otwartymi rekami. Miroslaw Magola obdarzony jest wyjatkowymi w skali ś mozliwosciami okreslanymi powszechnie jako "paranormalne", a cala jego ksiazka przepelniona jest protestem przeciwko takiemu nazewnictwu. Zajmuje sie dzialalnoscia "nie z tej ziemi", a uwaza sie za skrajnego racjonaliste! Jest jednym z nielicznych na ś ludzi, a upiera sie programowo przy swej absolutnej przecietnoᖼ!
 
Kim jest Miroslaw Magola i co stanowi jego wyją? Internet informuje, ze posiada wielkie osią w dziedzinie psychokinezy! To stworzone w Ameryce okreslenie znaczy, ze siᐪ wᐪ psychiki potrafi dzia𔊬 skutecznie w ś materii. Jeszcze bardziej upraszczajac to okreslenie powiemy, ze przedmioty martwe sa posł jego woli! Moze, ᐪ skutecznie siᐮ przyciagania ziemskiego, poruszac nimi w przestrzeni! Moze jednak o wiele wiecej - moze nawiazywac bezposredni kontakt z energetyczna struktura rzeczywistoᖼ, co pozwala mu na realizacje wlaᖼ kazdego podjetego zadania - poza ciasnym gorsetem praw fizyki. I twierdzi, ze moga tego dokonywac niemal wszyscy ludzie! Jako uparty racjonalista poddaje sie chetnie kazdym testom! Stara sie nawet prowokowac takie badania.
 
Mozliwosci Miroslawa Magoly znane sa na obu pł najbardziej zazartym sceptykom w ś naukowym. Nawet slynny James Randi, ktry wielka czesc swego zycia i ogromne pieniadze poś demaskowaniu zjawisk paranormalnych, nie przeczy autentycznosci jego mozliwoᖼ. Amerykanski James Randi Educational Foundation (J.R.E.F.) badal najdziwniejsze zdarzenia naszych czasw na calym swiecie - nawet w dawnym ZSRR. Pokazy autora niniejszej ksiazki obserwowali Dr.David Lewis, Prof. Abhaya N. Deva, Ph. D. Roland Charczuk, Prof. Dr. Dipl. Psych. Toni Forster, Prof. Alex Schneider M. Sc, Dr. U.E. Hasler, Nene von Muralt, M. D. Jakob Boesch, Prof. Dr. Konstatin Korotkov, Dr. Paola Giovetti, Rainer Holbe, Dr. Serge Kahili King, Prof. Dr. Erlendur Haraldsson, Prof. Peter Mulacz, Edgar Wunder, Jack Houck, Elda Hartley, Prof. Robert Ritch, Dr. Alexander Imich, M. D. Ph. D Barbara G. Koopman , by wymienic tylko najbardziej znanych. Najwybitniejszy specjalista amerykanski od zdjec kirlianowskich Dr. Dobruskin fotografowal dzialania Magoly. Najbardziej fachowy w ś zjawisk paranormalnych periodyk o zasiegu ś - Encounter - pisal o Magole zamieszczajac jego zdjecie na stronie tytulowej.
 
Rwniez europejski swiat naukowy na czele z Dr. Dr.Walter v.Lacaudou z uniwersytetu we Freiburgu zwrcil uwage na jego niebywale mozliwosci. W styczniu 1997 zainteresowal sie Magola Dr. M. Karger z niemieckiego Max- Planck Institut w Monachium, a ostatnio Prof. Dr.Dr. Gerhard Ruhenstroth-Bauer z tego samego instytutu Max Planck Institut-Germany zaproponowal autorowi udział w jego projekcie.

Dr. Alexander Imich
Dr. Alexander Imich
Dr. Alex Schneider
Dr. Dubrowski
Dr. Friedbert Karger

 
Dr. Friedbert Karger
Prof. Dr. Konstantin Korotkov
Prof. Dr. Dr. Ruhenstroth-­Bauer
Prof. Dr. Dr. Ruhenstroth-­Bauer
Dr. U. E. Hasler

 

Niezwykle mozliwosci autora znane sa tez szerokiej publicznosci telewizyjnej. Wraz z Uri Gellerem, postacia w tej dziedzinie najbardziej na swiecie znana, brał udział w wielkich pokazach telewizyjnych poś zjawiskom paranormalnym w brytyjskiej sieci ITV Beyond Belief. Programy z udzialem Magoly nadaly tez SF1 i Telebasel " 7vor7 " w szwajcari, luksemburska RTL , niemiecka ProSieben i " Clever spezial " SAT.1 i " Unbelievable " Fuji TV w japoni , TV TF1 la soiree de letrange w francji i Stan Lee's Superhumans na History Channel, Discovery Channel , NBC Universo ( Superhumanos de Stan Lee ), ABC TV (Australian Broadcasting Corporation) , GMA News TV (Philippines) .
 
Mozna wiec powiedziec, ze osiagnal sukces. A jednak ksią niniejsza wskazuje na to, ze jej autor nie ceni sobie zbytnio tych ś osiagniec. Chodzi mu w zyciu o cos zupelnie innego! Dazy nie do slawy i pieniedzy - ktrymi zreszta nie gardzi, ale stara sie je inwestowac w badania naukowe - totez przyjmuje czasem propozycje schow bussinesu, na atrakcyjne i powazne pokazy. Swe zasadnicze cele ujawnia czytelnikowi. One wlasnie stanowia podstawowa oryginalnosc autora na swiatowej scenie szokujacych zjawisk.
 
Ksią ta jest ewenementem z jeszcze jednego powodu! Nie tylko jest opisem tego co autor potrafi dokonac! Nie tylko zawiera wprowadzenie w ten ś zjawisk, wprowadzenie pozwalajace kazdemu z nas samodzielnie tam sie wedrzec! Jej najwazniejsza warstwa, to prezentacja tego wszystkiego, co Miroslaw Magola wie!
 
Z jego kontaktu z zasadnicza struktura energetycznej cał istnienia wynikaja nie tylko szczeglne umiejetnosci, przekraczajace znacznie znane mozliwosci czlowieka, ale wynika zen przede wszystkim specyficzna wiedza o swiecie i czlowieku! Specyficzny rodzaj filozofii, swiatopogladu!
 
I - o dziwo - jest to filozofia z gruntu europejska! Europejska i do przesady niekiedy racjonalistyczna, pozbawiona wszelkich wplyww mistycznych czy wlasnie ezoterycznych.
 
Czytelnik tego typu literatury przyzwyczajony jest na ogl do jakiegoś niecodziennego "sosu" w ktrym zawarte sa poszczeglne informacje o ś zjawisk nieprzecietnych. U Magoly jest zgoᐪ inaczej! Jego ksią poddana wrecz klasycznej dyscyplinie obszernej noweli w typie europejskim, jest socjologiczno-filozoficznym dialogiem wspᐬ nam, normalnych ludzi z wielkiego miasta. Te intencje podkreslaja liczne fragmenty, w ktrych autor z prawdziwa delikatnoscia i niekᐪ szacunkiem, ale jednak wyraznie i konsekwentnie dystansuje sie od dorobku medytacyjnych szkł wschodu, czy ich pochodnych zaadoptowanych przez euro-amerykanska kulture konca dwudziestego wieku. I ostatnia uwaga!
 
Zastanawiajace jest tez to, ze autor nie wstydzi sie filozofowac na tematy proste, codzienne, z pozoru banalne! Ta odwaga powoduje, ze jego ksiazka chwilami speł role odswiezajaca dla przecietnego czł. Udowadnia, ze refleksja nad codziennoscia moze przywracac jej urok, a przede wszystkim sens dziaᐪ, bo - jak twierdzi - "czł ze swym mzgiem jest wybrancem..." - o czym czesto zapominamy.
 
Miroslaw Magola pracuje obecnie nad swoja drugą ksiąą "Zmieniony stan śᖼ".
 
Download PDF

SPOTKANIE NA MOᖬ.

Autor: © Miroslaw Magola
 
Gdy po raz pierwszy znalazᐮ się poza tą granicą.....
 
Mo៎ to był przestrach?
 
Dziś już trudno mi sobie przypomnieć dok𔊭 jak to był.
 
Mo៎ zdziwienie? Oszoł?
 
W ka៍ razie byᐮ zaskoczony tym zdarzeniem i chyba nie był to wtedy przyjemne. Jak więść spraw, ktre nas zaskakują!
 
Przedtem śᐮ się z tych, ktrzy opowiadali, ៎ takie rzeczy są moż. Bzdury - myśᐮ! Zdenerwowaᐮ się.
 
Minęł lata.
 
Zgodziᐮ się na to. Potem nawet mnie to wciąęł. Uznaᐮ, ៎ kryje się w tym tajemnica potrzebna czł. Trzeba to odkryć.
 
Ćᐮ!
 
Nastęł wyraź rozwj moich możᖼ. Zacząᐮ zastanawiać się czy to rzeczywiᖼ są możᖼ moje. A mo៎ one są wszystkich, mo៎ poż mi je na jakiś czas?
 
W miarę gdy narastaᐪ radość z przekraczania tej granicy, narastał też we mnie poczucie jakiegoś obowią. Zacząᐮ rozumieć, ៎ z wiedzą tą powinienem coś zrobić, ៎ nie należ ona do mnie, ៎ posiadᐮ ją dla innych.
 
Ludzi?
 
A mo៎ dla tej całᖼ, ktrą zdarzył mi się poznawać, dostrzec, zrozumieć.
 
Co był moim obowią wobec całᖼ nie wiedziaᐮ. Nie wiedziaᐮ też, jak mogę oddać powierzoną mi śść, choć wiedziaᐮ skၝ ona pochodzi.
 
Z upł dni narastał we mnie przekonanie, ៎ skoro całść milczy jeszcze, skoro nie ż𐗚 ode mnie niczego konkretnego, nie pozwalajၜ poznać drogi komunikacji zwrotnej - wszak na razie to ja korzystam - to na pewno wiedza moja potrzebna jest czł, ludziom. I to nie w skarykaturowanej postaci popisu możᖼ fizycznymi z mej wiedzy wynikajၜ - jakiegoś cyrku, sensacji czy paranormalnego wydarzenia!
 
Teraz wiedziaᐮ, ៎ to co ludzie nazywają zjawiskami paranormalnymi, to coś zupeł normalnego. Poznaᐮ to przecież, panowaᐮ jakby nad tym, mogᐮ to rozwijać, wzmacniać.
 
Nie był w tym nic nadprzyrodzonego.
 
To byᐮ ja i ja to robiᐮ. Wi𑧎! Byᐮ pewien, ៎ mogą to wszystko osiąąć tak៎ inni. Wiedziaᐮ na czym to polega.
 
Paranormalne!
 
Nienawidzę tych, ktrzy robią z tego cyrk, popis, sensację. Mo៎ to z ich powodu tak rzadko bada się te zjawiska w sposb poważ? Mo៎ to wᐪś sensacyjność zdarzeń izoluje je od nauki i powoduje, ៎ to co nihil novi sub sole traktowane jest jak coś dziwacznego?
 
Dziwacznego?
 
Mo៎ dla nas, Europejczykw, ktrzy zapomnieli ៎ pewna sfera ż czł zwią z tym co niecodzienne, inne, mo៎ z pozoru nielogiczne, bo wykraczaj𐗎 poza przecięść i nie ka𗳞 od razu dostę, byᐪ i na naszym kontynencie bogata, intensywna, a nawet szanowana. Zanikᐪ, ponieważ ktoś kiedyś proklamował zwycię uproszczonej logiki i nazwał to racjonalizmem, a przecież ja wiem, ៎ przekraczanie granicy jest wᐪś czymś na wskroś racjonalnym.
 
Jest tak konkretne i realne, jak dostrze៎ rosn𐗎 drzewa i pł𐗎 rzeki!
 
A tymczasem wszechobecny dziś w Europie racjonalizm zachowuje się wobec tej realnoᖼ tak, jakby widział rzekę, ktra nie pł lecz stoi, a o drzewie myśł, ៎ nie roś tylko trwa niezmiennie jak kamień.
 
Kamień?
 
Też przecież jest, wiᆜ ż; nie jest czymś martwym!
 
Nic nie jest martwe!
 
Ja nie chcę powierzać mych odkryć publice. Nie warto!
 
To tak jakby Kopernik zamiast wysᐪć swj traktat papież, ktry znajdował się wwczas w centrum ż umysł Europy, zaczął obwozić swą wiedzę po zamtuzach, jarmarkach i cieszyć swymi opowieᖼ gawiedź spragnioną sensacji i opowieᖼ o ៎ wilku. Chcę by na moim przyk𔊭 poznano nie tylko jakąś odmienność, ale by zbadano na czym ona polega, jakie prawa fizyczne, biologiczne, biofizyczne - wszystkie, ktre zna dzisiejsza nauka rzၝą zjawiskami przeze mnie ujawnianymi. By stwierdzono przy mojej pomocy co, gdzie i jak jest w czł, skoro mo៎ on to co ja mogę.
 
Bo przecież skoro ja mogę - mogą i inni.

* * *

Teraz idၜ pląą ulic wielkiego miasta zapragnąᐮ opowiedzieć!
 
Chciaᐮ nie tyle by mnie ktoś wysłł, ale by stał się wspł mej radoᖼ... i tej częᖼ smutku, ktrą rodzi w czł skarb zakopany w ziemi. Skarb, ktry nikomu, nawet jemu nie słż.
 
Taki skarb zdaje się uwierać tego, ktry go zakopał!
 
Ciążć zaczyna jak wyrzut sumienia, bo nie jest niczym innym jak marnotrawstwem.
 
Czemu nie słż, skoro jest? Komuś, czemuś, chocia់ sobie!
 
Podziel się ze mną drugi czł. Odbierz to, co jest przecież we mnie nie dla mnie. Co jest dla ciebie, dla was, ktrzy chodzicie do cyrkw, by tam ogl𐗚ć prawdę zwolnioną z obowią przyjᆜ jej. Pomyś o tym, o czym nigdy nie pomyśᐮś. Dostrzeż to czego jeszcze nie dostrzegᐮś.
 
Zbli៊ł się ś.
 
Nie wiedziaᐮ jak to zrobić.
 
Podejść do jednego z tych nocnych ptakw, ktrzy chwiejnym krokiem zmierzali ku poᖼ pozostawiwszy resztę nocy tym, ktrzy przystani nie mają?
 
Absurd!
 
Ja nie jestem gadaczem, ktry musi mwić.
 
Ja chcę mwić, a to jest wielka rż!
 
Musi wiᆜ być ze mną ktoś, kto chce słć.
 
Słć?
 
Przecież nie tylko! Bo w sł nie zawrę tego co wiem.
 
Tam gdzie byᐮ nie ma słw, bo są niepotrzebne. Komunikacja jest bezpoś. A wiᆜ on nie tylko musi chcieć słć moich słw. Musi chcieć odkryć to co ja odkryᐮ.
 
Musi poszukiwać!
 
Dlaczego nie spotkaᐮ dotၝ nikogo, kto chciaᐫ tego? Wiedziaᐫ o tym od razu. Przecież jestem zwykł czł i tylko dlatego mogę tę granicę przekraczać. Gdybym nim nie był, był to niemoż. Jestem takim samym czł jak ci wszyscy mijani co chwila.

* * *

Jak trudno przekroczyć granicę dzielၜą jednego czł od drugiego. Mo៎ do tego też jest potrzebny przypadek? Przypadek szczęś!
 
Skrᆜᐮ na most.
 
Po zachodniej stronie rzeki był jakby jaś.
 
Zabawne! A to przecież jest oczywiste! Narastaj𐗎 ze wschodu promienie sł𔓊 z nad horyzontu ośą brzeg zachodni. Wschodni pozostaje cieniem na tle jaś𐗎 nieba, pomimo ៎ jest bli៎ sł𔓊. Odzyska swj urok wieczorem, gdy zmᆜ krą miotajၜ energię ku ziemi znajdzie się po przeciwnej stronie.
 
W pustce podrdzewiał, metalowych przęł zawieszonych nad wodą, oparty o balustradę czł patrzył w przesuwajၜą się powoli toń, czarną jeszcze, bo ś pozostawał nadal uwię cieniem nadbrzeż kamienic. Tylko latarnie odbijał się w rzece delikatnym szeregiem jasnożł punktw niespokojnie drgajၜ na krtkich falach.
 
Czł roś gdy się do niego zbli៊ć.
 
To zwykᐮ zjawisko perspektywy. Z daleka jest mał, z bliska odzyskuje swe normalne wymiary.
 
Ale niekiedy zbli៊ się do czł jest inne od normalnych fizykalnych przemieszczeń w przestrzeni i zwią z tym skutkw.
 
Znacie to?
 
No pewnie!
 
W uproszczeniu moż powiedzieć ៎ to dlatego, ៎ ka៍ czł jest inny.
 
To prawda!
 
Inaczej topnieje przestrzeń pomiᆝ tobą a pięą dziewczyną, a inaczej gdy podchodzisz do bykowatego i nie wiedzieć z jakiego powodu zestresowanego policjanta, spogl𐗚𐗎 na ciebie spode 𔊺. Jeszcze inaczej zbli៊ się do dziecka, ktre czegoś waż od ciebie oczekuje i ma nadzieję, ៎ to otrzyma. Jeden pocią, inny odpycha! O.K.! Normalka!
 
Ale przecież zbli៊ się czł do czł mo៎ też mieć i inny charakter. Mo៎ polegać na czymś, co porwnać by moż do wzajemnego nak� się na siebie, przenikania, lub przechodzenia poprzez drugiego, w trakcie czego poznajesz jego myś, stan ducha czy jakby jeszcze nazwać to, czym on w tej chwili jest, co jest w nim, kim on jest.
 
Toteż zbli៊ၜ się do tego czł na moᖼ - a szedᐮ wolno, nie śၜ się - wiedziaᐮ, ៎ jestem coraz bardziej w nim, ៎ rozumiem co się z nim dzieje tam, w odległᖼ jeszcze kilkudziesiᆜ metrw.
 
Był spokojny.
 
Trudno był jednak jakoś posk�ć jego myś. Miaᐮ wra៎, ៎ sporzၝ są z niesł delikatnej pajᆜ, ktra rwaᐪ się, niemal zanikaᐪ pod wpł zbli៊ się do niej.
 
A wiᆜ on prawie nie myśł!
 
Energia jego mzgu uż byᐪ w tej chwili w minimalnym jedynie stopniu. Procesy przebiegał nadzwyczaj powoli, jakby leniwie, ale poruszajၜ się w tej przestrzeni czuᐮ jednak wyją możᖼ tego odpoczywaj𐗎 wᐪś czł. Wiedziaᐮ ៎ siᐪ drzemi𐗊 w nim jest du៊, potencjał rzadki. Coś mnie w nim pociął.
 
W miarę jak podchodziᐮ do niego bli៎ i zmniejszaᐪ się dziel𐗊 nas odległść, jego aktywność jęᐪ się rwnocześ zwięć tak, jakby nastęł pomiᆝ nami zjawisko wzajemnego indukowania się. Nitki tej pajᆜ - jego myś stawał się coraz trwalsze i powoli moż był odczytać ich treść, nawiąć z nim kontakt.
 
Wiedział, ៎ podchodzę do niego, słł me kroki, ale jeszcze nie odwracał gł. Czuᐮ jak zaczyna wzrastać w nim wahanie, jak stara się podjąć decyzję, czy w ogle mnie zauważć czy też pozwolić mi przejść obok bez 𗲭 reakcji z jego strony. Zastanawiał się nad tym, gdyż tak jak moje zbli៊ się zakłcał w jakimś stopniu ten jego odpoczynek, tę wytworzoną spokojem otoczenia i chyba zmᆜ ciaᐪ samotność, tak samo pomagał mu teraz w wyjᖼ z owego pł, czego w innej częᖼ swego odczuwania miał już trochę dosyć i zaczynał się nudzić. Czuᐮ, ៎ nie jest przyzwyczajony do biernego trwania. Do tak maᐮ aktywnoᖼ energetycznej jak ta, ktrą odnalazᐮ w nim w pierwszym momencie zbli៎.
 
Cią jeszcze nie podją decyzji co do mojej osoby budził się jakby, ożł, poszczeglne elementy jego coraz ciekawszej dla mnie osobowoᖼ stawał się aktywne. Okazywał się ៎ jest ich wi𑧎 niż spodziewaᐮ się w nim odnaleźć, niż był ich zwykle w innych ludziach.
 
Ale był w nim też coś jakby niedokoᑌ. Procesy nie miał staᐮ poziomu swego natę៎. Falował ᐪ i sprawiał to wra៎, jakby ktoś za pomocą na przemian skracania i wydł៊ cewki transformatora powoli gasił lub zapalał śł. Był to dla mnie zaskoczeniem, gdyż nie wyobra៊ᐮ sobie, ៎ zjawisko takie w czł istnieje. Bowiem owo falowanie odczuwalne był w odniesieniu do caᐮ jego osoby. Tak, jakby to cał obumierał, to znowu cał ożł! I wtedy gdy ożł czuł się coraz wyraź ten jego potencjał, o ktrym wspomniaᐮ przed chwilą.
 
Wydawał się, ៎ czai się w nim coś, co jest jakby przygotowane do powstrzymywanej na razie, ale w ka𗳞 chwili mog𐗎 nastąć erupcji. Zaskakuj𐗎 był też to, ៎ poddany temu procesowi, w całᖼ swej wydawał się nadzwyczaj zjednoczony. Nie był w nim tego, co charakteryzuje zwykle czł, a mianowicie jakiejś desynchronizacji procesw, ktre nastęၜ po sobie nie zgadzają się ze sobą, nie pasują jakby do siebie.
 
Wewnę zharmonizowanie samego siebie jest rzeczą rzadką. Jest rzeczą trudną! Stanem, ktry zwykle osią się drogą ż i cierpliwych ćń!
 
Niewielu jest ludzi, ktrzy zdolność taką zawdziᆜą naturze.
 
Był wiᆜ obdarzony tą zdolnoᖼą, czy tylko mi się tak wydawał?
 
Bo przecież z owym stanem integralnego zharmonizowania jego osoby kłcił się to falowanie potencjał, ktre przecież zbli៊ၜ się do niego czuᐮ coraz bardziej wyraź.
 
Staraᐮ się wniknąć w to dziwne zjawisko aktywniej, silniej, jakby przybliżć się jeszcze bardziej do tego, co mnie w nim zaniepokoił. Nie był to proste, toteż zaskoczył mnie i dziwił, ៎ zrozumienie zjawiska nastął we mnie nagle, jakby pęᐪ gwał jakaś zasł ukrywaj𐗊 poszukiwaną przeze mnie rzeczywistość. W jednej chwili zrozumiaᐮ na czym to polega. Teraz ja znalazᐮ się w stanie kraᑌ podniecenia.
 
Bo przecież zrozumiaᐮ dzię kontaktowi z tym czł jedną z zasadniczych dla mnie tajemnic.
 
Tak!
 
A wiᆜ to tak wᐪś się dzieje? Na tym to polega?
 
Ogarnęᐪ mnie niesamowita radość.
 
Nie wiedziaᐮ jeszcze.... bo przecież czas jakby zintensyfikował teraz swj przepł.... chwile stał się krtkie i nie mogᐮ od razu ogarnąć wszystkich konsekwencji dokonanego przed chwilą odkrycia. Nie byᐮ jeszcze w stanie uporzၝć mego ś, w ktrym pojawił się nowy, wspaniał element. Ale radość przepełᐪ mnie tym wię im bardziej czuᐮ, ៎ odkrycie to nie jest niczym ulotnym, ៎ tkwi ono jak strzaᐪ w tarczy, ៎ go nie utracę, ៎ gdy tylko moja sieć uspokoi się, przestanie drgać pod wpł gwał przyjᆜ czegoś nowego, to nowe usadowi się w niej na trwaᐮ, ៎ uzyska w niej staᐮ miejsce.
 
Zrozumiaᐮ ponadto, ៎ znalazᐮ go!
 
ើ znalazᐮ czł, ktrego szukam. ើ to wᐪś z nim muszę rozmawiać.
 
Spowolniᐮ wiᆜ jeszcze moje kroki co pewnie przypominał skradanie się kota, poluj𐗎 na pł ptaka, ktrego nie chce spłć. Chciaᐮ mieć czas, jak najwi𑧎 czasu, by nie popełć błᆝ, by nie stracić nadarzaj𐗎 się okazji.
 
Ale zbli៊ się w przestrzeni nastęł przecież i gdy znalazᐮ się już w odległᖼ kilkunastu, mo៎ nawet kilku metrw od niego, w kontakcie naszym pojawił się jakiś nowy element, ktry zrazu mnie zaniepokoił, bo jego rytm wydawał się rwany, nieuporzၝ, jakiś nerwowy. Wymagał to z mej strony dodatkowego skupienia na tym czł, ktry dziaᐪł na mnie teraz z siłą wcześ mi nieznaną.
 
Ależ tak!
 
Wydał mi się, ៎ już rozumiem o co to chodzi, ale chwilowa pewność ustąᐪ wąᖼ.
 
Czy់?
 
Po sekundzie nie miaᐮ wąᖼ!
 
On wdzierał się teraz we mnie podobnie, jak ja przed kilkoma minutami wdarᐮ się w niego. Prbował mieszać w moich myś, przenikać je, porywać, nak�ć się swą aktywnoᖼą na ich tok, treść, zawartość, stan.
 
Ale też zrozumiaᐮ szybko, ៎ to dzieje się bez jego kontroli. ើ rzadka siᐪ jego pola magnetycznego nie jest przezeń opanowana, ៎ nawet o niej nie wie - nie zdaje sobie sprawy, ៎ ona istnieje, ៎ dziaᐪ.
 
Stၝ owa nierytmiczność zaistniaᐮ miᆝ nami lecz pozbawionego kontroli kontaktu, jego zakłcenia, rwanie, baᐪ.
 
Ale już sam fakt posiadania przezeń tak intensywnego pola był dla mnie niesł waż. Wiedziaᐮ, ៎ rozmowa bᆝ moż, jeś oczywiᖼ pokonamy zwykᐮ pomiᆝ obcymi sobie ludź bariery konwencji, kultury, lę przed drugim, jeś do tej rozmowy bᆝ mogł dojść w sensie dosł, przy wykorzystaniu normalnej formy kontaktu.
 
Tymczasem szedᐮ dalej w jego kierunku.
 
Ciał jego trwał nadal w bezruchu jak przedtem, bez najmniejszej zmiany pozycji. Jego mięś był wciąż tak samo rozluź, jakby nie wiedział, ៎ w pustej do niedawna przestrzeni mostu jest jeszcze ktoś poza nim, jakby mnie nie był, albo on nie akceptował mojej obecnoᖼ, jakby nadal był tu zupeł sam ze swoimi na wpł uspokojonymi, na wpł uś myś, ich cieniem, ich sygnaᐮ zaledwie.
 
Chwilę zastanawiaᐮ się czy podejść do niego najproᖼ na ś i rozpocząć rozmowę o czymkolwiek, ale wydał mi się to jakieś gł.
 
ᐚ powiedzieć - o czymkolwiek!
 
Byᐮ w tym momencie tak skupiony na nim i na sprawie, ktrą nosiᐮ w sobie po mieᖼ od wczorajszego popoł, tyle był we mnie nadziei, ៎ w koᑌ pozbᆝę się tego nieznoś cię៊ mej samotnoᖼ w wiedzy, ៎ zdaᐮ sobie sprawę z tego, iż takie ot, rozpoczᆜ rozmowy o niczym nie bᆝ udane. Wypadnie na pewno nienaturalnie, nerwowo, byle jak!
 
Ogarną go z bliska wzrokiem uśᐮ sobie, ៎ mam przed sobą czł okoł trzydziestki, czyli sporo ode mnie mł. ើ jest przystojny.
 
Profil twarzy, pochylonej poza balustradę w kierunki rzeki, znamionował urodę przekraczajၜą przecięść. Lekko faluj𐗎, ciemne wł, teraz nieznacznie poruszane przez poranny powiew ciepᐮ jeszcze, poł wiatru przysᐪł wspaniale wysklepione czoł w czaszce nieco zanadto rozwinię w przedniej częᖼ. Nos rysował się klasyczną, wydatną krzywizną ponad mię, ale nie zanadto, wargami. Nie był w nich nic z odczuwanej przez Europejczyka jako przesadna gruboᖼ wᐪᖼ poł. Miał swj pł krj, wydał mi się nawet, ៎ ich rysunek jest mo៎ przesadnie graficzny, ostry, ale mo៎ wynikał to z kontrastu w mdᐪ ś latarni pomieszanym z bladawym teraz poblaskiem zarania, w ktrym to oś jego cera utraciᐪ wiele ze swej zapewne normalnej wyrazistoᖼ i przypominaᐪ koloryt s� kawy z mlekiem. Wargi natomiast, - do niedawna zaciśę - odbijajၜ jakby barwę intensywnie wiś pulowera kontrastował nadmiernie z rozwodnionym tᐮ. Całᖼ obrazu dopełᐪ wydatna szczę, cięż i niemal brutalnie dominuj𐗊 w dolnej częᖼ tej wᐪᖼ delikatnej twarzy. Dzię temu twarz ta nie byᐪ twarzą amorkowatą, pᐭᆜą, mięą czy s𔊫ą, a przynajmniej takiego znamionujၜą czł. Wrᆜ odwrotnie! Wskazywaᐪ na te cechy osobowoᖼ, ktre uję w całść okreśą dziś zazwyczaj czł zdecydowanego, realnie patrz𐗎 na otaczajၜą go rzeczywistość, mo៎ zbyt praktycznie do tej rzeczywistoᖼ nastawionego, wobec bliź trochę oschᐮ, czasem w kontakcie osobistym zbyt agresywnego, ale też potrafi𐗎 być delikatnym, przesadnie wraż i jakoś tam w sobie wᐪᖼ sposb ᐪ.
 
Przeciwień?
 
Owszem!
 
Ale taki wᐪś konglomerat przeciwstawnych cech jest wᐪᖼ osobom o naprawdę nieograniczonych możᖼ, ale nieukształ jeszcze do ko𔓊 osobowoᖼ, ktra w przyszłᖼ, rozwiną się w okreś warunkach, mo៎ przechylić się w ostatecznej swej formie na ka៍ą ze stron pozostajၜ w zakresie możᖼ takiego czł. Rozwijajၜ swą delikatność i wrażść, mo៎ dojść niemal do szczytw rozumienia otaczaj𐗎 go rzeczywistoᖼ - tak samo jak popadł w krą zwycię៊𐗎 brutalnoᖼ, gotw jest stać się agresorem szczeglnie dotkliwym, bezkompromisowym, zawzię i zdecydowanym w swym twardym postę.
 
Bo przecież posiadany przez niego zasb energii nie mo៎ pozostać bez konsekwencji dla jego postę. Musi się przejawić w dziaᐪ! W jej uwolnieniu na zewną, ku ludziom, lub ku sprawom istotnym.
 
Całᖼ dostrzeż przeze mnie obrazu dopełł dł o dł, nawet moż by powiedzieć - chudych palcach silnie splecionych teraz ze sobą w formę rą złż do modlitwy, a raczej w jej trakcie, gdy nabiera ona szczeglnie ៊ charakteru. I jedynie te dł wyra៊ł w nim napiᆜ i tylko one wskazywał na to, ៎ wie o mojej obecnoᖼ w pobliż, ៎ jest wobec niej aktywny, a nawet, ៎ ś mnie niejako, ka៍ mj ruch, odległść w jakiej się znajduję. ើ stara się odgadnąć me intencje, przeniknąć moje zamiary wobec niego, przeniknąć mnie samego!
 
Nie mgł tego dokonać, mimo swych ku temu uzdolnień, gdyż energia posiadana przezeń nie byᐪ jeszcze wystarczajၜ opanowana. Mwiᐮ już o tym.
 
Toteż, by poznać mnie, a ᖼś, dowiedzieć się chociaż jak wygl𐗚 musiaᐫ mnie obejrzeć, chociaż spojrzeć na mnie... rzucić chocia់ okiem ale uparcie nie robił tego trwajၜ tam, przy balustradzie mostu z twarzą zwrconą ku wodzie.
 
Ponieważ był przechylony przez barierę, miał podkurczone nogi a głę opuszczoną miᆝ ramiona i pochyloną w dł - trudno mi był ocenić jego wzrost. Ale na pewno nie był czł niskim i rachitycznej budowy. Pomyśᐮ sobie, ៎ bᆝ miał okoł stu osiemdziesiᆜ centymetrw wzrostu i ៎ jest przecię, ale zdrowo wygl𐗚𐗎 budowy ciaᐪ. Odnosiᐮ też wra៎, ៎ jest fit jak to modnie dziś okreś się czł o normalnym zdrowiu i normalnych motorycznych możᖼ.
 
Na pierwszy rzut oka ubrany był trochę dziwnie.
 
Widać był od razu, ៎ ubir, ktry nosi nie jest mu oboję, ale też nie stara się uczynić zeń czegoś szczeglnego, wyrż𐗎 go od razu. Nie był to wszystko tanie - co miał na sobie - i nie był też dostę w tuzinkowych supermarketach ubierajၜ dziś znaczną więść mieszkaᑌw zamoż kontynentw. Nie był to też tak zwany Anzug, czyli garnitur, ale to niemieckie sł lepiej oddaje charakter zaprojektowanego przez kreatora kompletu. Widać był, ៎ poszczeglne częᖼ garderoby dobierał sam, osobno je kupujၜ. W sumie był to jednak jakiś dż strj z butami pochodzၜ z kolekcji projektowanej dla wyż managementu silnych na rynku firm przemysł. Pod kurtką bliską formie marynarki nosił jaskrawo wiś pulower kaszmirowy albo z grubego jedwabiu, tak samo jak buty przemieniajၜ w całᖼ kompozycji dż w ubranie, a nie pozwalajၜ mu pozostać na poziomie stroju roboczego.
 
Jak widzicie, wszystko to powodował, ៎ czł, ktrego miaᐮ przed sobą, przecież nawet obok siebie, był urodziwy, nawet pię.
 
Nie był to dla mnie uᐪ. On przecież wiedział o swej urodzie, a mo៎ nawet o swej wartoᖼ jako osoby. A i ja wiedziaᐮ już też, ៎ nie jest czł prymitywnym, jak to się teraz nazywa.
 
Uwierzcie mi - nie uż tego sł w sensie pejoratywnym, oceniajၜ negatywnie kogokolwiek! Dla mnie nie ma ludzi gorszych lub lepszych, prymitywnych czy złż! Ale skoro już uż tych słw, skoro się nimi na co dzień porozumiewacie - to też wybaczcie mi, ៎ ich po was uż. Uż!
 
Bo chcę się z wami porozumieć!
 
Przecież nie bᆝę odrzucał tych słw, bo nie zrozumiecie mnie.
 
Koniec koᑌw postanowiᐮ, ៎ na razie minę go.
 
Baᐮ się, ៎ weź mnie za pedaᐪ.
 
Dziś trzeba na to uwa៊ć.
 
Normalny czł zaczynajၜ rozmowę z drugim normalnym czł, rozmowę o niczym bladym ś na moᖼ wielkiego miasta postrzegany jest zwykle jako ktoś, kto kogoś zaczepia. Chyba, ៎ są to ludzie naznaczeni wsplnym nieszczęᖼ, upadkiem - ludzie, ktrzy już nie mogą być ani pedaᐪ, ani niepedaᐪ! ើ są to nieszczęś, ktrych nieszczęᖼ zbli៊, być mo៎ przywraca im normalne człń, wyzwolone z konwencji, przyzwyczajeń, nie zawsze zrozumiał przesၝw, powstał w wyniku jakichś zawirowań zbiorowego umysł ?
 
Martwi mnie, gdy widzę jak komplikuje się dziś najnaturalniejszy kontakt czł z czł!
 
Jak៎ przecież potrzebny!
 
Jak obrasta siecią konwenansw, bez stosowania ktrych ka៍ z nas mo៎ być uznany za pedaᐪ, włczęę, masona, ż.
 
Ale żę tu i teraz - teraz.
 
Gdy minąᐮ go, idၜ jak dotၝ powoli, w odległᖼ niecaᐮ metra - nie drgnął nawet. Ale gdy zauważł, ៎ szedᐮ spokojnie dalej i kroki moje stawał się już coraz mniej sł dla jego uszu, porzucił swą dotychczasową pozycję, a nawet postanowił przerwać panujၜą pomiᆝ nami ciszę.
 
Dzień dobry! - usłᐮ teraz jego dźᆜ, ale mimo to ᐪ gł.
 
Zwolniᐮ kroku, by po chwili zatrzymać się i powoli odwrcić w jego stronę.
 
Dzień dobry! - odpowiedziaᐮ.
 
Staliś tak na przeciw siebie na moᖼ w odległᖼ paru metrw, a oczy nasze ciekawie, choć jeszcze z pewnym trudem starał się przebić niewygodną pośę poranka. Ś przerwaᐮ zasadniczy kontakt, by pozostać jedynie w zwykł kontakcie wynikajၜ wyłၜ z percepcji zmysł, na pewno mu znanym z codziennego doś, bo uznaᐮ, ៎ na razie tak bᆝ lepiej dla niego, a w rezultacie dla nas, dla przyszłᖼ naszej rozmowy. Baᐮ się bowiem, ៎ gdy poczuje, ៎ wchodzę w jego myś i pozwalam sobie posłć się tą wiedzą, mo៎ uciec ode mnie, przestraszyć się, bo przecież jeszcze nie wiedział, ៎ wᐪᖼ on tak៎ potrafi to zrobić.
 
On, po tym pierwszym odezwaniu się, jakby stracił pewność siebie, jakby zapomniał po co mnie zaczepił. Albo w ogle zaczepił mnie bez uś przez siebie wcześ powodu! Tylko dlatego, ៎ się oddalaᐮ, o czym śł dźę moich krokw. Bo przecież nie patrzył wtedy na mnie.
 
Teraz dopiero przyjrzał mi się ciekawie, mierzၜ wzrokiem mą stosunkowo drobną postać.
 
Cisza trwaᐪ już dość dł, gdy w koᑌ zdecydowaᐮ się ją przerwać, widzၜ ៎ jest coraz bardziej speszony tą sytuacją.
 
Cieszę się, ៎ usłᐮ twoje pozdrowienie.
 
Powiedziaᐮ i po chwili dodaᐮ.
 
Ale wrciᐫ pewnie, gdybyś pozwolił mi oddalić się jeszcze bardziej. Cieszę się, ៎ cię spotkaᐮ. Gdy wyruszaᐮ do miasta, nie wiedziaᐮ o tym, ៎ dziś to się zdarzy.
 
A ja wiedziaᐮ! - odparł bez ៎ - Tylko nie wiedziaᐮ, ៎ to ty bᆝ tym, ktrego spotkam.
 
Skၝ wiedziaᐮś? - zapytaᐮ szczerze ucieszony jego prostolinijnoᖼą.
 
Bo ja wiem? Tak jakoś. - odpowiedział.
 
Czekaᐮś na to spotkanie?
 
Ka៍ czeka.
 
Odparł, jakby zawiedziony moim pytaniem.
 
Myś, ៎ ka៍?
 
Zastanowił się chwilę i widać był, ៎ stara się skupić na tej naszej rozmowie, a wypowiedziom swoim nadać w miarę precyzyjne znaczenie.
 
Pewnie nie ka៍! Masz rację.
 
I jakby zakoᑌł temat przerzucajၜ pi𔋬ę na moją stronę pola.
 
Ja też czekaᐮ na to spotkanie. - powiedziaᐮ.
 
Wiem!
 
W jego gł brzmiaᐪ taka pewność, ៎ poczuᐮ się nieco nieswojo.
 
Skၝ wiesz?
 
Postanowiᐮ teraz nie popuszczać mu, skoro tyle w nim odwagi.
 
Nie wiem jak to się stał, ale gdy zbli៊ᐮś się tutaj, zrozumiaᐮ, ៎ ty też nie szwendasz się w nocy po mieᖼ bez celu.
 
Chwilę się zawahał, ale szybko powrcił do przerwanej myś.
 
ើ szukasz czł, z ktrym mgᐫś pogadać...
 
I znowu w skupieniu szukał tych wᐪś słw, ktre trafił w sedno, a znalazł je dokoᑌł.
 
... bo masz do opowiedzenia nie byle jaką historię.
 
Nie powiem! Zaskoczył mnie tym. Czy់ odgadł przez przypadek, a mo៎ przeniknął moje pole do tego stopnia, ៎ wiedział o tym już teraz? Na razie postanowiᐮ nie drążć tej sprawy i przyznaᐮ mu po prostu rację.
 
Sł! Mam ci sporo do opowiedzenia...
 
O.K. - wszedł mi w zdanie, jakby chcၜ skrcić rozmowę - Trzeba tylko zastanowić się jak to zorganizować. Przecież nie bᆝ tu stać na tym moᖼ cał czas. Fizycznie nie damy rady. Knajpa też się do tego nie nadaje...
 
Jasne, ៎ trzeba to jakoś urzၝć!
 
Masz pomysł?
 
Zapytał, cią zmierzajၜ jakby do ko𔓊 spotkania.
 
Teraz widziaᐮ to wyraź i zaniepokoiᐮ się trochę, jednak postanowiᐮ pozostawić mu inicjatywę, liczၜ na to, ៎ tak bᆝ lepiej dla nas, skoro uwa៊ł, ៎ tak jest dobrze dla niego.
 
Nie mam. A ty?
 
Zastanowił się chwilę po czym znowu zapytał.
 
Jak myś? Ile potrzebujesz czasu, by mi to opowiedzieć?
 
Teraz ja musiaᐮ szybko podjąć zasadniczą decyzję, by nie stracić ani tej szansy, ani też go nie przestraszyć ogromem problemu.
 
Sześć, siedem dni, jeś wytrzymasz taką pracę. Przecież nie jesteś wyć.
 
Nie jestem! - odpowiedział po prostu - Ale wytrzymam! Powiedzmy wiᆜ siedem. Zgoda?
 
Zgoda! - odpowiedziaᐮ - Kiedy zaczynamy?
 
Jak to kiedy?
 
Znowu w jego gł dosłć moż był nutę zawodu, tak jakby spodziewał się, ៎ przyszedᐮ na most z gotową decyzją.
 
Jutro! Przyjdziesz tu gotowy do drogi. Tylko szkoda bᆝ tracić czasu na wymyś trasy. Pomyś o tym wcześ.
 
Sł𔓎 wzeszł już na tyle wysoko i tyle był już pomiᆝ nami jego promieni, ៎ bez trudu dostrzegᐮ teraz szeroki uś na jego twarzy i jakąś radość w oczach. Odwrcił się ż i ruszył w kierunku brzegu, w stronę powoli zaludniaj𐗎 się śdmieᖼ.
 
Po paru krokach odwrcił się znowu w moim kierunku i podnisł wysoko ręę w pozdrowieniu. Krzyknął!
 
Jutro o dziewią rano! Tutaj! Wyruszamy na siedem dni!
 
I obrciwszy się jeszcze raz wokł wᐪ osi dodał tak samo głś.
 
Cieszę się, ៎ mnie wybraᐮś i ៎ bᆝę mgł poznać tę twoją tajemnicę!
 
A potem już nie zwracajၜ uwagi na to czy usłę te ostatnie sł krzyknął.
 
Trzymaj się!
 
I mj przyszł Rozmwca ruszył biegiem w kierunku splą uliczek, ktrymi niedawno przyszedᐮ na most.
 
Po chwili zniknął mi z oczu.

 

PIERWSZY DZIEŃ PODRŻ.

CZŁ, WYBRANY PYŁ WSZECHŚ.

Noc spᆝ na przemierzaniu setek znanych mi od dawna ulic, uliczek, zaułw i placw naszego miasta, zakoᑌ wreszcie spotkaniem mego Rozmwcy na moᖼ, kosztowaᐪ mnie duż. Od lat ż moje ma charakter solidnie uporzၝ, przebiega w dość jednostajnym, raczej spokojnym rytmie. Niemal zawsze o tej samej porze zasypiam, jem, piję swe dwie zazwyczaj kawy, wstaję wcześ, by rozpocząć kolejny dzień. Dla kogoś, kto wiele swej energii zuż na poszukiwanie wra៎ń, ktre niesie ze sobą roziskrzony ś ko𔓊 dwudziestego wieku, kto kocha te iskierki rzeczywistoᖼ, owo dzieł pokoleń zawarte w przebogatych wytworach milionw ludzi, moje ż mogł wydawać się monotonne i pozbawione wra៎ń.
 
Nie jest tak!
 
Bo przecież nie tylko poznanie podstawowej struktury bytu, co jest ostatnio moją zasadniczą czynnoᖼą, potrafi wypełć czł swą wspaniałą, wstrząၜą niepowtarzalnoᖼą.
 
Ś moż przecież pochᐪć, poznawać, przyswajać sobie w sposb spokojny, ᐪ rytmiczny. Bo to, co w naszym ludzkim ję, ję kultury, w ktrej dokonujemy swego czł dzieᐪ, nazywamy czasem, a co zamyka w jakichś ramach nasze istnienie w danej nam wᐪś teraz formie - ten czas nie jest rozcią i zmieᖼć w nim moż tylko okreśą ilość zmysł kontaktw i umysł konstrukcji z tych kontaktw wynikajၜ. Istotne jest jednak, by nie był one bezmyś ogl𐗚, dotykaniem, sł, smakowaniem... by był, choၻ na aktualnie dostę poziomie - poznaniem, doś, przeż! By kontakt zmysł z tym, co nasza czą bytu odnajduje na swej drodze, też budował w nas coś istotnego, waż przecież dla wiedzy chocia់ o tym wymiarze, poziomie, formie istnienia. Kultura ludzka jest wtedy tylko kulturą, gdy kontakt z jej przejawami poprzez asocjację, połၜ wra៎ń i powstaj𐗎 z nich wiedzy coś w nas buduje i wzbogaca nas. Przygotowuje niejako do odnalezienia się w kontakcie z całᖼą istnienia.
 
Dzieᐪ kultury, to co stworzył geniusz ludzki w swej czasoprzestrzeni, a tak៎ to, co w tym samym obszarze objawiᐪ nam i użᐪ natura, a co śść nasza zdoᐪᐪ z tego bogactwa zaabsorbować, przetworzyć w nasz ś, w nasze znane nam zmysł i umysł otoczenie - to wszystko nie istnieje przecież tylko dla nas, dla czł. Ma bowiem swą niepowtarzalną funkcję w nieznanym nam jeszcze, ale harmonijnym, celowym i realnie istniejၜ planie całᖼ. I poznawanie tych wszystkich istnień jest tak៎ drogą do... jest poznawaniem na poziomie dostę ka𗳞 poznaj𐗎 ten plan, tę strukturę całᖼ.
 
Patrzenie, sł, dotykanie... bez poznania... jest wię nieuczestnictwa!
 
To tak, jakby gł i ś poszukujၜ poż przechodził obok suto zastawionego stoł, tylko dlatego, ៎ go nie widzi, a nikt z bᆝၜ akurat w pobliż mu tej poż𐗚 bliskoᖼ nie ujawnił. A gł udaje się dalej w drogę do nikၝ, nie zaspokoiwszy swej potrzeby!
 
Ale takie kalectwo, takie połၜ nieszczęść jest zwykle zbyt drastyczną, rzadko spotykaną formą egzystencji.
 
Więść z nas jest sama sobie winna, ៎ ruszajၜ się pozostaje cią w tym samym miejscu.
 
Skoro nasza forma istnienia jako ludzi jest pewnego rodzaju stanem wybrania, być mo៎ darem, albo uosobieniem (uczł) szansy, możᖼ powierzenia jakiegoś istotnego potencjał wobec całᖼ, to z wybrań tego wynikają przecież nie tylko te szczeglne możᖼ, ale rwnież zdolność do korzystania z nich, uż dla wᐪ rozwoju! Kto tego nie czyni, kto biernie daje się przemieszczać mechanizmom wytworzonym przez kulturę, ten popeł błၝ zaniechania, ktry w niektrych systemach pojᆜ nazywa się zᐮ, a nawet grzechem.
 
To smutny przejaw dzisiejszego sposobu istnienia wielu ludzi.
 
Smuci tak៎, ៎ czł włżł wiele pracy w przygotowanie sobie i innym jak najlepszych warunkw do tego, by jedynie biernie przetrwać daną nam wᐪś formę. By zwolnić nas niejako z wᐪᖼ dla istnienia obowią ś bycia i aktywnego uczestnictwa w rozwoju tego co jest, a co przecież bᆝ zawsze, wiecznie.
 
Czł nie mo៎ wystąć, wypisać się - jak z klubu czy organizacji - nie mo៎ powiedzieć przecież: to mnie nie interesuje, to mnie nie dotyczy.
 
Mimo, ៎ nie gonię nerwowo z wywieszonym ję, nie wiruję w oszalaᐮ karuzeli poszukiwania wra៎ń, poznaję przecież przedmioty istnienia, jego przejawy, formy.
 
Podobnie do wielu innych ludzi przemierzam drogi naszej planety i odnajduję jej wspaniałᖼ na wszystkich kontynentach.
 
Nie staram się jednak pochłąć wi𑧎 niż mogę strawić. Staram się nie dopuszczać bezmyś do tego, by na mej wewnę, myś autostradzie pozwalaj𐗎 przenikać we mnie elementom poznania, nastęł permanentne korki, zatory, by drożść jej ulegaᐪ raz po raz zakłceniu, a mo៎ wrᆜ likwidacji?
 
I nie przeszkadza mi to w miarowym rytmie spokojnej, a przecież rwnież nieprzerwanej aktywnoᖼ.
 
Jedną z form naszego dziaᐪ jest posiadanie ciaᐪ, organizmu, owej wᐪᖼ nam maszyny do uzyskiwania kontaktu z rzeczywistoᖼą. Bez niej nie mo៎ istnieć jako ludzie i speł naszej funkcji w planie całᖼ istnienia nie jest moż.
 
Bez ciaᐪ musielibyś, liczၜ na to, ៎ inna forma bᆝ dla nas lepsza.
 
A po co?
 
Przecież wystarczy cenić to ciał, ten organizm, tę maszynę - myśę, ៎ jest nawet pewnego rodzaju obowią odpowiednio dbać o nią.
 
I choć choroba jest stanem rwnie liczၜ się w całᖼ doś, to nie ma 𗲭 powodu, by samemu dla siebie poszukiwać tego akurat doś!
 
Doś wynikaj𐗎 z posiadania zdrowego ciaᐪ jest nie tylko wᐪᖼ, ale daje szersze możᖼ.
 
Mၝ Grecy już w starożᖼ wiedzieli, ៎ wartość zdrowia cielesnego nie jest jedynie zwią z przyjemnoᖼą przeż istnienia, ale - co jest o wiele waż - przede wszystkim oznacza zwielokrotnienie przejaww tego istnienia, wzmo៎ istotowej aktywnoᖼ. Jest otwarciem możᖼ bogatszego istnienia.
 
To prawda!
 
I stanowisko takie nic nie ujmuje istocie choroby, s𔊫ᖼ, niemocy - jako doś ludzkiego i wk𔊭 czł chorego w całść tego doś, w istnienie.

* * *

Noc zakoᑌ spotkaniem na moᖼ oznaczaᐪ spore zachwianie w mym normalnym rytmie. Niemniej byᐪ widocznie konieczna, bym w dziaᐪ swym posunął się o istotny krok dalej.
 
Odnalezienie Rozmwcy był przecież niezbᆝ.
 
Przez tak nietypowo rozpoczę dzień udał mi się jednak powrcić do znanej mi normy. Kolejną noc spᆝᐮ znw na odpoczynku i szczęś wyruszyᐮ w ową siedmiodniową podrż, ktra miaᐪ rozpocząć się w miejscu naszego wczorajszego rozstania.
 
Nigdy nigdzie nie wyruszam w ostatniej chwili, toteż po przygotowaniu domu do mej nieobecnoᖼ, zaᐪ niezbᆝ telefonw i wysᐪ czekajၜ na ekspedycję listw, powierzyᐮ są klucze, by ż z dzieć wracajၜ z urlopu nie miaᐪ trudnoᖼ w dostaniu się do domu i zarzuciwszy torbę na plecy ruszyᐮ spacerem na most.
 
Miasto pulsował swym normalnym rytmem, nieco zwolnionym w ś lata, ale mimo wszystko cią bardzo intensywnym.
 
Dzisiejszy ś przypomina bowiem jakieś samonapᆝ𐗎 się perpetuum mobile i nie moż sobie nawet wyobrazić, by coś co znajduje się w nadanym mu ruchu nagle stanęł, zaprzestał swych dziaᐪń. Nawet jeś dziaᐪ polegają z samej swej natury na obumieraniu!
 
Nawet umierania nie da się zatrzymać, choć pewnie technicznie ᐪ był to wykonać niż powstrzymać proces powstawania, rodzenia się czegoś.
 
Umieranie i rodzenie się wytworw czł jest najprostszym z mechanizmw jakie znam, a jednak dziś sam twrca dopuᖼł do tego, ៎ nawet jego dzieᐪ powstają i giną z jego udziaᐮ wprawdzie, ale bez jego woli. Czł rozkrᆜł uk𔊭, nad ktrym przestał panować.
 
Niektrzy oceniają to jako straszne.
 
Dla mnie ten paradoks, to uwikᐪ się we wᐪ dzieł jest raczej komiczne, przypomina mi nieodparcie sytuację dziecka rysuj𐗎 sobie kredą na czarnej jezdni labirynt, z ktrego potem samo nie potrafi wyjść.
 
Znowu zaatakował mnie nieprzyjemny dźę syreny policyjnego samochodu.
 
A mo៎ to był pogotowie ratunkowe? Mo៎ ktoś spieszył innemu na pomoc? A mo៎ to tylko pęᐪ rura wodocią i woda zalewaᐪ czyjeś wypielę mieszkanie i na ratunek meblom śł hydraulik. Albo elektryk, bo w jakimś biurze-gigancie nawalił transformator i stanęł komputery myś𐗎 teraz za miliony ludzi?
 
Krzyk syren, ktrymi posłą się sł់ specjalne maj𐗎 prawo do takich sygnałw, ich część, pozwala zrozumieć rozwj aglomeracji.
 
Kiedyś, gdy przed kilkunastu laty zamieszkaᐮ w naszym mieᖼ, taka syrena daᐪ się słć mo៎ raz w tygodniu. Teraz, gdy idziesz ulicami śdmieᖼ sł ją kilkanaᖼ razy w cią dnia. Ileż ratunku potrzebuje wiᆜ dziś czł w mieᖼ, ktre sam stworzył i ktre teraz zaczyna mu zagra៊ć?
 
Nie ś się przecież na ratunek, gdy nie jest on potrzebny...
 
Mijajၜ wrzaskliwe karetki i agresywne jaskrawo kolorowe reklamy, plakaty, ogł, znaki zakazu i nakazu, ostrze៎ i pouczenia, spogl𐗚ၜ na kioski peł przyciąၜ uwagę gazet, w ktrych znaleźć moż zwykle informacje te same, tylko jakby w inną sukienkę ubrane, a ka𗳚 z tych sukienek słż rzekomo do pierwszej komunii - mijajၜ to wszystko zdawaᐮ sobie sprawę, ៎ trudno jest nam - ludziom wielkich miast, zrozumieć wartość tego, o czym w tym cał oceanie informacji nie ma ani sł.
 
Trudno nawet przeczuć istnienie czegoś wi𑧎.
 
Jak też ten muł informacyjny jest w stanie wypełć nasze dni!
 
Mijajၜ to wszystko zastanawiaᐮ się w jaki sposb przeprowadzić zbli៊𐗎 się rozmowy z mym Rozmwcą.
 
Bo przecież dzię jego zainteresowaniu, a ponadto dzię jego aktywnoᖼ i możᖼ, o ktrych mogᐮ się przekonać w trakcie tego krtkiego spotkania na moᖼ, nadarzaᐪ mi się okazja nie tylko zrzucenia z siebie cię៊ ukrytego przed innymi ludź skarbu i podzielenia się z nimi mą wiedzą!
 
Zrozumiaᐮ, ៎ mogę wykorzystać ten czas rwnież dla innych, nie znanych mi jeszcze, przyszł odbiorcw mej informacji.
 
Bo czemuż dopiero przedwczoraj wyruszyᐮ w drogę?
 
Czemuż dopiero teraz zaburzyᐮ normalny tryb swego ż?
 
Dlaczego teraz dopiero ten zakopany skarb zaciążł mi tak bardzo?
 
Czy់ polegał to na tym, ៎ kropla przepełᐪ czarę, ៎ zrozumiawszy wiele nie miaᐮ już w sobie miejsca, by magazynować to wszystko i trzeba był nieco oddać, by mc dalej przyjmować?
 
Chyba jednak nie to był przyczyną mojej przedwczorajszej decyzji.
 
Zrozumiaᐮ, ៎ narosł we mnie pragnienie prby!
 
Prby, ktra wykazał, czy posiadam instrumenty (jeś w ogle takie instrumenty istnieją), za pomocą ktrych przekaz mej tajemnicy jest moż. Czy uniosą ten cię៊: ję, sł, tekst?
 
Bo przecież wiedziaᐮ od dawna, ៎ przekaz w innym, pozakulturowym kontakcie jest moż. Prbowaᐮ to robić i udawał mi się. Ale wiedziaᐮ też, ៎ krą osb mogၜ za pomocą tego kontaktu odbierać me informacje jest niewielki, i ៎ nie są oni tymi wᐪś ludź, ktrzy mojego komunikatu potrzebują najbardziej. Bo przecież oni sami są blisko wiedzy, o ktrą chodzi! Komunikat mj zapragnąᐮ skierować poza granice tego klubu.
 
Uznaᐮ, ៎ jest on potrzebny innym ludziom, wᐪᖼ wszystkim.
 
Jak do nich dotrzeć?
 
Za pomocą jakiego kodu, skoro znają oni wᐪᖼ tylko ten jeden - ję uwię w krę pojęć kultury, ktra nie absorbuje rzeczywistoᖼ poza sobą.
 
A jednak powstaᐪ we mnie pokusa sprawdzenia tego narzᆝ.
 
O tylu trudnych sprawach moż przecież za jego pomocą informować.
 
Mo៎ wiᆜ nie jest ono tak hermetyczne jak mi się przez lata wydawał? Mo៎ zachował się w nim jakieś pierwiastki, za pomocą ktrych bᆝ to moż. Elementy mo៎ zapomniane, nie uż od dawna, ale przecież istniej𐗎, jak wszystko co kiedyś zaistniał.
 
Nie jestem wszak jedynym w historii czł, ktry przekroczył granicę.
 
Byli tacy!
 
Był ich przecież wielu. Wi𑧎, niż w codziennoᖼ naszej jesteś sobie w stanie przypomnieć. Oni rwnież prbowali wykorzystać konieczny mi teraz kontakt. Starali się zmierzyć z tą niesł trudną materią sł, ktra głᆛ dociera do spraw od słw samych. Mo៎ to wszystko uda się ożć, odszukać, przywrcić dawną, osiąęą wtedy skuteczność lub nadać nową?
 
Chodził wiᆜ o prbę ję.
 
Stၝ moja nieprzeparta chęć rozmowy.
 
Ale w tym wᐪś miejscu mj Rozmwca nie wydawał się być idealnym partnerem. Odkryte w nim w czasie spotkania na moᖼ możᖼ był za du៎. Moż był z nich skorzystać, co, uᐪၜ kontakt i przekaz, wᐪᖼ utrudniał zadanie.
 
Ale też zaraz zdaᐮ sobie sprawę, ៎ przecież nie jest tak do ko𔓊.
 
Bo - po pierwsze - zdolnoᖼ jego nie był jeszcze w najmniejszym stopniu wyksztaᐬ. Posiadał je jedynie! A poza tym, z czego zdaᐮ sobie nagle sprawę, to ja wᐪś postawiᐮ twierdzenie, ៎ takie zdolnoᖼ posiada wᐪᖼ ka៍ czł!
 
Ka៍!
 
Nie zdaje sobie tylko z tego sprawy i nie uż ich do kontaktw z czymkolwiek, ale je posiada!
 
W tym punkcie mj Rozmwca wᐪᖼ nie rżł się od innych ludzi. Wᐪᖼ czł potencjał był w nim tylko jakby bli៎. Bardziej na powierzchni!
 
No wiᆜ dobrze - pomyśᐮ - tak czy inaczej bᆝ musiał uwa៊ć, by nie korzystać z tego pochopnie. Wwczas caᐪ prba ję nie zostanie wykonana. Trzymaj się! Nie wolno ci iść na ᐪę! Gdy ci się powiedzie bᆝ w domu! I tak zdoᐪ mu przekazać zakopany skarb, bo on tego poż𐗚, czuje jego istnienie i pewnie starczy mu cierpliwoᖼ zarwno by przejść twoją prbę ję jak i na przyjᆜ tajemnicy.
 
Siedem dni!
 
To mał!
 
Posmutniaᐮ na chwilę uś sobie, o co chodzi w tej caᐮ umowie.
 
Ale siedem dni to rwnież i duż, skoro do tej pory nie był takiej możᖼ ani przez jeden dzień.
 
Pomyśᐮ tak i chwilowy smutek zrekompensowany został nadzieją, ciekawoᖼą tego co miaᐮ za chwilę rozpocząć, bliskoᖼą prby.
 
Minąᐮ bank i skrᆜ w cienistą aleję starych drzew i domw ujrzaᐮ już w jej perspektywie nasz most.
 
Pamięᐮ, ៎ zgodnie z wczorajszą rozmową, to do mnie nale៊ł zaplanowanie naszej podrż. Nie był to proste. Z jednej bowiem strony podrż nie powinna być monotonna, winna pobudzać naszą aktywność, inspirować, a zarazem nie mo៎ odciąć nas od sprawy zasadniczej.
 
Uznaᐮ wiᆜ, ៎ najlepiej bᆝ, gdy przewiniemy się pośd znanych mi doskonale, a jemu też zapewne, tak przynajmniej sၝᐮ, cieni kultury, w ktrej przyszł nam się urodzić i wychować. Postanowiᐮ tak na przekr temu, ៎ ta wᐪś kultura traktowaᐪ teraz po macoszemu to wszystko, co chciaᐮ jej ofiarować, z czym miaᐮ zapoznać mego Rozmwcę.
 
Postronny obserwator mgᐫ pewnie zdziwić się, ៎ opowiadań swych nie chciaᐮ snuć w bardziej stosownym dla nich ś. W miejscach, ktrych obyczaj, myś, codzienność ludzka tak៎ i dziś przepeł jest śᖼą tajemnic istnienia, gdzie tajemnica towarzyszy więᖼ ludzi w ka៍ ich posuniᆜ, w ka𗳞 podejmowanej decyzji.
 
Mimo iż miejsca te znaᐮ rwnież, postanowiᐮ ich teraz uniknąć. Nie był w tym nic dziwnego, czy sprzecznego z mą intencją.
 
Wrᆜ odwrotnie!
 
Miejsca te peł są tajemnic pojmowanych przez zamieszkał tam ludzi jako istotna rzeczywistość, a ś dostrzegalny zmysł rzeczywiᖼ nie wypeł tak tamtej przestrzeni jak ma to miejsce w Europie czy Ameryce. Ale jest to ś tajemnic, ktre moż nazwać mistycznymi. Tajemnicami innego wprawdzie ś, ale nie ś konkretu! A to w moim pojᆜ jest tak samo błᆝ, jak kurczowe trzymanie się zmysłw.
 
Nie o lekcewa៎ zmysłw przecież mi chodził. O nie! Teraz raczej walczyᐮ o przywrcenie im wᐪᖼ rangi, a jeś już nie zmysł, to ich oś jakim jest mzg czł.
 
Mzg!
 
A wiᆜ coś na wskroś konkretnego, fizycznie doś, opisanego za pomocą miliardw słw i pojęć. Znanego nauce empirycznej, a jednak nosz𐗎 w sobie nieogarnione jeszcze nawet wyobraźą tajemnice, nieznane możᖼ - i to zgoᐪ nie mistyczne. Po prostu tajemnice wynikaj𐗎 z jego nieznanych, a przynajmniej znanych w stopniu niewielkim - funkcji!
 
Pomyśᐮ, ៎ skoro rzecz ma dotyczyć mzgu wᐪś, to odwiedzimy te miejsca, gdzie wᐪś z mzgu uczyniono boga, gdzie we wszystkim zaczę się doń odwołć, ale też na nim się zatrzymano!
 
Czy to ź?
 
Nie!
 
To wᐪś rwnież chciaᐮ wyjaść memu Rozmwcy.
 
Niedoskonałść tej metody polegaᐪ na tym, ៎ zatrzymano się na mzgu ludzkim takim, jakim był w momencie jego gloryfikacji. Uznano, ៎ taki wystarczy, ៎ ogarnie to co ogarnąć mo៎, ៎ zwycięż materię, ducha, ducha materii, ៎ pokona Boga, szatana, czas i przestrzeń. Wszystko opanuje i złż u stp czł racjonalnego.
 
I jak៎ bliskie był to prawdy.
 
Tak៎ mojej prawdy, ktrą poznaᐮ.
 
A jednocześ jak daleko od prawdy odepchnęᐪ ten mzg jego wᐪ pycha! Pycha czł!
 
Bo pki co, on jeszcze panuje nad swym mzgiem.
 
Pycha, o ktrej mwię, wynikajၜ z zachwytu nad swymi możᖼ, jednocześ możᖼ te uczyniᐪ wᐪ więź, niewolnikiem, i w konsekwencji kaleką, kalectwem zatrzymanego rozwoju.
 
I o tym miaᐮ już niedł mwić do mego Rozmwcy.
 
Dostrzegᐮ go już przez moment pomiᆝ starymi kamienicami alei, ktrą szedᐮ, nim moż był poczuć chłd rzeki i jej charakterystyczny zapach. Stał tam, gdzie umwiliś się wczorajszego ranka, choć jeszcze kilka minut pozostał do godziny dziewią.
 
Zasłł mi go jeszcze przez moment falujၜ tł ludzi śၜ do pobliskich biur, ale gdy zbliżᐮ się do ko𔓊 alei i od mostu dzielił mnie już jedynie nabrzeż bulwar peᐮ pᆝၜ na pł miasta aut, ponad migajၜ dachami pojazdw widziaᐮ już dobrze, jak spokojnie podnosi do ust papierosa, zapala go zapałą, ktrą nastę wyrzuca za siebie w otchᐪń pod mostem. Stał teraz oparty plecami o balustradę i patrzył jak i ja ponad dachami mijajၜ go samochodw na poł, skၝ przypłᐪ rzeka.
 
Semafor pilnujၜ skrzyż bulwaru z mostem zatrzymał przeszkadzajၜ mi w przejᖼ na drugą stronę bulwaru strumień luksusowych je៍żၜ pudeᐮ,
 
Tak syn mego znajomego nazywał samochody.
 
Poprawiwszy torbę na ramieniu ruszyᐮ przed siebie.
 
Wiał wzdłż rzeki przyjemnym chł. Pomyśᐮ przez chwilę, ៎ wrż to nam udaną podrż.
 
Mj Rozmwca dostrzegł mnie, gdy jeszcze byᐮ daleko i ruszył w moim kierunku wyrzucajၜ na jezdnię niedopaᐮ papierosa, tak jakby wiedział, ៎ po przywitaniu bᆝ musieli przemierzyć moją część mostu ponownie.
 
Był tak rzeczywiᖼ.
 
Musieliś wsiąść do takswki na postoju, ktry przed chwilą minąᐮ. Po drugiej stronie rzeki rozciął się teren portowych magazynw, warsztatw i fabryk, gdzie ludzie przybywali zazwyczaj do pracy metrem, autobusami, a latem czę rowerami, motocyklami i samochodami, pozostawiajၜ je na rozległ nieopodal parkingach i nie był tam po co podje៍៊ć takswkarzom. Ci rozsၝ wybrali miejsce swego oczekiwania po śdmiejskiej stronie mostu.
 
Pomachał mi wesoł ręą wzniesioną ponad głę tak, jak uczynił to wczoraj o ś przy po៎.
 
Dzień dobry!
 
Wesoł brzmi𐗎 powitanie usłᐮ już z odległᖼ ponad piᆜ metrw.
 
Dzień dobry!
 
Odkrzyknąᐮ rwnie radoś i zbli៊ၜ się wyciąąᐮ ręę na powitanie. Przyjął mą dłń zdrowym bezpretensjonalnym uᖼ i zapytał.
 
Wszystko gra?
 
Gra. - odpowiedziaᐮ uśၜ się.
 
No to w porzၝ. - bąął i ż krokiem podążś w kierunku bezczynnie stoj𐗎 rzᆝ aut.
 
Szczęś semafor dawał nam teraz wᐪś pierwszeń, wiᆜ by skorzystać z tego przyspieszyliś kroku docierajၜ do krawęż niemal biegiem. Nie pytajၜ otworzył tylne drzwi pierwszej w szeregu takswki i gdy rwnież nic nie mwiၜ usadowiᐮ się obok niego zapytał.
 
Na lotnisko? Czy mo៎ się pomyliᐮ?
 
Z trudem pokryᐮ zdziwienie potwierdzajၜ szybko.
 
No, jasne!
 
Lotnisko! - zakomenderował w kierunku włၜ𐗎 taksometr kierowcy.
 
Nie ma sprawy. - zgodził się tamten i ruszyliś.
 
Po kilkunastu minutach byliś na miejscu.
 
Odebraᐮ w okienku plik biletw przygotowanych zgodnie z mym wczorajszym telefonicznym zleceniem. Był ułż w porzၝ chronologicznym, wiᆜ dwa pierwsze zatrzymaᐮ, resztę schowaᐮ do torby. Nie musieliś oczekiwać na odprawę bagaż, gdyż nasz, przewieszony przez ramię kwalifikował się jako rᆜ i zabieraliś go ze sobą do samolotu. Odprawiliś się jednak dość poś, gdyż niewiele czasu pozostał nam do odlotu
 
Znowu zdziwiᐮ się, ៎ mj Rozmwca ani nie spojrzał na bilet, ktry mu wrᆜᐮ, ani potem na tabliczkę z kierunkiem lotu wiszၜą nad stanowiskiem odprawy. Tak, jakby wiedział gdzie lecimy, albo też nie miał to dla niego 𗲭 znaczenia.
 
Nie chciaᐮ w tej chwili koncentrować się na tyle, by poznać rzeczywistą przyczynę tego postę, bo ostatecznie nie był to takie waż. W jego zachowaniu istotniejsze był dla mnie to, ៎ na tej podstawie moż był mieć nadzieję, iż w podrż naszej nie bᆝ tracić zbyt wielu słw i czasu na sprawy bez znaczenia.
 
Bo pomyś!
 
Ileż to zwykle w podobnej sytuacji dzieje się rzeczy niepotrzebnych.
 
Ponieważ byliś umwieni, ៎ we wsplnej podrż spᆝ razem siedem dni i ៎ w tym czasie bᆝ zajmować się przede wszystkim rozmowami dotyczၜ mych odkryć, caᐪ reszta, czyli na przyk𔊭 to gdzie bᆝ niejako z zał៎ powinno mieć drugoplanowe znaczenie.
 
Umwiliś się rwnież, ៎ ja zaplanuję i zorganizuję trasę, co też się stał - a wiᆜ - tak na zdrowy rozum - teraz wszelkie pytania: a gdzie...? a czemu tam...? a po co..? a czy tam już byᐮ...? i wszelkie inne tego typu informacje, ktre niemal ka៍ chciaᐫ otrzymać - w takiej chwili był bez znaczenia, skoro byliś zdecydowani realizować i realizowaliś wᐪś naszą umowę.
 
Bo przecież wszystko był w porzၝ!
 
To prawda, ៎ umowa byᐪ nadzwyczaj krtka i zawieraᐪ jedynie najważ punkty. Ale jednak je zawieraᐪ i był rzeczywiᖼ najważ. Wszystko inne miał drugoplanowe znaczenie, toteż nie warte był zainteresowania.
 
Ale nie śę się nigdy z ludzi, ktrzy poszukują tych informacji mimo miałᖼ ich znaczenia!
 
Tracą wiele energii, słw i czasu na ich uzyskanie i do podobnego marnotrawstwa zmuszają swych przygodnych czy nawet stał partnerw.
 
Czł dzisiejszy niczego tak nie poż𐗚 jak wiedzy o przyszłᖼ.
 
Pomyś!
 
Gdy przeanalizujecie więść stawianych przez was, czy przez ludzi z waszego otoczenia, pytań - tych codziennych, nawet zawartych w przelotnych rozmowach - to zorientujecie się, ៎ kilka z nich dotyczy tego co był, a reszta, znakomita więść to pytania o to co bᆝ, choć czę za pomocą formy gramatycznej sugerują zwią z tym, co jest, ale ich intencją jest jakieś lepsze czy gorsze, dalsze czy bliż - poznanie przyszłᖼ.
 
Na przyk𔊭 ktoś pyta przechodnia na ulicy czy daleko jest do dworca kolejowego. W istocie chodzi mu o to by uzyskać informację dotyczၜą przyszł jego dziaᐪń! - czy zdąż na pocią, czy musi po uzyskaniu odpowiedzi przyść kroku, czy też mo៎ rytm swego poruszania się zwolnić, a mo៎ nawet zaᐪć jeszcze coś po drodze, bo dworzec kolejowy jest już bardzo blisko. Nawet, gdy dowiedziawszy się, ៎ dworzec jest tuż, a wiᆜ, ៎ niepotrzebnie śł się i wychodzၜ za wcześ z hotelu popełł błၝ, to jest to też przecież refleksja na temat czynnoᖼ (decyzji) podję w przeszłᖼ, ale czynnoᖼ, ktrej intencją i sensem był planowanie, konstruowanie, realizowanie czegoś co był wwczas przyszłᖼą!
 
Wᐪᖼ wszystko co robi czł, czym się zazwyczaj zajmuje, jest swoistym wychylaniem się w przyszłść, czyli aktywną prbą opanowania jej, uprzedzenia jakby wᐪ decyzjami tego co ma nastąć w przyszłᖼ. I zaobserwować to moż niemal we wszystkim, oczywiᖼ gdy uważ się patrzy. Od rzeczy najdrobniejszych po najważ! Od tego, co jest tuż tuż zarwno w przestrzeni jak i w czasie, po sprawy najbardziej odlegᐮ!
 
Zwykᐮ patrzenie pod nogi w trakcie spaceru po ulicy czy ł𐗎 jest przecież niczym innym jak staraniem o to, by za chwilę (w przyszłᖼ) nie potknąć się i nie przewrcić. Lę abiturienta przed oblaniem matury nie jest przecież lę przed wᐪś jej oblaniem. Sam fakt jest tu niemal zupeł bez znaczenia. Znaczenie mają natomiast skutki tego zdarzenia w przyszłᖼ. One są istotą troski przed egzaminem. Przyszł wstyd lub satysfakcja, przyszᐮ zmartwienia czy radoᖼ rodzicw i najbliż otoczenia, przyszᐮ możᖼ (na przyk𔊭 studiowania) lub ich brak.
 
Toteż nigdy nie śę się z ludzi, gdy w najdrobniejszych nawet sprawach starają się dowiedzieć czegoś, co mogł by im pomc w projekcji istotnej dla nich przyszłᖼ.
 
Jest to ludzkie, a nic co ludzkie nie jest ś.
 
Inna sprawa, ៎ ៊ mi, gdy widzę ową aktywność zwiąą z czymś nieistotnym, aktywność, ktra jest wynikiem swoistej bezmyśᖼ, bo zadawane pytania i otrzymywane odpowiedzi w niczym nie wzbogacają danych już posiadanych przez nasz mzg. Danych, ktre zupeł wystarczą, by powziąć potrzebny sၝ o przyszłᖼ, a w ka៍ razie o jej zasadniczych elementach.
 
Cieszył mnie, ៎ przyk� rozsၝ ekonomii był wᐪś postę mego Rozmwcy.
 
Nie pytał na przyk𔊭 o to, gdzie bᆝ spali, bo przecież ៎ bᆝ spali był oczywiste i nie trzeba był, przy pewnej dyscyplinie myś, wcale o to pytać. Uzyskana informacja w niczym sprawy do przodu nie posunie. Nawet gdybym mu nie wiem co i nie wiem jak szczegł opowiedział o hotelu, ktry zamwiᐮ, nie wyniknęł z tego opowiadania wᐪᖼ nic, skoro rzecz dotyczyᐪ wyłၜ spania, a nie mieszkania, czyli dłż przebywania, bogatego w rż czynnoᖼ. Dla snu jest mał istotne, jakie w sypialni hotelowej stoją fotele, jakie wiszą obrazy na ᖼ. Tu sensowniejsze był chocia់ pytanie, czy zamwiᐮ mię (albo twarde) łż.
 
Ale czy ktoś zadaje takie pytanie?
 
Rzadko!
 
Tym bardziej, ៎ zwykle zamawiajၜ pokj w hotelu nie wiemy o tym. Zazwyczaj starczy nam, ៎ sł hotel samo w sobie zawiera już istnienie ł៎ i z gry zak� (nie mamy przecież innego wyjᖼ), ៎ łż te są przynajmniej ś wygodne, ani zbyt twarde ani zbyt mię. Bo pomyś dla przecię czł - ani dla wielbiciela ł៎ mię, ani jego przeciwień. Lepszym pytaniem, chcၜ ᖼś przestrzegać sensownoᖼ jego zadania, jest pytanie o to, czy już w tym hotelu nocowaᐮś? Jeś tak, to dopiero otwiera się jakaś szansa na dalsze istotne informacje. Ale podnieceni podrżą ludzie zazwyczaj pytają np. - w jakim hotelu ś dzisiaj? - W hotelu Adler! - pada odpowiedź - i pytajၜ jest zadowolony.... choć przecież niczego, ale to niczego poza nazwą hotelu się nie dowiedział.
 
Samolot nasz wznisł się lekko w powietrze i poszybował ku przestworzom. Nim wyrwnał lot osiąą zaplanowaną wysokość w stosunku do ziemi unosił się rzeczywiᖼ w kierunku, ktry gdyby pozwoli𔊫 mu na to fizyka, był nieskoᑌ!
 
Tam moż był lecieć zawsze, bez ko𔓊.
 
I kto wie, czy istniaᐫ jakiś fizyczny cel, do ktrego lot taki by zmierzał?
 
Myśę, ៎ nie!
 
Na tym polega cudowność wszechś, ៎ jest on nieskoᑌ.
 
I nie przera៊ mnie to. Wrᆜ odwrotnie!
 
Tylko dlatego moż jest pojᆜ wolnoᖼ!
 
Nie istnieje ono przecież w obrᆛ jakichś uk𔊭w zamknię.
 
By pojᆜ to nie był logicznie sprzeczne, by mogł rzeczywiᖼ zawierać w sobie to co zawiera - a wiᆜ nieskoᑌ możᖼ (choć praktycznie wieloma istotnymi elementami wspł ograniczane - co wcale nie znaczy, ៎ ograniczone w całᖼ) - musi funkcjonować jedynie wobec nieskoᑌᖼ, nieograniczonoᖼ.
 
Czł lę się kontaktu z takimi pojᆜ, bo trudno je sobie wyobrazić. Przekraczają one wymiar ś fizycznego, z ktrym potrafi się kontaktować i kontakt ten jest dla niego oczywisty. A przecież to wᐪś te pojᆜ istotowo przynależą bytowi tak wspaniaᐮ jak czł.
 
Lę przed tym co mi istotowo najbliż!
 
Mo៎ wᐪś dlatego tak czę dziś obserwujemy i opisujemy czł lę przed wolnoᖼą? Przecież ta wᐪś wolność jest tej samej natury co wszechś, nieskoᑌść, wieczność.
 
I o tym bᆝę już niebawem rozmawiał z mym Rozmwcą.
 
Osiąą potrzebną wysokość dziesiᆜ tysiᆜ metrw pilot wyrwnał lot naszej maszyny. Płęś teraz rwnolegle do powierzchni ziemi.
 
Bezchmurne niebo, tak nad nami jak i pomiᆝ nami a naszą planetą pozwalał przyjrzeć się jej z tej, przecież nic nie znacz𐗎 odległᖼ. Lecieliś teraz nad grami.
 
Gdy wᆝᐮ poprzez nie tam na dole, czuᐮ ich wspaniał majestatyczny ogrom.
 
Gdy patrzyᐮ z przełᆜ ponad rozległą doliną ku wznoszၜ się za nią na powrt ku niebu zboczom, gdy za pomocą lornetki odnajdywaᐮ z pewnym trudem na przeciwległ szczytach schronisko, do ktrego wtedy zdą៊ᐮ, wielkość tych cudownych, wyrzeឫ wiekowym dziaᐪ przyrody gr, urozmaiconych bogatą florą przeplatajၜą się z zielonymi pᐪ hal, robiᐪ na mnie głᆛ wra៎. Byᐮ wobec nich z mymi ludzkimi gabarytami niczym, nawet nie pyᐮ. Z mym czasem trwania w ludzkiej postaci, czasem, w ktrym strumień nie był w stanie rozkruszyć nawet kamyka wielkoᖼ mej pięᖼ, a przecież płၜ teraz doᐮ przeciął już jakby na pł zwaliste cielska tych potęż skał i drążł je cierpliwie dalej i miał drążć nie wiedzieć jeszcze jak dł po nas.
 
Procesy te nie dadzą się nawet porwnać.
 
Wtedy czuᐮ się po prostu niczym.
 
Tak!
 
Tam, na dole gry był wielkie i wspaniaᐮ.
 
Teraz, gdy patrzyliś na nie z gry, pozostał jedynie rż cieniem na powierzchni planety, stanowiၜ przebogate kształ plam - jasnych tam, gdzie ośł je sł𔓎, ciemniejszych w jego cieniu, a nieraz zupeł ciemnych w dolinach, gdzie promienie sł w ogle nie dochodził. Ich potęż dla czł wysokość, teraz rwnież czł - objawiaᐪ się jako znikomość.
 
Czy zdajemy sobie w peł sprawę z tego czym jest wzglᆝść wymiarw wobec siebie?
 
Czy rozumiemy, ៎ wszystko co znamy jest wᐪᖼ znikomym, ledwie dostrzegalnym (jeś w ogle) punkcikiem wobec całᖼ istnienia?
 
Czy ogarniamy myśą wielkość słᑌ, ktre na nocnym letnim niebie widzimy jako mrugaj𐗎 punkciki?
 
Pewnie to rozumiemy, bo nauczyli nas astronomowie. Poinformowali nas, ៎ odległᖼ pomiᆝ gwiazdami są trudne do wyobra៎ i ៎ mierzy się je w jakichś skomplikowanych jednostkach, w ktrych odległᖼ te był wspł z funkcją, ៎ miesza się materię z czasem i przestrzenią. Rozumiemy, ៎ ten ogrom istnieje. Wiemy o tym!
 
Jednak to co ludzie nazywają - wszechś - wymyka się naszej wyobraź.
 
Ale czy zdajemy sobie sprawę ze znaczenia tej znikomoᖼ wszystkiego co istnieje wobec całᖼ?
 
Wąę!
 
Gdybyś tak naprawdę zdali sobie sprawę chocia់ tylko z tego, bylibyś wiele bli៎ wiedzy o wielkiej tajemnicy istnienia. Ale czy czł jest w stanie....
 
Tak...!
 
Jest w stanie!
 
Gdy lot nasz wszedł w swą normalną, nudną fazę jednostajnego szumu silnika i szmeru pracujၜ nad naszymi gł dysz nadmuchujၜ do wnę kabiny ś៎ powietrze wzbogacone tlenem z agregatw, tlenem ktrego na tej wysokoᖼ już prawie nie ma, a stewardesy rozniosł już pośd pasa៎w napoje, postanowiᐮ rozpocząć nasze rozmowy.
 
Znajၜ naturę ludzką wystarczajၜ dobrze, by wiedzieć, ៎ czł wtedy dobrze czuje się w obecnoᖼ drugiego czł, gdy wie i czuje, ៎ jest dlań waż, interesujၜ, pociąၜ jako osobowość, postanowiᐮ udowodnić mojemu Rozmwcy moje prawdziwe zresztą zainteresowanie nim i jego osobowoᖼą.
 
Chciaᐮ, by na począ on mwił.
 
By zrozumiał, ៎ w czasie naszej podrż nie bᆝ jedynie odbiorcą przekazywanych przeze mnie informacji, ៎ jest istotą rwnie interesujၜą dla mnie jak ja dla niego, a konieczna dysproporcja, ktra musi się w naszych przyszł rozmowach pojawić, wyniknie jedynie z tego powodu, ៎ na razie to wᐪś ja jestem posiadaczem tajemnicy, ktra jest mu potrzebna. Jednak po zapoznaniu się z tajemnicą bᆝ mgł ją rozwinąć i być mo៎ po jakimś czasie to ja bᆝę musiał wysłć jego opowieᖼ, by kolejną dysproporcję wiedzy wyrwnać.
 
Jakim cudem odgadᐮś, ៎ musimy udać się na lotnisko? - zapytaᐮ.
 
𗮭 cudem! Po prostu! - odpowiedział
 
Jak to po prostu?
 
Pomyśᐮ sobie, ៎ był w tym coś niezrozumiaᐮ, gdybyś zostali.
 
Gdzie?
 
W naszym mieᖼ.
 
Dlaczego?
 
Pytaᐮ coraz bardziej zainteresowany jego odpowiedziami.
 
Bylibyś za blisko!
 
Czego?
 
Tego wszystkiego, co musiał nas rozpraszać. - odpowiedział bez namysł.
 
Zgadzaᐮ się z nim, ale chciaᐮ poznać jak głᆛ to pojmuje.
 
Rozpraszać? Co mogł nas rozpraszać? - pytaᐮ dalej.
 
Teraz zastanowił się chwilę i uważ na mnie spojrzał.
 
Nie znasz tego?
 
Był wyraź zdziwiony mym ostatnim pytaniem.
 
Czego?
 
Udawaᐮ, ៎ nie rozumiem.
 
Te wszystkie sprawy, ktre zaprząą cię na codzień... Przecież one osaczają cię... Trudno się od nich wyzwolić..
 
Widać był, ៎ z trudem tł to o co mu chodzi.
 
Jakie sprawy? - staraᐮ się pomc mu - Daj jakiś przyk𔊭.
 
No, wszystkie! Na przyk𔊭 choroba.
 
Twoja choroba?
 
Nie koniecznie! A moja to nawet najmniej!
 
No wiᆜ?
 
Znowu chwilę się zastanowił.
 
No na przyk𔊭 matki, albo ż... Masz żę, albo matkę
 
Mam.
 
Odpowiedziaᐮ spokojnie starajၜ się, by mj spokj udzielił się tak៎ Rozmwcy, bo jego ostatnie pytania stawał się jakby bardziej nerwowe, niecierpliwe.
 
Mam obie! Matkę daleko, w obcym kraju, a żę blisko, przy sobie.
 
To mo៎ masz też dzieci? - zapytał.
 
Mam - potwierdziᐮ.
 
O.K! To wspaniale!
 
Te informacje uspokoił go, ale też odciąęł jego zainteresowanie w inną stronę.
 
O.K! - powtrzył - Też chcę mieć kiedyś dzieci i żę. Nie złżł się jakoś.
 
Ale postanowiᐮ wrcić do tematu.
 
No wiᆜ co z tą moją żą, matką, dzieć?
 
No, nic! Nie obcią៊ cię to, nie rozprasza, jeś ktreś z nich jest chore?
 
Obcią៊ mnie! To jasne! Ale dlaczego ma mnie rozpraszać?
 
Zapytaᐮ, chcၜ by mwił dalej.
 
Jak to dlaczego? Mo៎ skupić się na czymś innym, gdy masz taki kł?
 
To zależ. - odpowiedziaᐮ.
 
Od czego?
 
Od wielu rzeczy! Przede wszystkim rzeczywiᖼ staram się nie robić kilku spraw na raz, ale..
 
No wᐪś! Zawsze coś kosztem czegoś.
 
Rozmawiał teraz ż, w pewnym podnieceniu, ale wystarczajၜ spokojnie by przyjmować informacje. Powiedziaᐮ wiᆜ.
 
Oczywiᖼ! Ale przecież nawet przy chorym nie jesteś zaję bez przerwy.
 
No tak! Ale jednak nie moż takiego zmartwienia odciąć nagle, jak no៎.
 
A jeś potrzeba?
 
Znw natężł uwagę.
 
Potrafisz zerwać ten ogon? - zapytał.
 
Jaki ogon?
 
No ten! Uczuciowy. Ja na przyk𔊭, nawet jak wyjdę od matki ktra cierpi, gdy już zamkną się za mną drzwi jej mieszkania, to myśę o tym jeszcze dł. Muszę się powoli od tych myś odrywać, by skupić się na czym innym. A to trwa!
 
Ach! Ten ogon.
 
Spojrzaᐮ mu głᆛ w oczy, bo chciaᐮ by dobrze zrozumiał o co mi chodzi -
 
Potrafię.
 
Moja odpowiedź zdziwiᐪ go. Wyjaśᐮ wiᆜ dalej.
 
Tu nie chodzi o 𗲭ą znieczulicę na czyjeś cierpienie. To co innego! Ja też nie przestaję myść o cierpieniach dziecka zaraz po przekroczeniu progu pokoju, w ktrym ono leż. Wrᆜ odwrotnie! Staram się dok𔊭 zastanowić nad wszystkim, podjąć decyzję jak mu ulżć, pomc, co trzeba zrobić. Czy zawoᐪć lekarza, czy jeszcze poczekać, bo stan nie jest groź i należ dać organizmowi czas na samodzielną walkę z chorobą...
 
No dobra! Rozumiem. - zgodził się - Ale myś to jedno, a uczucie to drugie.
 
Oczywiᖼ! Ale uczucie jest, a nawet przecież powinno być jakoś zwią z myś. To nie są osobne rzeczy. - powiedziaᐮ z naciskiem.
 
No, tak! Przemyś wszystko, przeanalizujesz i co dalej?
 
Dalej? Dalej robię to co w danej sytuacji uznam za potrzebne, albo to, co uzna za potrzebne ktoś inny. Na przyk𔊭 lekarz i...
 
I z gł? - przerwał mi.
 
Niejako! - odpowiedziaᐮ i spokojnie dodaᐮ - Staram się nie powtarzać niepotrzebnie raz zakoᑌ procesu myś dopty, dopki nie ma nowych elementw! Nie lubię się grzebać we wᐪ kł.
 
Bo nie ma to sensu? Tak?
 
Tak.
 
Zabrzmiał to trochę okrutnie, wiᆜ staraᐮ się jeszcze uzasadnić mj poglၝ.
 
Nie warto robić rzeczy niepotrzebnych. Czł wtedy rozprasza się i traci skuteczność. Myśę, ៎ waż jest bym skutecznie pomgł cierpi𐗎, niż bym wylał nad nim morze ᐮ. Ł są potrzebne. Potrzebna jest wrażść na cierpienie drugiego czł. Ale nie bezsensowna! Wtedy wrażść traci sens.
 
Odwrcił się do okna i jakby koᑌၜ temat powiedział już do siebie.
 
No.... tak. Trzeba przestrzegać jakiejś dyscypliny.
 
Chwilę patrzył na morze, nad ktrym wᐪś lecieliś. Potem odwrcił się do mnie znowu i zapytał.
 
No dobrze! Czyli opanowujesz te niepotrzebne, ckliwe emocje. I co? Zaraz mo៎ przystąć do spraw istotnych?
 
W zasadzie tak, ale..
 
W zasadzie! - przerwał - Robisz tak czy nie?
 
Czasami! Gdy to jest potrzebne.
 
Spojrzaᐮ na mego Rozmwcę uważ i teraz postanowiᐮ upomnieć go nieco ostrzej.
 
Co ty sobie wyobra៊? ើ czł jest maszyną? Ja też mam przestoje, kiedy zajmuję się byle czym.
 
No, dobrze. - powiedział uspokajajၜ i uśął się - Rozumiem przecież! Tylko chciaᐮ się trochę podroczyć.
 
Znowu podeszᐪ stewardesa z swym wzkiem.
 
Kawa dla panw? Czy herbata? - zapytaᐪ.
 
Wzięś kawę. Ja dużą porcję bez cukru z odrobiną mleka, mj Rozmwca w mniejszej fili៊, do ktrej wsypał dwie czubate ł𗳬.
 
Cukier nie należ do akceptowanych przeze mnie w peł produktw cywilizacji, toteż nie mgł bym wyrazić uznania dla tak mocno sł kawy, ale nie to był w tej chwili waż. O wiele waż wydał mi się i ucieszył mnie prawdziwie, ៎ miaᐮ przed sobą normalnego czł. Nie jakiegoś eremitę staraj𐗎 się w myś jakichś abstrakcyjnych zasad dociec tajemnic nas otaczajၜ. Kogoś, kto spaczyᐫ swj charakter wymyś teoriami rodem z ezoterycznej literatury, kto sprowadziᐫ swe reakcje poni៎ poziomu normalnoᖼ, czy wyostrzył je stosujၜ się do jakichś innych bzdur, ktrych tyle się dziś wypisuje, opatrujၜ obietnicami niezwykᐮ skutecznoᖼ w osią szczęᖼ na ziemi. Zwykle robią to szarlatani, ktrzy sami niewiele wiedzၜ, podsłą co mwią poważ ludzie i ubierają to potem w zazwyczaj ponure szaty jakiejś magii.
 
Jego normalność, przecię emocjonalność połၜ jednak z ciekawoᖼą, sprawiał mi najwięą radość.
 
To wᐪś był nam obu potrzebne, by naszej podrż nadać oczekiwany przeze mnie charakter. Cieszyᐮ się teraz tą konstatacją, bo przecież znajomość nasza trwaᐪ tylko chwilę i błၝ był jeszcze moż.
 
Postanowiᐮ jednak wrcić do tematu z począ naszej rozmowy.
 
Wiᆜ powiadasz, ៎ ot, tak po prostu wymyśᐮś sobie, ៎ powinniś udać się na lotnisko, bo trzeba odlecieć.
 
Prawie. - odpowiedział.
 
A dok𔊭?
 
Wydedukowaᐮ to.
 
Jak to wydedukowaᐮś?
 
No tak! Nie wiesz co to jest dedukcja? Sherlock Holmes dedukował. Zestawiᐮ sobie parę przesᐪ... no, - elementw tego wszystkiego i wyszł mi, ៎ jeś nie jesteś czł biednym, ktrego nie był na to stać, to wᐪś coś takiego wymyś. - powiedział.
 
Czyli wymyśᐮś to! Czy mo៎ wyczuᐮś?
 
Nie rozumiem? - skupił się na mym pytaniu.
 
Wymyśᐮś, czy raczej wyczuᐮś, ៎ tak mogę zrobić?
 
No! Zaraz! - trudno był mu zrozumieć o co pytam - Bo ja wiem? Raczej wymyśᐮ. Bo myśᐮ o tym. Kombinowaᐮ.
 
W porzၝ! Ale przecież proces dedukcji mgł cię doprowadzić do zgoᐪ innych wnioskw. - powiedziaᐮ - To nie jest kryminał, ktry polega wᐪᖼ na zestawianiu faktw i zdarzeń, ustalaniu ich kolejnoᖼ, charakteru, a potem na przeprowadzaniu rwnania z wieloma niewiadomymi. Tu ka𗳚 przesᐪ, ktrą braᐮś pod uwagę, byᐪ już pewnego rodzaju interpretacją. Przecież nie znaᐮś mnie, wᐪᖼ nie wiedziaᐮś czego bᆝ dotyczyᐪ nasza rozmowa. Dalej o tym jeszcze nie wiesz!
 
Wiesz tylko, ៎ ja chcę ci coś waż opowiedzieć, a ty poszukujesz wᐪś czegoś, co mogł przyspieszyć proces twego rozwoju. To stosunkowo mał, by metoda dedukcyjnego rozumowania mogᐪ się sprawdzić.
 
No tak! -zdziwił się - Ale przecież intuicja rwnież mogᐪ mnie zawieść! Ona opiera się na jeszcze trudniejszych do uznania przesᐪ.
 
Nie powiedział bym! - stwierdziᐮ z naciskiem - Chociaż to co nazywamy zazwyczaj intuicją nie jest najlepszym narzᆝ. Są lepsze.
 
Ale przecież nie poszukiwaᐮ odpowiedzi na te pytania poza procesem myś.
 
W porzၝ! Ale myś czł nie jest tylko funkcją rozwią matematycznego rwnania czy zagadki logicznej. Myśą, a mo៎ lepiej - mzgiem, gdzie myś powstaje, dziaᐪ i uzyskuje rezultat - czuje się, widzi, dotyka.
 
Zawahaᐮ się czy nie posunąᐮ się od razu za daleko. Czy sł, ktre wypowiedziaᐮ nie mieszczą w sobie zbyt duż informacji bez uzasadnienia. Toteż przerwaᐮ.
 
Mj Rozmwca milczał, wiᆜ dodaᐮ po chwili jakby od niechcenia.
 
Przecież wczoraj, 𗳫 uznać nasze spotkanie za obustronnie poszukiwane, nie miaᐮś 𗲭 logicznych, w znaczeniu matematycznym, danych. A jednak ilość posiadanych przez nas informacji wystarczyᐪ, by taki sၝ podjąć, uznać ៎ tak jest.
 
Gdzie posiadanych? - zapytał w napiᆜ.
 
Jak to gdzie? Przecież nie w brzuchu. - staraᐮ się rozluźć atmosferę.
 
W mzgu? - zapytał jakby z dwoma znakami zapytania.
 
Oczywiᖼ!
 
Teraz ja staraᐮ się przerwać rozmowę, a on zgodził się na to, pewnie chcၜ uporzၝć otrzymane informacje.
 
Chwilę milczeliś.
 
Na horyzoncie bliż teraz ziemi, bo samolot powoli zbli៊ł się do portu swego przeznaczenia, widać już był miasto do ktrego zmierzaliś. Bli៎ jeszcze niewielka wyspa, niemal zupeł pozbawiona rośᖼ, wystawaᐪ z morza upstrzonego biał, przemieszczajၜ się pasemkami fal, lekko spienionych połą bryzą.
 
Pewnie podobnie wygl𐗚ł to wwczas, gdy kilkadziesią kilometrw stၝ na poł jedynie przestwr był ś tej jednej z najcichszych tragedii w historii czł.
 
Spjrz tam!
 
Wskazaᐮ memu Rozmwcy roztaczajၜ się pod nami widok.
 
Spojrzał w dł i dł៎ zatrzymał wzrok na powoli przesuwajၜ się obrazie zachwycaj𐗎 ziemi, ojczyzny ludzi.
 
Tak wᐪś, zachwycajၜ musiał wygl𐗚ć ten ś, gdy marzၜ o tym, co za wᐪᖼ psie pieniၝ jest dziś naszym udziaᐮ, ginę nieopodal dwaj wspaniali mę៌ź. - powiedziaᐮ.
 
Tak!
 
Potwierdził i po chwili dodał.
 
Jak kamienie w toń rzucone, razem ze swą człą nadzieją, na dno morza.
 
To mit? - zapytaᐮ.
 
Pewnie mit. - odpowiedział.
 
Ale mit jest prawdą o myś czł! - powiedziaᐮ.
 
Tak.
 
Skoro tak, to mit jest dowodem na to, ៎ ci, ktrzy przed ponad dwu tysi𐗊 lat ten mit stworzyli, wiedzieli już ៎ nasza dzisiejsza podrż bᆝ moż. ើ czł bᆝ latał w przestworzu.
 
Po chwili zapytaᐮ.
 
Rozumiesz to?
 
Oderwał wzrok od coraz to bardziej kolorowej powierzchni ziemi i spojrzał przez chwilę na mnie, zastanawiajၜ się.
 
Nie bardzo. - przyznał w koᑌ.
 
Gdy pomyś o czynie Dedala i Ikara potraktowano go jako uosobienie ludzkiego przeczucia, ៎ jest to moż. - wyjaśᐮ - Marzenia ludzkie są przeczuciem ludzkiej możᖼ. Powstają w mzgu jako projekcja tego, co czł chciaᐫ osiąąć, bo przeczuwa, ៎ jest to moż.
 
Słł z uwagą, wiᆜ mwiᐮ dalej.
 
Czł nie marzy abstrakcyjnie. Marzy o tym, co był już udziaᐮ innego czł i o czym wie, ៎ został już osiąę, a tylko marzၜ nie mo៎ jeszcze tego dość, lub o tym, co zgodnie z posiadaną przez siebie, wstęą wiedzą o zjawisku uwa៊ już za moż, czyli jakby częᖼ poznane. Marzenie abstrakcyjne nie jest do pomyś z tego prostego powodu, ៎ niczego abstrakcyjnego nie ma!
 
Bo co znaczy sł abstrakcja?
 
Jest to pojᆜ okreś𐗎 zestawienie ze sobą istnień niemoż lub sprzecznych ze sobą. Tymczasem takich istnień nie ma. Wszystkie ze sobą harmonizują, a sprzeczne, czy lepiej powiedzmy - nie zharmonizowane - pozostają takimi tylko na razie. Chwilowo!
 
Albo ta harmonia wydaje nam się jeszcze niemoż? Ale to nie znaczy. ៎ niemożą jest w istocie!
 
Tak wiᆜ powstanie w umyś czł mitu, marzenia, pragnienia nawet jest projekcją rzeczy moż!
 
Co wi𑧎!
 
Takiej, ktra na pewno bᆝ! Bo to, ៎ czł ją pomyśł jest dowodem na to, ៎ jest.
 
Jest już!
 
Tylko nie jest nam jeszcze dostatecznie znana.
 
Mj Rozmwca zapytał.
 
Czym wiᆜ jest mzg czł?
 
Na to pytanie miaᐮ mu odpowiedzieć jeszcze nie w tej chwili, gdyż znowu stewardesa zaczęᐪ krᆜć się pośd nas, sprawdzajၜ czy pasy bezpieczeń mamy zapię, bo zbli៊ł się lၝ. Teraz nie moż już był rozmawiać, gdyż trzeba był wykonać stereotypowy szereg czynnoᖼ bᆝၜ począ nowej swobody.
 
Z lotniska nie udaliś się jednak w stronę ruin miasta, gdzie myś filozofw uśᐪ ludzkoᖼ, ៎ czł jest czymś wyją w stosunku do całᖼ wszechś, ៎ tworzy on rzeczywistoᖼ pozamaterialne i ៎ wᐪś to jest jego wᐪᖼᖼą jedyną i najważą - ៎ jest istotą, ktra mo៎ wiedzieć!
 
Nie!
 
Po pozostawieniu niepotrzebnych rzeczy w hotelu, kazaliś zawieźć się nad morze.
 
Nie na plażę, ale tam, gdzie szacowne ruiny moż był ogarnąć wzrokiem, skၝ wygl𐗚ł najpię, a gdzie niewygodne, zwykle strome i postrzę skał pozwalał cieszyć się szelestem nadpł𐗎 z daleka wody, jej chł udzielanym powietrzu.
 
Jechaliś przez miasto, niemal niczym nie przypominaj𐗎 naszego, z ktrego wyjechaliś kilka godzin temu. Inne domy, inne zgoᐪ śł sł, inny ruch na ulicach i inny rytm i nastrj miasta. Jedno tylko był takie samo jak u nas, jak wszᆝ na ś. Czł i jego sprawy!
 
Bo to, co etnografowie i wszelkiego rodzaju inni powierzchowni ludoznawcy akcentują jako rż miᆝ nami, jest tylko niewiele znaczၜą odmiennoᖼą wyglၝ zewnę i innych rwnie mał waż cech! Ludzie są bowiem podobni do siebie na tyle, ៎ moż mwić o gatunku ludzkim, o czł jako całᖼ. Mo៎ dlatego ludzkość odkryᐪ, ៎ w zasadniczym stopniu jesteś sobie rwni i poszukuje uzasadnień dla wynikajၜ z tego faktu rwnych dla ka𗳞 czł praw?
 
Ka៍ z nas wszᆝ, bez wzglᆝ na miejsce gdzie wyrsł czy gdzie się znajduje, jest nieograniczoną możᖼą. Wyją, wybranym i absolutnie niezbᆝ sk𔊭 całᖼ, choć w tej całᖼ jesteś trudnym do odnalezienia drobiazgiem!
 
Po drodze kupiᐮ na targowisku spory kawał owczego sera, trochę aromatycznych, śż jarzyn i spory bukᐪ ᐪ wina, ktre w tym klimacie lepiej gasi pragnienie niż woda, a dodatkowo zatrzymuje ją w organizmie i czł nie poci się nieznoś.
 
Teraz, siedzၜ mał wygodnie na ska𔊬 nadbrzeż, ubrania pozostawiwszy pod opieką cienia ostatniego z drzew rosnၜ nieopodal morza, zjedliś po sporym kawał sera i popiwszy winem postanowiliś ochłć nasze ciaᐪ w przezroczystej, mocno zasolonej wodzie.
 
Przyjemność ciaᐪ ludzkiego w kontakcie z przyrodą jest jego przyrodzonym, wynikajၜ z samej natury prawem. Nie ma bowiem nic sobie bliż, niż czł i otaczaj𐗊 go natura.
 
Przerwanie tego podstawowego kontaktu jest karygodnym czynem, toteż wciąż ponosimy za to karę. Potrzeba czegokolwiek innego poza otaczajၜą nas naturą jest naszym ludzkim wymysᐮ, stanowi jednak istotne i waż doś, zarwno nasze ja i całᖼ istnienia, ktrego jesteś przejawem. Doś takiej samej natury jak bl, cierpienie, zł!
 
Nie jest przeto doś zł czy niepotrzebnym!
 
Bo nic co istnieje nie niepotrzebne jest, choၻ zaistniał tylko przez chwilę.
 
Sens wszystkiego jest wszystkim! Wszystko jest z kolei sensem uniwersalnym - ale razem i w wᐪᖼ sobie harmonii.
 
Płś chwilę, by po oż krwiobiegu i usuniᆜ zmᆜ podrżą a tak៎ gwałą zmianą klimatu wrcić na niewygodne skał w celu dalszej rozmowy.
 
Znowu pozwoliᐮ memu Rozmwcy odnaleźć to miejsce mego opowiadania, ktre był dla niego najważ.
 
Czym wiᆜ jest mzg czł? - zapytał sadowiၜ się w pobliż cienia.
 
Ja siedziaᐮ niemal w peł słᑌ, gdyż nie czuᐮ nadmiernego gor𐗊, ale ponieważ byliś tu sami, nie potrzebowaᐮ natę៊ć gł by docierał doń bez trudu, gdyż spokojne i leniwe morze nie stanowił przeszkody.
 
Jest oknem i drogą! - odpowiedziaᐮ - Oknem, przez ktre mo៎ dostrzec to, co jest poza granicą naszej wiedzy! Wᐪᖼ chyba wszystko, bo tam wszystko jest jednią i mimo nieograniczonoᖼ wᐪᖼ nie istnieją niewiadome. Nie istnieją pytania, na ktre odpowiedzi trzeba by ż poszukiwać, odsᐪၜ jej fragmenty. Tylko od zdolnoᖼ mzgu zależ z jak wielką częᖼą istnienia mo៎ nawiąć kontakt.
 
Ale on - ten mzg - jest częᖼą owej całᖼ! Do niej należ! Wiᆜ wᐪᖼ jest oknem, przez ktre mgᐫś dostrzec wszystko, ale...
 
Przerwaᐮ.
 
Ten trud sł! Wiedziaᐮ, ៎ jedynie sygnalizuję to co chcę przekazać.
 
Prba ję!!
 
No cż!
 
Nie wypada najlepiej.
 
Ale nie wolno rezygnować.
 
Po to tu jestem. Po to w ogle jestem.
 
Walczyć, podjąć zmagania, a mo៎ uda się w jakimś niewielkim chocia់, ale istotnym stopniu pokonać barierę ograniczajၜą możᖼ.
 
Przecież gdy wyjaśᐮ memu Rozmwcy sens mitu zrozumiaᐮ rwnocześ, ៎ skoro podejmuję tę prbę, skoro uwa៊ ៎ jest moż jej powodzenie, skoro podejrzewam iż ję mo៎ wyra៊ć istotne informacje i tajemnice, to musi tak być w istocie!
 
Muszę tylko nauczyć się użć go w tym celu! On jest przecież rwnież częᖼą całᖼ, a wiᆜ musi mc mieć z nią kontakt!
 
Postanowiᐮ wiᆜ brnąć dalej bez wzglᆝ na skutki!
 
Przecież nasza podrż zaczęᐪ się już na dobre, wiᆜ nie wolno był tracić czasu, tracić wiary, ៎ ma ona sens - nie wolno był poddawać się zwą!
 
Mj Rozmwca rozumiał to chyba podobnie.
 
Widzၜ me zmagania z oporną materią sł, a pewnie też z powodu mych miernych sukcesw w tym wzglᆝ, niewiele rozumiał z tego co powiedziaᐮ, ale spokojnie pozwalał mi brnąć dalej i słł uważ, milczၜ.
 
Jest też drogą...
 
Staraᐮ się mwić z jak najwię namysᐮ, ważၜ niemal ka𗳞 sł, wyprbowujၜ jego odpowiedniość wobec treᖼ, ktrą staraᐮ się przekazywać, i staraᐮ się zachować spokj wobec napeł𐗎 mnie goryczy.
 
... drogą.. jest promieniem śᐪ po ktrym... ...Nie...!
 
...Jest strumieniem energii....
 
...Poczekaj chwilę.
 
Przerywaᐮ niekiedy by się zastanowić.
 
On starał się uspokajać mnie spojrzeniem, narastajၜ w nim spokojem, cierpliwoᖼą oczekiwania.
 
Mwiᐮ dalej.
 
No tak! Jest niewą rodzajem drogi, po ktrej moż iść dalej w poznaniu istnienia. Nic innego tej drogi nie stanowi. Nic też nie stanowi tego okna, przez ktre moż dostrzec to, co jest poza pᐪą, w ktrej owo okno się znajduje.
 
Przerwaᐮ na chwilę zmᆜ, choć chęć mwienia, chęć przekazania temu czł jak najwię częᖼ mej tajemnicy byᐪ odwrotnie proporcjonalna do zmᆜ i narastaᐪ we mnie bezustannie.
 
Nie martw się! - powiedział cicho - Jesteś blisko! A w ka៍ razie ja jestem blisko zrozumienia tego o czym chcesz mnie poinformować.
 
Jeś to moż, niech cię to uspokoi. Doda ci sił! Wiesz jak wielka jest siᐪ sł wobec sił mwienia? Te dwie sił się uzupełą!
 
Tylko niechęć zrozumienia tworzy mur, ktry cię mᆜ. Teraz nie ma tego muru. Przyzwyczaiᐮś się, ៎ musisz go przebijać sł.
 
Tak ź nie jest!
 
Dla mnie sł też niosą jedynie sygnał nie treść i wiem, ៎ jeś ich, tych sł słw nie uzupełę sobą, to wᐪᖼ miną mnie, stracę możść poznania co w sobie niosą.
 
Co niosą twoje sł, zależ rwnież od tego, jak ja je pochwycę! Ja chwytam je!
 
Staram się dodać im wszystko co posiadam, 𗳫 stanowił we mnie ....
 
Przerwał, a mo៎ raczej wyciszył się jego gł. Po chwili w swym skupieniu usłᐮ jego dźę jakby z oddali.
 
Mw spokojnie, jeś mo៎. Jeś chcesz!
 
Podjąᐮ jeszcze jedną prbę, ale tym razem postanowiᐮ podejść do sprawy z nieco innej strony.
 
Czy pomyśᐮś kiedyś o tym, ៎ twj mzg mo៎ spełć wᐪś takie funkcje? - zapytaᐮ.
 
Zastanowił się chwilę.
 
Chyba nie. - odpowiedział - Zwykle wydawał mi się, ៎ tak jak mnie uczono, mj mzg jest siedliskiem ratio, rozumu, tego wszystkiego co poddane reguł logiki, chł, niemal matematycznie uporzၝ...
 
Uporzၝ! To prawda! Ale ponad to ...
 
Prbowaᐮ przerwać mu, ale mwił dalej.
 
Czasem zastanawiaᐮ się nad tym czy wyobraź jest też jego funkcją! Czy w nim rodzą się też przeczucia, uczucia i to wszystko co stanowi istotę czł pozamaterialnego? Nie znaᐮ odpowiedzi na te pytania. Zdaje się, ៎ chcesz mi przekazać wiedzę o tym, ៎ wszystko to jest wᐪś dzieᐮ mzgu?
 
Na chwilę zamilkł.
 
Czy wiesz.. - skorzystaᐮ z tej przerwy w jego wypowiedzi, chociaż gotw byᐮ słć tego co mwił - ... ៎ ten mzg, ktry posiadasz...
 
...ktrym posł się...
 
...៎ nie posł się nim, tylko...
 
Poczuᐮ zmᆜ tak straszne, ៎ omal nie osunąᐮ się ze swej skał ku morzu.
 
...przy budowania logicznych konstrukcji.
 
Dokoᑌł zdanie, ktrego ja nie byᐮ w stanie w tej chwili dokoᑌć.
 
Tak. - potwierdziᐮ.
 
Chwilę odpoczywaᐮ.
 
On czekał cierpliwie, bo wiedział, ៎ jeszcze nie mo៎ przerwać naszej rozmowy w tej chwili.
 
Odzyskawszy nieco sił powiedziaᐮ.
 
Chciaᐫ, 𗳫ś zdał sobie sprawę z tego, ៎ najważą sprawą, ktrą dziś chciaᐮ ci przekazać jest to, ៎ z miliardw komrek mzgowych, ktre posiadamy - przecię czł uż jedynie niewielkiej ich częᖼ.
 
Reszta trwa w oczekiwaniu!
 
To wᐪś one - a ᖼś - włၜ tych aktualnie niewykorzystywanych częᖼ w całść pracuj𐗎 uk𔊭 - pozwalał ka𗳞 z nas docierać do tajemnic?
 
Przekraczać granicę struktury, wewną ktrej ż, dziaᐪ i myś?
 
Docierać do innych istniejၜ poza naszą... struktur całᖼ?
 
Teraz byᐮ zadowolony. Miaᐮ wra៎, ៎ zrozumiał co chciaᐮ mu przekazać.
 
Nie rozmawialiś wi𑧎!
 
Tylko jeszcze raz poddawszy nasze ciaᐪ zbawiennemu dziaᐪ morza, pozostawiwszy w nim nadmiar ciepᐪ zakumulowanego przez nasze ciaᐪ i ubrawszy się wrciliś do miasta, do hotelu, by po krtkim ś przejść do nastę rundy naszej rozmowy.
 
Sł𔓎 skrył się już za stoki pobliskich gr, gdy ockną się postanowiliś kontynuować naszą wᆝwkę.
 
Wybraᐮ coraz bardziej wyludniajၜ się rozległ cienisty plac u podn៊ gry. Szacowna starość otaczajၜ go kamienic i pię ich architektury sprzyjał osiąᆜ potrzebnego nam spokoju.
 
Wieczr był jeszcze ciepł, dla mieszkaᑌw pł nawet gorၜ, ale znoś dzię ᐪ wiatrom od morza napełၜ ulice i place.
 
Usiedliś na nadgryzionych z𑦾 czasu i nigdy nie naprawianych schodach fontanny. Jej szmer dodatkowo oddzielał nas od cichnၜ powoli odgłw miasta. Tylko niekiedy zbli៊ się tu przechodnie, zwykle turyᖼ, ale ci syci upał i jakby nim rozleniwieni, nie przeszkadzali nam w rozmowie, ktrą prowadziliś przecież w ję mał komu znanym.
 
Zresztą czł swą obecnoᖼą nie rozprasza mnie! Chyba, ៎ umyś stara się wedrzeć w mj ś agresywnym zachowaniem.
 
Mj Rozmwca rozluźł ciał wyciąၜ nogi na niż stopień schodw, a ł oparł o wyż, i czekał na pierwsze me sł.
 
Czy rozumiesz mnie? - zapytaᐮ.
 
Nie zawsze. - odpowiedział - Ale też na razie nie gubię się beznadziejnie w tym co mwisz. Wydaje mi się, ៎ podą៊ powoli za twoimi ś i nie pozostaję za daleko z tył.
 
To dobrze!
 
Powiedziaᐮ i postanowiᐮ teraz pozostać na gruncie oglnie znanym.
 
Wᐪᖼ sprawa jest prosta dla medycyny, fizjologii, biologii.
 
To, ៎ nie wykorzystujemy du៎ częᖼ mzgu nie jest dziś 𗲭 odkryciem. Mo៎ tylko problem polega na tym, ៎ nauka nie interesuje się zbytnio tym, dlaczego tak jest? A jeszcze mniej zadaje sobie trudu, by ten stan zmienić.
 
W powszechnym przekonaniu mzg nasz funkcjonuje już na tyle dobrze, ៎ daje ludzkoᖼ poczucie zadowolenia i satysfakcji z efektw jego funkcjonowania.
 
Ale pewnie nie tylko to zadowolenie powoduje, ៎ tak mał aktywnie zachowujemy się w stosunku do tej nieuż zazwyczaj częᖼ komrek.
 
Przyczyną podstawową jest chyba lę czł. Lę przed znalezieniem się w obszarze nieznanym. W obszarze, w ktrym nie wszystkie znane nam prawa mają zastosowanie.
 
Mo៎ słᐮś już o tym, ៎ gdyby podzielić mzg czł na dwie częᖼ - tę, ktra bezustannie dziaᐪ i tę, ktrą pozostawiamy jakby w spokoju - to okazał się, ៎ procesy przebiegaj𐗎 w częᖼ aktywnej są wsplne dla wszystkich, a wiᆜ charakterystyczne zarwno dla czł prymitywnego jak i dla najpotęż umysłw w historii cywilizacji!
 
Natomiast ta druga, ktrą pozostawiamy w spokoju, jest rwnie pasywna u prymitywa jak i u geniusza.
 
Geniusz też nie przekracza tej przestrzeni aktywnej.
 
On tylko swymi wielokrotnie bogatszymi od prymitywa procesami myś, a wiᆜ mzgowymi, tę przestrzeń aktywną jakby bardziej wypeł.
 
Toteż gdybyś teraz wyobrazili sobie, ៎ jeden i drugi uaktywnić potrafi tę pozostawioną w spokoju część, to obaj znaleź się na tym samym poziomie, gdyż obaj przekroczyliby jakąś symboliczną bramę ogrodu, w ktrym rosną roś rwnie mał znane profesorowi botaniki jak i robotnikowi budowlanemu.
 
Rozumiesz to?
 
Być mo៎! - powiedział - Ale mw dalej, jeś mo៎.
 
Dobrze! - kontynuowaᐮ wiᆜ - Gdy tak myśę - z jakiego powodu czł decyduje się pozostawać w przestrzeni oswojonej i nie przekraczać zbyt gwał jej granic, a tym samym korzystać nadal jedynie z aktywnej częᖼ swego mzgu, tę drugą pozostawiajၜ w spokoju - to uwa៊, ៎ przyczyna tego jest stosunkowo prosta. Kiedyś, rwnież i w tym mieᖼ, w ktrym teraz jesteś, zaczę ogarniać myśą, aktywnym umysᐮ, najbliżą czł część istnienia. Tę część struktury całᖼ, albo ten typ struktury częᖼ samodzielnej w ramach całᖼ, do poznania ktrej wᐪᖼ jest ta wᐪś, aktywna część naszego mzgu. Zaczę ogarniać, poznawać, nazywać, potem opisywać tę formę mutacji całᖼ energii, ktrą jest nasz ś materialny...
 
Gwał wpadł mi w sł.
 
Formę mutacji całᖼ energii! Zatrzymaj się! Nie rozumiem!
 
Po៊łᐮ natychmiast, ៎ użᐮ tego sformuł, bo zdaᐮ sobie sprawę, ៎ rzeczywiᖼ nie mo៎ tego teraz zrozumieć i odcią go tym samym od zaplanowanego przeze mnie głwnego tematu naszych dzisiejszych rozwa៊ń. Chciaᐮ przecież uporać się tylko z fizjologicznym aspektem naszego mzgu. To też sprbowaᐮ się wycofać.
 
Przepraszam cię! Wrcimy do tego kiedy indziej. Pozwl, ៎ teraz zostawię ten temat na boku. Chcę skoᑌć o mzgu.
 
No dobrze. - zgodził się trochę niechę.
 
Kontynuowaᐮ wiᆜ przerwany przez nieuwagę temat.
 
A wiᆜ w pewnym momencie zaczęł się poznawanie przez czł tej struktury, albo tej jej częᖼ, ktra jest ś materialnym, ś dajၜ się poznać za pomocą zmysłw i nastę racjonalizować za pomocą tej wᐪś częᖼ mzgu.
 
Ale trzeba tu zwrcić uwagę na to, ៎ takie poznanie, czy też poznanie tego wᐪś - nie był pierwszym poznaniem, jakiego dokonywał czł. Zdaje się nawet, ៎ wcześ niż zaczął zastanawiać się co też dotyka, widzi, sł, o co rani swe stopy, czego się boi - sferą jego zainteresowań był ś, ktry dziś nazywamy niematerialnym, mistycznym, tajemniczym. Czł prbował wcześ poznać tajemnicę wyż rzᆝ, sł podejrzewajၜ, albo po prostu z natury swej wiedzၜ, ៎ ona wᐪś kryje w sobie wszystkie odpowiedzi na szczegł pytania, dotycz𐗎 tego co nas otacza.
 
Ale w pewnym momencie zainteresowania ludzkie zaczęł się rozwijać w znanym nam dziś kierunku, w ramach tej wᐪś struktury. Tamte - bardziej zasadnicze, wyż rzᆝ - odeszł, zatrzymał się, zaczęł powoli być wypierane przez inne. Przez zainteresowania typowe i dziś dla naszego pokolenia. Przez pytania, jakie do dziś stawiają sobie uczeni.
 
Osobiᖼ widzę w tym dramat czł, ktry zszedł z najkrtszej drogi poznania, na gorszą, mniej skuteczną, wyznaczoną poni៎ poziomu ludzkich możᖼ.
 
Mo៎ na tym polegał to, co chrzeᖼ i mozaiᖼ nazywają grzechem pierworodnym? Albo jest to kara, ktrą za jakiś grzech Bg zesᐪł na ludzkość. Odepchnął ją od zainteresowań zasadniczych.
 
Teraz zwrć uwagę na to, ៎ dalej już wszystko uk� się logicznie. To znaczy, wedł stosowanych do dzisiaj logicznych schematw.
 
Czł poznajၜ otaczajၜą go strukturę, strukturę wᐪᖼą rwnież jego ciał, nie mzgowi, odnosił na tej drodze szereg wielkich sukcesw. Poznajၜ tę strukturę nauczył się ją opanowywać, poznawał i opisywał rzၝ𐗎 nią prawa i mechanizmy rozwoju.
 
Oswajał tę strukturę.
 
Powoli stawaᐪ się ona znanym mu i coraz skuteczniej wykorzystywanym obszarem. Czuł się w niej coraz bardziej panem, czuł się w niej coraz bardziej bezpiecznie.
 
Ale stawał się też coraz bardziej więź swego wᐪ pań. Coraz bardziej zapominał o istnieniu, z ktrego zszedł ni៎, ktre pozostawił, od ktrego aktywnoᖼą swą stale się oddalał.
 
Czy był przez to szczęś?
 
Częᖼ pewnie tak!
 
Mamy wiele ś w naszej kulturze mwiၜ o tym, jak wiele radoᖼ mo៎ dawać czł odkrywanie poszczeglnych praw rzၝၜ strukturą najbliżą jego ciał. Dokonywał przecież przez wieki gigantycznego dzieᐪ, ktre jednak przyrwnać moż do zgłᆛ najbardziej drobiazgowych tajemnic cegł.
 
Ale tylko cegł!
 
Czy z tej wiedzy wiele wynika dla procesu poznania zasad budownictwa, kształ, architektury całᖼ budowli, ktrej cegᐪ ta jest zaledwie niewielką cząą?
 
Co gorsza!
 
Cząą banalnie podobną do niezliczonej iloᖼ innych cegieł. W tym sensie wiedza nasza dotyczy już stosunkowo du៎ obszaru naszego istnienia, ktre porwnać moż do wielkiej budowli. Ale przecież w zachwycajၜ pię, niezwykle złż i w peł funkcjonalny gmach całᖼ nie jest jedynie sumą sk�ၜ się nań cegieł! Przecież nie! Gdyby tak był, byᐫ jedynie jakąś nieuporzၝą kupą tych cegieł. Tak przecież nie jest!
 
Niemal krzyczၜ teraz ze zmᆜ, chcၜ jednak za wszelką cenę przezwyciężć wyczerpanie i dobrnąć do ko𔓊 myś, mwiᐮ dalej.
 
Uk𔊭 ka𗳞 z tych cegieł w stosunku do wszystkich pozostał ma głᆛ sens. Przyczynę! Dlaczego ułż je tak a nie inaczej? Czy wiedza o cegle, nawet najdok𔊭, najbardziej dogłᆛ, mwi nam coś o tym wszystkim?
 
Koᑌၜ dodaᐮ już cicho i jakby do siebie, bo miaᐮ nadzieję, ៎ mj Rozmwca zrozumiał o co mi chodzi.
 
Zapewne niewiele.
 
Po krtkiej chwili dodaᐮ jeszcze, ale już bez poprzedniej emocji.
 
Tak wiᆜ mzg nasz, funkcjonujၜ jak gdyby wewną struktury, zaczął poznawać w koᑌ wyłၜ swe wᐪ dzieᐪ. A radoᖼ z ka𗳞 dokonanego odkrycia zaczął towarzyszyć coraz częᖼ smutek.
 
Tak!
 
Smutek!
 
Bo przecież ta druga, pozostawiona przez nas w spokoju część mzgu wysyᐪ nam czasem sygnał o tym, do czego jest zdolna. Sygnalizuje, ៎ wzbogacajၜ naszą wiedzę - jednocześ coraz bardziej ją ograniczamy.
 
Idၜ w kierunku przeciwnym od upragnionego! - dodał mj Rozmwca gdy już zamilkᐮ na dobre.
 
Milczał też chwilę, po czym powiedział jeszcze.
 
Ten smutek! To zmᆜ i pragnienie, ktre odczuwamy coraz bardziej....
 
I on tak៎ szukał teraz słw czy obrazw, za pomocą ktrych chciał przekazać mi swą myś i czuł, ៎ prba ję jest męą.
 
Znalazł coś, wiᆜ dokoᑌł.
 
Widzę nas jako istoty, ktrym przywią do pasa jakąś gumę i ktre nie wiedzၜ czemu starają się iść w kierunku przeciwnym jej przycią. Nasz upr jest zadziwiajၜ. Im dalej wiᆜ idziemy obraną przez siebie drogą, tym wię zmᆜ...
 
Jeszcze chciał jakby coś powiedzieć, ale zrezygnował, uznajၜ być mo៎, ៎ obraz, ktry namalował sł był wystarczajၜ.
 
Nie mylił się.
 
Czy rozumiecie na czym polega zmᆜ, o ktrym wam opowiadam?
 
Jest to zmᆜ wynikaj𐗎 z lę. Z lę, ៎ podję prba jest chybiona, ៎ sł nie dają rady, ៎ nie tylko nie odsᐪą istotnej rzeczywistoᖼ, ale grożą jej jeszcze wię pogrą៎ w chaosie, ៎ mogą ją skompromitować przez jeszcze wię niezrozumienie.
 
Toteż to co powiedział na koᑌ mj Rozmwca, sprawił mi niewypowiedzianą ulgę. Sł te znaczył, ៎ obawy moje był przesadne, ៎ udał mi się jednak nie zmarnować czasu. Wydawał się, ៎ myś jego zaczyna przyjmować kryteria coraz bliż istotnym.
 
Dostrzegł moje zmᆜ, wiᆜ zapytał.
 
Mo៎ chcesz wody? Zabraliś przecież ze sobą butelkę.
 
Daj.
 
Dopiero jego pytanie uśł mi, ៎ w ustach miaᐮ nieprzyjemną suchość, a ję przypominał kawaᐮ koksu, jakbym wypalił dwieᖼ papierosw.
 
ᐚ chłd pł sprawił mi prawdziwą przyjemność. Podszedᐮ też na brzeg fontanny i zanurzyᐮ w niej r𑧎 po ł. To przywrcił mi po chwili normalne samopoczucie.
 
Chodź! Zanurz r𑧎! To przywraca śżść.
 
Posłł mnie i klᆜś chwilę na wilgotnych kamieniach, pochyleni głᆛ do przodu, studzၜ płၜą w ż𔊬 krew, ktra rozprowadzaᐪ po ciele tak potrzebny chłd.
 
Sł𔓎 już zaszł zupeł i ś pogrążł się w ciemnoᖼ rozjaś tu w mieᖼ śᐮ latarni. Bryza od morza też ustaᐪ. Powietrze stał ciepᐮ i ᐪ.
 
Tu, na poł, nie zmieni się to do ś.
 
Wracaᐮ do hotelu rozluź i zadowolony ze spᆝ dnia. Popoł prba ję daᐪ mi wi𑧎 spokoju niż ta podję wcześ nad morzem. Toteż gdy tylko zamknąᐮ za sobą drzwi mego pokoju, poczęᐪ ogarniać mnie niesamowita senność. Myśᐮ jeszcze trochę o tym, czy i on pogrąż się w sen? Czy jego przestrzeń też jest peł spokoju?
 
Zasnąᐮ jak kamień.

 

PODRŻ DZIEŃ DRUGI.

MZG I SIEĆ.

Pierwsza noc w czasie naszej podrż nie byᐪ dł.
 
Samolot, ktrym mieliś przenieść się na miejsce naszej kolejnej rozmowy, odlatywał wcześ, nastę kurs zaplanowano dopiero na popoł. By nie tracić niemal caᐮ dnia wybraᐮ wiᆜ ranny.
 
Wybraᐮ wiᆜ ranny.
 
Spaliś obaj dobrze, wiᆜ gdy rześ i wesł zszedᐮ do sali ś zastaᐮ już w niej mego Rozmwcę w rwnie dobrej formie.
 
Ranek był tak samo ciepł jak noc, ale ponieważ przed ś spadł lekki deszcz, a wschodz𐗎 sł𔓎 jeszcze nie przemienił jego skutkw w parę, ogrd otaczajၜ nasz hotel pachniał niesamowicie tysi𐗎 rż kwiatw i roś, zapraszajၜ poza mury budowli. Ponieważ byᐪ taka możść (na tarasie też ustawiono kilka stolikw, a od tarasu salę jadalną dzielił tylko szerokie na całą dłść ᖼ rozsunię teraz na oᖼż szklane drzwi) zaproponowaᐮ byś się tam przenieś. Zgodził się ochoczo. Jedliś niczym w raju, w rześ jeszcze powietrzu wśd oszaᐪ𐗎 feerii barw otoczenia.
 
Nawet maᐮ i tanie hotele, a do takich nale៊ł ten, ktry dla nas zamwiᐮ, mają w tej częᖼ ś niepowtarzalny urok. Są spokojne i ᐪ. Mo៎ dlatego, ៎ są maᐮ i mieszka w nich naraz niewielu ludzi, nie tracą swego nastroju? Ich dodatkową zaletę stanowią wᐪś wspaniaᐮ ś. Soki owocowe są śż wyciśę, gdyż w peł lata okoliczne wsie dostarczają miastu tak duż i tak tanich owocw, ៎ wᐪᖼ hotelikw nie op� się kupować sokw w masowych wytwrniach. Te są droż. Podobnie rzecz się ma z innymi produktami - serem, masᐮ, mlekiem, wᆝ. W tym klimacie wszystko szybko się psuje, wiᆜ albo trzeba trzymać pod pr𐗞 kosztowne chł, ktre dodatkowo zbyt haᐪą, by instalować je w mał budyneczkach, majၜ jednak zapewnić goᖼ dobry i spokojny sen, albo korzystać z usł codziennych dostawcw, ktrzy proponują produkty w du៎ częᖼ powstaᐮ w cią minionej nocy.
 
Już za parę godzin mieliś znaleźć się we w� zgoᐪ odmiennej kuchni, toteż korzystaᐮ z dobrodziejstw porannego stoł, jak dzikus, ktremu wydaje się, ៎ po raz ostatni dana mu jest taka obfitość poż. Nie znaczy to bym postanowił się nieprzyzwoicie objeść, wtłć w siebie jakąś niesamowitą ilość wᆝ, serw, czy pieczywa. Nie! Mię i jego przetworw jem zazwyczaj mał, ser owszem, toteż zjadᐮ tu sporą porcję koziego twarogu z zioᐪ i niewielki placek pachnၜ doskonałą oliwą! Ale istne spustoszenie staraᐮ się zrobić pośd owocw i cudownie schł, aromatycznych sokw, ktre wspaniale mieszają się ze śż jogurtem, rwnie jak one smacznym.
 
Dietę taką trzymam szczeglnie uważ w czasie upalnego lata, a tak៎ w podrż. Taki zestaw pokarmw nie obcią៊ przesadnie organizmu, nie czyni czł niepotrzebnie ospał, ocię៊ł i sennym. I zawsze ze zdziwieniem patrzę na wielu turystw, ktrzy czują się zawiedzeni brakiem mię, cięż kie𔊺 czy pasztetw na porannym stole i tracą wielką część zadowolenia, ktre powinno towarzyszyć porannemu posił.
 
Szczęś tym razem nie był takiego towarzystwa dookoᐪ.
 
Kilka stolikw dalej jacyś starsi ludzie przygotowywali się wᐪś do opuszczenia ogrodu, inni jeszcze widać spali, pki upał i tak nie powygania ich z ł៎ i nie popᆝ do klimatyzowanych autobusw wiozၜ na zaplanowaną wycieczkę lub nad morze.
 
Posileni i w doskonał nastrojach zarzuciliś swe torby na ramię i tanią tu w porwnaniu z naszym miastem takswką udaliś się na lotnisko.
 
W czasie lotu trwaj𐗎 niewiele ponad dwie godziny nie rozmawialiś prawie, poza konwencjonalnymi pytaniami i odpowiedziami typu - Spaᐮś dobrze? - Owszem. A ty? - Też dobrze. Dzięę! - i tym podobnymi.
 
Tylko gdy samolot począł zni៊ć lot i widać już był brzeg morza, nad ktrym przelecieliś, poprosiᐮ mego Rozmwcę, by popatrzył przez okno w dł. Lၝᐮ na tym lotnisku już kilka razy i wiedziaᐮ, ៎ warto zapamięć moment, gdy samolot jakby wpł w potężą gardziel tej jednej z najwię rzek ś, ktrej ujᖼ przypomina w tym miejscu niemal drugie morze, tylko ustawione prostopadle do mijanego.
 
Przed wiekami nad tą wielką rzeką powstaᐪ potęż kultura! Dziś pozostaᐪ w rwnie potęż zabytkach; w gigantycznych budowlach, legendzie i książ, wspomagajၜ ludzką pamięć.
 
ᐚ minęś jasnożłą toń i rwnie ᐪ powrciliś na ziemię w niewielkiej odległᖼ od jej brzegu.
 
W tym mieᖼ takswki kosztują wi𑧎 niż przelot, ktry wᐪś mieliś za sobą i tylko tym rżą się od autobusw, ៎ są czę klimatyzowane. Chcę przez to powiedzieć, ៎ ich szybkość przemieszczania się po tym nieprawdopodobnie ż, ruchliwym i potęż mieᖼ wcale nie jest wię od autobusowej. Po prostu w tym tł nie moż jechać szybciej czy wolniej. Jedzie się tak jak wszyscy. Wsplny rytm poruszania się w okreś kierunku jest chyba jedynym przejawem solidarnoᖼ mieszkaj𐗎 tu spo𔋬ń, ktre zawsze był na tym terenie niezwykle rozwarstwione. Ż tu chodzၜ nad brzegiem rzeki bogowie i ci, ktrych ż zadaniem był przemieszczanie niewyobra៊ wielkich i cięż kamieni, ujarzmianie rzeki czy prymitywna uprawa ż roli. Od boga do niewolnika! A dalej od rzeki - nieprzebyta, zdawał się martwa pustynia.
 
A wiᆜ nie marnujၜ pieniᆝ na mał tu użą takswkę zajęś miejsce w autobusie linii lotniczej, ktrą przylecieliś i wyruszyliś w głၛ innego kontynentu. Podrż nie byᐪ przyjemna z racji nadmiernej w stosunku do wielkoᖼ pojazdu iloᖼ wspł៎w, ale nie trwaᐪ też dł, gdyż hotel zarezerwowaᐮ nie w centrum miasta molocha, ale jakby dalej od niego, na poł, gdzie widać już był pustynię. Znajdował się on jeszcze blisko rzeki, pośd palm i rozłż sykomor. Toteż nasz autobus otarł się jedynie o zatł skraj stolicy, co pozwolił nam dotrzeć do celu w nienajgorszej formie i stosunkowo wcześ.
 
Ponieważ z wielu wzglᆝw ką w rzece jest absolutnie niemoż, skorzystaliś z hotelowego basenu i ruszyliś przez łąę porosłą pożłłą trawą na brzeg.
 
Dziś rwnież postanowiᐮ poczekać, aż mj Rozmwca da sygnał do rozpoczᆜ opowiadania.
 
Nie czekaᐮ dł.
 
Skoro tylko odeszliś od hotelu na tyle, ៎ w przestrzeni utonęł już dźę rozwrzeszczanego radia rozweselaj𐗎 użw basenu amerykań rockami z lat pięၽą, poprawił na gł sł kapelusz i zapytał.
 
Myś ៎ jesteś dobrym czł?
 
Nie jest dziś ᐪ odpowiedzieć na takie pytanie. Toteż prbowaᐮ najpierw uniknąć rozmowy na ten temat.
 
Nie wiem! Myśę, ៎ nie jestem zł. Nikomu nie robię krzywdy... To duż.
 
Ale wyraź nie dawał za wygraną i jego ton stał się nieco bardziej natarczywy.
 
Nie wykr𑧊 się! Myś tak o sobie czy nie?
 
Myśę, ៎ jestem tak samo dobry jak ty!
 
Staraᐮ się nadać mym sł brzmienie ostatecznej odpowiedzi, ale zaraz zrozumiaᐮ, ៎ ᐪ się nie wykrᆜę.
 
Jak wszyscy ludzie! - dokoᑌᐮ.
 
Jak to, jak wszyscy? Przecież są lepsi i gorsi. Są nawet ź, bo robią innym krzywdę. Mordują, zabijają, mᆜą zwierzę!
 
Wszystko co istnieje jest dobre! - powiedziaᐮ szybko.
 
Ale przerwaᐮ na chwilę, poszukujၜ gorၜ słw, ktre był dla niego jasne.
 
Czł jest - przecież mwiliś już o tym - tylko częᖼą tej wielkiej całᖼ, ktrą nazywamy wszechś. Nie mo៎ być od niego ani gorszy ani lepszy. Czy noga mo៎ być lepsza od rę, albo od ucha? Wszystko co dobrze speł swe zadanie jest dobre i nic niczego nie mo៎ w swych podstawowych funkcjach zastąć. Ale też nie mo៎ wyłć się od swego zadania! Gdy całść chce to rę musi coś uchwycić, a noga zrobić krok. Gdy rę zechce pociąąć za ucho, to ono musi zaboleć. To wszystko jest ze sobą zwią w sposb konieczny. Tak samo czł bᆝၜ częᖼą wielkiej całᖼ speł w niej swą rolę i nie mo៎ się od niej wymigać. W tym sensie wszyscy ludzie są sobie rwni, chociaż jedni spełą swe zadanie lepiej, inni gorzej.
 
A wiᆜ są lepsi i gorsi.
 
To zależ jaką miarą mierzymy. Jeś zastosujemy kryteria moralne, a wiᆜ kryteria ktre więść ludzi stosuje, do ktrych się przyzwyczaiᐪ, to pewnie są pośd nich i lepsi i gorsi. Ale czy to są na prawdę jedyne kryteria, ktre istnieją? Ktre istnieć mogą?
 
Są inne? - wyraź się ożł.
 
Czy są? Myśę, ៎ przynajmniej mogą być!
 
Zaniepokoiᐮ się nieco czy nie wpadam w puᐪę i czy tak lapidarne stwierdzenie nie zrobi mu przysł wody z mzgu, czy nie zechce on pomyść, ៎ kwestionuję znaczenie dorobku etyki, ktrą ludzkość z takim trudem stworzyᐪ w cią wiekw. Powiedziaᐮ wiᆜ pospiesznie.
 
Ale nawet jeś są, to nie unieważą one kryteriw oceny tego, co dobre i zᐮ w naszym postę. Jeś są, to zawierają w sobie i te zasady ktre wszyscy znamy, bo one też są dobre.
 
Nie uciekaj! Dopowiedz do ko𔓊. Przecież widzę, ៎ znasz jeszcze inne kryteria oceny dobra i zᐪ. Nie ka៍ czł wierzy w to, ៎ wszystko co istnieje jest dobre
 
Zᐪł mnie. Już dalej nie byᐮ w stanie się wykr𑧊ć. Zresztą czy nie po to wᐪś zgodziᐮ się na tę podrż, by opowiedzieć mu mj ś? By mu go udostęć. Aby mgł podobnie jak ja poznawać niepoznane.
 
Powiedziaᐮ wiᆜ.
 
Owszem! Wiem ៎ istnieją i inne kryteria oceny tego co się dzieje, co jest dookoᐪ nas. Ale zależ to od tego, z jakiego punktu na to wszystko patrzymy. Pamię jak zdziwiᐮś się widokiem placu przed ratuszem, gdy weszliś na tę wysoką wieżę? Zdziwiᐮś się, bo znaᐮś ten plac tylko z doł. Wiedziaᐮś jak on wygl𐗚 gdy się po nim chodzi, gdy siedzi się w mgie𔋎 mgł rozpryskuj𐗎 się z fontanny chł wody, gdy kłci się z przekupkami, podsł rozmowy przechodniw, zachwyconych ratuszem turystw, gdy zagl𐗚 się w oczarowane oczy dzieci, zafascynowane widokiem kolorowych, krᆜၜ się figurek. Tam na dole wszystko jest na wyciąᆜ rę, wszystkiego moż dotknąć, wszystko jest dobre, pię i gdy ś sł𔓎 nawet policjant wydaje się przyjacielem zł, a zł traci czasem ochotę na kradzież, bo też potrafi się zachwycić placem przed ratuszem i jego wspaniałᖼ. Plac ogl𐗚 z wież jest też pię i zachwycajၜ. Bo taki jest w istocie. Ale jest przecież inny. Inny do tego stopnia, ៎ aż krzyknąᐮś ze zdumienia, gdy spojrzaᐮś po raz pierwszy w dł.
 
Zamyśł się, ale twarz rumieniᐪ mu się coraz bardziej. Widać wzbieraᐪ w nim ochota, by zrozumieć o co mi chodzi. Mwiᐮ wiᆜ dalej.
 
Przypomnij sobie, jak zachwycił cię z tej wież widok ulicy Biednej. Cieszyᐮś się jak dziecko pokazujၜ mi niezwykle kolorową bieliznę wiszၜą na przyokiennych sznurkach. Pamię jak lśᐪ w słᑌ woda pł𐗊 jej ś? Wygl𐗚ᐪ jak strumyk! Zachwycony, pokazywaᐮś mi przepię, kolorowe, jakby przez wielkiego malarza zaprojektowane frontony domw i dachy o ᐪ brą odcieniu.
 
Potem poszliś tam. Na ulicę Biedną! Pamię jak cię przeraziᐪ? Na przyokiennych sznurach wisiał podarte 𔊬, ktre gdy zaszł już sł𔓎 nie wstydził się swej brzydoty. Ś płął przecież nie strumień, ale peᐮ nieczystoᖼ, zupowaty szlam kanalizacyjny odprowadzajၜ ᖼ ulicy Biednej wprost do rzeki. Wzory na frontonach domw zaprojektował nie wielki malarz, ale ubstwo mieszkaᑌw, a wykonał grzyb, liszaj tynkw i niezdrowa wilgoć. ᐚ kolor dachw okazał się zgnilizną od stuleci nie zmienianej, na pł mchem przerośę dachwki.
 
A przecież zmienił się tylko punkt, z ktrego na to wszystko patrzyliś! Czy zmienił się plac przed ratuszem, czy zmieniᐪ się ulica Biedna? Czy to wszystko stał się przez to gorsze lub lepsze, pię lub brzydsze? Nic podobnego! Został tylko inaczej przez ciebie dostrzeż.
 
Tak samo jak z tym widokiem i jego urodą i brzydotą - jest z dobrem i zᐮ. Zależ skၝ się na to patrzy.
 
Coś zdenerwował go w mojej wypowiedzi, wiᆜ zapytał gwał.
 
Czyli zbrodnia, gdy ktoś kogoś zabija, ogl𐗚 z tego twojego innego punktu widzenia mo៎ nie być zbrodnią?
 
Nie jest ᐪ odpowiadać na takie pytania!
 
Gdybym znał sł niezbᆝ do opowiedzenia o tym o czym wiedziaᐮ, a o czym mj Rozmwca nie wiedział! Przez chwilę ogarnął mnie nieprzeparty ៊, ៎ słw tych nie znam. ើ bywam na wie𗲬 ratuszowych z ktrych widzę... to wszystko co... a zszedł na dł nie umiem o tym opowiedzieć.
 
Poczuᐮ zmᆜ, ale zaraz pomyśᐮ sobie, ៎ muszę je przecież opanować, ៎ po to pojechaᐮ w tę podrż by te sł w koᑌ odnaleźć. Czy one istnieją?
 
Na pewno!
 
Tylko gdzie? Gdzie ich szukać? Jak?
 
Mo៎ jeszcze tylko tego nie wiem!
 
Jak?
 
Ale trzeba prbować!
 
Tego wᐪś nauczyᐮ się na wież, tam, wysoko!
 
Powiedziaᐮ.
 
Nie mj drogi! Krzywda wyrzၝ czł przez czł jest zawsze krzywdą a zbrodnia zbrodnią. Ale są miejsca, z ktrych zbrodni nie widać, bo z tego punktu widzenia ona jest niemoż!
 
Przerwaᐮ na chwilę sam speszony tą wypowiedzią, ale zdaᐮ sobie sprawę, ៎ tak wᐪś jest, ៎ mimo jakiejś nielogicznoᖼ tego zdania jest ono zbudowane poprawnie, ៎ zawiera wᐪś to co chciaᐮ powiedzieć, co wiem, chociaż w mowie, ktrą się posłę jest to niezrozumiaᐮ. Powtrzyᐮ wiᆜ szybko.
 
Z wielu punktw widzenia zbrodnia jest niemoż. Bo przeczy harmonii, ktra jest.
 
Gdzie? - mj Rozmwca niemal krzyknął.
 
Tam!
 
Odpowiedziaᐮ niemal odruchowo, ale spostrzegᐮ, ៎ on jakby przestraszył się tego sł, wiec szybko dodaᐮ.
 
Tu!
 
W trwaj𐗎 przez uᐪ sekundy ciszy, ktra teraz nas rozdzieliᐪ, zrozumiaᐮ, ៎ muszę coś powiedzieć, coś co on zrozumie, po to, by cał mj dotychczasowy trud nie poszedł na marne, by nie przemienił się w krzywdę, ktrą wyrzၝᐫ temu czł na zawsze, bo pomyśᐫ, ៎ chciaᐮ go oszukać, ៎ w moich sł kryje się fał, zdrada.
 
Tam i tu! - wykrzyknąᐮ.
 
Nie byᐮ zadowolony z tego, ale on jakby uspokoił się! W jego spojrzeniu odnalazᐮ najpierw napięą uwagę, a potem zaciekawienie, jakby znowu zaczął rozumieć o czym mwię.
 
Chwilę milczeliś oboje.
 
Nasze spojrzenia powᆝł ku miastu, ktre sł𔓎 obdarzał coraz dłż cieniami. Poczuᐮ, ៎ moje nagie stopy ogarnia chłd pł𐗎 pod nimi wody. On też wyciąął nogi na brzeg i przesuną się pod pień sykomory, oparł się plecami o jej ᐪą chropowatość, nie patrzၜ na siebie rozmawialiś dalej.
 
A wiᆜ byᐮś tam? - zapytał.
 
Znowu, poczuᐮ bl, jakby pytanie tego czł był niewypowiedzianie cienkim oszczepem, ktry przeszył moje ciał.
 
Tam?
 
Czy to sł cokolwiek znaczy? O co on pyta?
 
Ale przecież to ja sam powiedziaᐮ - tam i tu, czyli gdzie?
 
Ja wiem gdzie, ale o czym on myś?
 
Czy czasem nie zmierza w inną stronę niż chciaᐮ go skierować, poprowadzić, zdradzić tajemnicę, ktrą przecież po to wᐪś posiadᐮ by się nią dzielić, by słżᐪ innym ludziom, takim jak on wᐪś. Zwykł, normalnym, takim jakim i ja byᐮ... jestem do cholery... a wiᆜ wszystkim!
 
Bo przecież mogę dalej żć jedynie pod warunkiem, ៎ uwierzę w to, ៎ nie jestem mutantem, ៎ moje możᖼ są możᖼ czł z krwi i koᖼ. ើ ka៍ z nas je posiada i problem tylko w tym, by ka៍ chciał je w sobie odnaleźć, odkryć, ujawnić przed sobą samym, przed swoim organizmem, umysᐮ, by je uszanował. By porzucił stan biernego reagowania na bod𗫎, nawet nie na ś! Bo reakcja na ś, czyli na to co jest jego istotą już jest uczestnictwem w jego tworzeniu.
 
Uczestnictwo jest tworzeniem!
 
Bycie jest tworzeniem!
 
Przecież ka៍ musi istnieć, wiᆜ na czym polega to, ៎ tak wielu ludzi wᐪᖼ nie istnieje?
 
Nie odpowiadaᐮ przez chwilę, wiᆜ niecierpliwość kazaᐪ mu powtrzyć pytanie.
 
Byᐮś tam, gdzie nikt z nas nie był?
 
Nie!
 
Wyrwał mi się, jak bunt przeciw herezji, przeciw insynuacji, przeciw robieniu ze mnie mutanta, odmie𔓊, kogoś innego niż jestem, niż on jest, niż oni są, ale opanowawszy gorycz dodaᐮ.
 
Byᐮ tam, gdzie wszyscy jesteś, gdzie ty jesteś też, tylko nie wiesz o tym, bo...
 
Wiᆜ nie umarᐮś i nie przyniosᐮś tu z powrotem tej wiedzy z .....
 
Zamilkł i zaczął zastanawiać się jakby tu dokoᑌć przerwane pytanie.
 
Tym razem poczuᐮ radość, ៎ nie muszę mu tłć, iż to co zwykle okreś się w gazetach jako wiedzę uzyskaną po ś klinicznej, ៎ to wszystko co mwi się na ten temat jest głą, bo tego wszystkiego moż się dowiedzieć nie umierajၜ. Radość moja wynikaᐪ stၝ, ៎ mj Rozmwca być mo៎ zaczął wᐪś rozumieć wagę wypowiadanych słw i począł się nad nimi zastanawiać, rozumiejၜ, ៎ nieodpowiedzialne ich uż nie przybliż nas do porozumienia się, ៎ mo៎ nam tylko zaszkodzić, zniweczyć nasze wysił, zabić.
 
Bo przecież przesadne zaufanie do ję ktrym się porozumiewamy jest począ niewiedzy, błᆝ. Błᆝ wiary, ៎ wszystko co istnieje moż zamknąć w sł jak w puszkę, pudeł - jeś są pię to nawet w kasetkę, puzderko, jeś są cenne to w skarbiec, kasę pancerną, ogniotrwałą ze stali albo zł - wszystko jedno!
 
A przecież jest zgoᐪ inaczej!
 
To wᐪś sł są w stanie nas oszukać, wyprowadzić w pole. Nie moż w nich zamknąć niczego z tego, co jest rzeczywistoᖼą, o ktrej wiem ៎ jest. To one wᐪś mogą zamknąć nas w niewiedzy, w błᆝ, zamknąć jedynie w tym ś, ktry jest najbli៎ nas i ktry znamy. Prymitywnie najbli៎ - niemal jak koszula ciał. To wᐪś znane nam sł są w stanie zamknąć nas w tym mał ś jak w pudeł, w kasie pancernej, w puszce. Jeś nam w tym ś, a wᐪᖼ ś, dobrze, to nawet nazwiemy to kasetką, puzderkiem, cackiem, ktre zawsze jednak pozostanie zamkniᆜ, wię, celą.
 
A przecież istniejemy dla wolnoᖼ, otwarcia, swobody. Dla przekraczania horyzontw, św, rzeczywistoᖼ! Dla poznania tego, co niepoznawalne. Tego, co jest poza naszą skromną wiedzą, a raczej wielką, naburmuszoną, pyszną i nadęą niewiedzą, ktrą przyzwyczailiś się wiedzą nazywać.
 
Sokrates odkrywszy to zakrzyknął wielkopomne - Wiem, ៎ nic nie wiem! - i byᐪ w tym zawarta prawdziwa wiedza.
 
Bo przecież rzeczywistość, ktra nas otacza jest nieskoᑌ bogata, a przede wszystkim ma strukturę, o ktrej nie sposb orzekać za pomocą uż powszechnie narzᆝ nieodpowiednich do tej struktury. To tak, jakby za pomocą szczekania psa, nawet najbardziej bogatego w dźę, ktre sł, usiłć przekazać ptakom treść einsteinowskiej teorii wzglᆝᖼ, czy twierdzenia Pitagorasa.
 
Miaᐮ nadzieję, ៎ w tym wᐪś momencie mj Rozmwca zaczął rozumieć, ៎ ję, tym kodem semantycznym, ktrego się nauczyliś, ktry jest nam być mo៎ dany, albo zaledwie powierzony do rozsၝ posł się nim, nie damy rady nawiąć kontaktu w sprawach istotnych. Tak naprawdę, ję jako narzᆝ moż się posłć, gdy zrozumie się jego naturę, gdy pojmie się, ៎ jest niedoskonał do tego stopnia iż jest niczym! Dopiero wtedy mo៎ nam słżć do porozumiewania się! Ponieważ dopiero wtedy rozumiemy, ៎ wobec całᖼ bytu ję jest jego cząą tak znikomą, ៎ moż go przyrwnać do nicoᖼ - ALE JEST - jest tak jak całść, czyli słż tej całᖼ i bez niego całść już nie by𔊫 całᖼą.
 
A całść z dziurą zapada się sama w nicość jak przekł balon.
 
Prba ję! Tak. To cięż praca. To mę!
 
Ale nie ma wyjᖼ.
 
Trzeba ją podejmować.
 
Milczaᐮ jeszcze chwilę czekajၜ, aż ta iskierka wznieci w nim pł pierwszego być mo៎ odkrycia, a gdy dostrzegᐮ, ៎ obcią៊ go ponad miarę powiedziaᐮ:
 
Dzięę ci.
 
Gdy spojrzał na mnie, ujrzaᐮ w jego oczach smutek. Smutek tak dobrze mi znany. Smutek wobec głᆛ wąᖼ. Rodzၜ się zawsze wtedy, gdy odkrywamy jakąś część rzeczywistoᖼ, z ktrą nie wiemy co zrobić. Jak się wobec niej zachować, jak ją zaadaptować, jak jej użć. Jak umiejscowić ją - nową w znanej nam i starej, a przynajmniej starzej𐗎 się już i opanowanej od dawna rzeczywistoᖼ realnej.
 
Bo na począ wydaje nam się czymś usytuowanym poza realnoᖼą, poza tym co znamy.
 
Taka też jest w istocie!
 
Bo taki jest ka៍ nowy element bytu w chwili jego odkrycia. Jest jak dziecko, ktre ma tylko rodzicw. Nieznane jest jego miejsce wśd już istniejၜ istot, jego cel, jego możᖼ, znaczenie, tajemnica, ktrą ze sobą przynosi i to czy ją kiedykolwiek objawi, albo zabierze w inny wymiar istnienia.
 
Ten smutek utwierdził mnie w przekonaniu, ៎ Rozmwca mj dotarł do czegoś, o czym przedtem nie wiedział. Teraz czekaᐮ na radość, ktra też musi towarzyszyć ka𗳞 kontaktowi z czymś nowym.
 
Musi? - zapytaᐮ sam siebie.
 
Iluż pośd nas ludzi jest takich, ktrym odkrycie (jakiekolwiek) nie daje radoᖼ! Ktrym jedynie burzy ono zrozumiał porz𐗞, wprowadza zamę, wymaga zajᆜ wᐪ stanowiska wobec nowego, mᆜ.
 
Ale ta radość odkrywcy nie przychodzi od razu!
 
Bo odkrywca wie, wyczuwa natychmiast, ៎ odkrycie czegoś to wielka odpowiedzialność, a ponadto czuje, ៎ sam akt odkrycia jest czymś waż. Poczucie wagi wyklucza radość idioty, podobną do radoᖼ psa, ktry gdy rzuci mu się kość - nawet zatrutą - też się cieszy.
 
Zrozumieć wᐪ odkrycie! To dopiero daje odkrywcy radość. W niektrych przypadkach wymaga jednak czasu.
 
Mj Rozmwca zapytał.
 
Dzię! Za co?
 
Za myś. - odpowiedziaᐮ natychmiast, nawet nie zdajၜ sobie sprawy z tego ៎ trafiam w sedno.
 
Owo trafienie polegał przecież nie na tym, ៎ użᐮ odpowiedniego sł, ale na tym, ៎ w tym momencie w naszym kontakcie objęł ono tę wᐪś przestrzeń, ktra byᐪ nam potrzebna do uspokojenia się.
 
Bo sł ż tak samo jak i inne elementy rzeczywistoᖼ!
 
Ono nie tylko znaczy, ale i dziaᐪ. Gdyby tylko znaczył, mogł jedynie zamykać. Natomiast wᐪś dziaᐪၜ, jak ka៍ element tego co istnieje, mo៎ nam pomc w porozumieniu, w odsłᆜ czą tajemnicy, w otwarciu.
 
Znowu milczeliś chwilę.
 
Wiᆜ byᐮś tam? - zapytał.
 
Teraz jego pytanie nie wzbudził we mnie lę. Wiedziaᐮ, ៎ nie pyta mnie o gł. Odpowiedziaᐮ wiᆜ spokojnie.
 
Tak! Byᐮ! - i dodaᐮ - Chwilę! Mam nadzieję, ៎ bᆝę dł៎.
 
I starczył już, 𗳫ś teraz był ponad nami... - powiedział jakoś smutno, czy zazdroś, wiᆜ by go uspokoić odparᐮ.
 
Starczył, bym mgł być dla was! Nie ponad wami. Wy jesteᖼ przecież też tam gdzie byᐮ. Wszyscy tam jesteś, tylko...
 
Tak! Wiem! Tylko nie wiemy o tym! A ty wiesz! - przerwał gwał.
 
Tak. - i tym razem moja odpowiedź nie sprawiᐪ mu przykroᖼ.
 
Uspokoił się i po chwili zapytał.
 
Jak tam jest?
 
Ciekawie. - odpowiedziaᐮ.
 
Uśął się.
 
Czy to jest gdzie indziej?
 
Teraz mnie ogarnęᐪ wesołść.
 
Ot tu! I tam.
 
Już wiedziaᐮ, ៎ porozumiewamy się poza sł. Mogᐮ wiᆜ spokojnie opowiadać. Zacząᐮ jednak od pytania. W odpowiedzi mego Rozmwcy spodziewaᐮ się odnaleźć informację dotyczၜą tego, na ile jest skupiony, gotowy do wspł ze mną, czy nie jest przypadkiem zbyt zmᆜ dł upalnym dniem, a w koᑌ i naszą trwajၜą od rana rozmową.
 
Bo mzg czł nie wyć nie tylko nie jest workiem bez dna, ale jego pojemność bywa czasem zaskakujၜ maᐪ. Wiedziaᐮ o tym, wiᆜ chciaᐮ sprawdzić, czy sł moje dotrą do niego. Tym bardziej, ៎ tym razem miał chodzić nie tylko o sł!
 
Postanowiᐮ teraz podjąć prbę porozumienia z nim, w ktrej ję pozostaje wprawdzie noś informacji, ale nie jest samą informacją. Informacja zawiera się przecież nie w ję lecz w kontakcie informacyjnym o wiele bogatszym niż semantyka, niż znaczenia znanych nam słw.
 
Jak myś - z czego zbudowany jest ś?
 
Nie odpowiedział mi, choć przecież mgł. Zadaᐮ mu pytanie, a wiᆜ zapraszaᐮ jakby do rozmowy.
 
Odpowiedź dla zwᐪ przecię czł nie jest trudna.
 
Słł w ż na ten temat tysi𐗎 teorii. I mniejsza o to ile był w nich prawdy! Takie teorie, te obiegowe odpowiedzi przyklejają się do nas wszystkich jak rzep do psiego ogona i potem ż z nimi nie zaprząၜ sobie gł samodzielnym roztrzą tych kwestii. Te odpowiedzi-hasᐪ zwykle nam wystarczają, bo poważ pytania przera៊ą, zapowiadają jakby wyjᖼ poza otaczajၜą nas rzeczywistość, wejᖼ w przestrzeń bez granic, we wszechś, gdzie te odpowiedzi moż by odnaleźć.
 
Bo przecież i tak jest w istocie!
 
Rozumiem, ៎ czł dzisiejszy nie wstydzi się do tego przyznać - jeś jest oczywiᖼ uczciwy. Pytania takie przera៊ą niekiedy nawet filozofw. Wtedy ograniczają się oni do odpowiedzi, ktrych dostarczają fizycy i to ich uspokaja. Ale to przecież unik! Ucieczka w cał tego sł znaczeniu, bo odpowiedź nigdy nie kryje się w znanej już teorii - nawet naukowej. Odpowiedzi na waż pytania kryją się zawsze tam, gdzie wchodzi się z trudem i bojaźą.
 
Poza wiedzą!
 
Gdyby krył się w książ, katalogach, internetach - ś nie rozwijaᐫ się. Stał by w miejscu jak zatrzymane w powietrzu spadaj𐗎 jabł, ktre spada przecież by poznać ziemię, by zanieść jej swe nasienie z wysokoᖼ gałę, na ktrej dojrzał. Jabł na gałę nie zna ziemi. Spada, bo pragnie ją poznać nawet za cenę wᐪ ś. Jabł pragnie, jak czł, bo tak jak czł jest częᖼą całᖼ harmonijnej, sprawiedliwej, czynnej i wiecznej.
 
Czekajၜ, czy odpowie na moje pytanie myśᐮ o tym, ileż to jeszcze mam mu do powiedzenia, by podrż nasza nie okazaᐪ się zwykłą wycieczką krajoznawczą. By z ludzi myśၜ nie przemienić się na powrt w egzystujၜ jedynie, w turystw pochᐪၜ bezmyś ś ktrego nawet nie potrafią strawić, a pamięć ich czę po jakimś czasie gubi to co zobaczyli, bo niczemu to na dłżą metę nie słż.
 
Nie odpowiadał dł! Wystarczajၜ dł, bym upewnił się, ៎ umysł jego, jego myś gotowa jest przyjąć coś, czego nie wie.
 
Myś jest ciszą!
 
Rzadko tylko przejawia się w prbie mwienia. Tylko wtedy, gdy prbujesz sformułć, nazwać to co dostrzegᐮś... albo, gdy podejmujesz wysiᐮ przekazania czegoś drugiemu czł.
 
Czł?
 
Czy tylko? .....
 
Masz rację! - zacząᐮ, starajၜ się rozmawiać już nie z nim, ale z jego myśą - W istocie ś ten nie jest przecież zbudowany z materii. Drzewa i roś, caᐪ materia, ktrą nazywasz ożą zbudowana jest tylko pozornie z komrek. Domy z cegł, cegł z ziarenek gliny, ziemi w koᑌ...
 
Ale przecież wiesz, ៎ to wszystko zbudowane jest z atomw, a te z jeszcze mniejszych drobinek, ktre już umiemy nazwać i pewnie za jakiś czas ktryś z pracowitych i dzielnych badaczy dalej te drobinki podzieli i tak pewnie mo៎ trwać w nieskoᑌść.
 
Ale to wszystko...
 
...caᐮ istnienie ktre mo៎ zważć, zmierzyć, ktrego moż dotknąć, stwierdzić jego istnienie zmysᐪ... zobaczyć, usłć, posmakować...
 
...jest tylko przejᖼą formą stale rozwijaj𐗎 się i podlegaj𐗎 procesowi przemiany - energii.
 
Energii, ktra tylko przez moment ma taką wᐪś formę, jaką naszymi zmysᐪ rozpoznajemy. Przez moment... bo czym៎ jest ta czą wiecznoᖼ, ktrą ogarniamy naszym wyobra៎?
 
Ale nawet to czego dotknąć nie mo៎, co nie da się połżć na nawet najdelikatniejszą wagę, powၜć przez psa, usłć przez delfina, nietoperza, dostrzec przez sokoᐪ...
 
...czyli nasza myś, nasze wyobra៎...
 
...są też formą rozwijaj𐗎 się energii.
 
No! Dla uᐪ powiedzmy na razie - jej funkcją, przejawem.
 
Ale tylko na razie bᆝ to tak nazywać!
 
Bo czł, ktry tworzy tę myś, te wyobra៎ jest też formą energii, a wiᆜ energią jest to co wytwarza.
 
Ale ta energia nie jest jakimś jednolitym ciastem, jakąś masą czegoś. Ona ma też swoją strukturę wspaniale uporzၝą i przejrzystą....
 
Chciaᐮ mwić dalej, ale przerwał mi pytaniem.
 
Jeś harmonia jest we wszystkim, to masa czegoś, jakieś ciasto też ma strukturę uporzၝą, harmonijną...
 
Tak!
 
Teraz ja mu przerwaᐮ zdenerwowany tym, ៎ pęᐪ ta nić, po ktrej przebiegaᐪ wymiana naszej wiedzy, ale zaraz po៊łᐮ tego, gdyż zdaᐮ sobie sprawę iż nasza rozmowa sprawia mu zrozumiałą trudność, ៎ być mo៎ narzuciᐮ zbyt du៎ tempo.
 
A mo៎ nale៊ł zacząć od ćń...
 
Ale przecież na począ są one trudne, toteż odnajdujၜ tego czł postanowiᐮ najpierw opowiedzieć mu coś o tym ś, do ktrego nie dotarł, choć dysponuje takimi możᖼ. Pomyśᐮ, ៎ zafascynowany tym ś przystą do ćń z więą cierpliwoᖼą, ៎ nadzieja przekroczenia granicy bᆝ dlań źdᐮ otuchy i zapowiedzią przyszᐮ radoᖼ, gdy niewprawny jeszcze zwą, czy gdy ogarnie go chocia់ zwykᐮ zmᆜ.
 
Czy teraz zmienić metodę?
 
Czy przerwać opowiadanie, skoro struna pęᐪ i nie wydaje już dźę, nie przenosi drgań koniecznych dla poruszenia membrany jego osobowoᖼ, umysł...
 
Odrzuciᐮ tę myś.
 
Pomyśᐮ, ៎ nie wolno mi przerzucać na niego mojej winy!
 
Winy za wᐪ błၝ!
 
Bo pomyśᐮ sobie, ៎ to jest mj błၝ!
 
Odpowiedziaᐮ wiᆜ spokojnie.
 
Oczywiᖼ! Ale harmonia, o ktrej chcę ci opowiedzieć, jest doskonalsza od harmonii ciasta czy jakiejś masy....
 
Rany Boskie! Co ja plotę? - pomyśᐮ. Przecież to bzdury. Jąᐮ wiᆜ pospiesznie poprawiać wynikłą ze zdenerwowania treść tego ostatniego zdania: Postanowiᐮ jeszcze raz tak sformułć ową poprawkę, jakby to on przyᐪł mnie na gł.
 
Masz rację! Harmonia jest harmonią! Nie ma lepszej czy gorszej harmonii. Taka bywa tylko w muzyce. Ale harmonia, o ktrej mwimy ogarnia wszystko, wiᆜ też jest jednoᖼą.
 
W harmonii, ktra nas interesuje nie mo៎ być dysharmonii. Wiᆜ w cieᖼ czy w jakiejś masie, plastelinie, galarecie jest ona taka sama. Ale chodził mi o harmonię oglniejszą, innego rzᆝ, zasadniczą, ogarniajၜą wszystko co jest.
 
Milczał teraz i zrozumiaᐮ, ៎ nie powinienem dalej mwić.
 
Bo jest też milczenie oceanu po burzy. Cisza, ktra zapada, gdy żł już nasyci swe żၝ, gdy zniknie z jego powierzchni ostatni fragment rozbitego statku, gdy odpł miotana falami ᐪ.
 
Poznawanie nowych obszarw jest dla wielu ludzi taką wᐪś burzą.
 
Rozszalałą nawałą myś, ktre mia៍żą stare wyobra៎ jak ocean statek, ktry jest za s𔊫, by oprzeć się falom. Nawałą, ktra po៎ przestarzaᐮ formy by strawiwszy je oddać ś nowe.
 
Ale energia umysł ludzkiego nie jest niewyczerpana, jak energia sztormu, ktra zanika i rodzi ciszę.
 
Niewyczerpana jest jedynie energia całᖼ, ktra jawiᐪ się przez chwilę w burzy czy odkryciu, a nastę zmᆜ swj fizyczny noś - tak wielki jak ocean, czy tak mał jak nasz mzg - odchodzi. Noś musi odpocząć. Poczekać na nastę statek, ktry poż, na kolejną ᐪę, ktrą przeniesie, na kolejne odkrycie, ktrego dokona.
 
Mj Rozmwca był już zmᆜ. Postanowiᐮ odłżć dalszy wywd.
 
Wracamy! - powiedziaᐮ.
 
Wracamy! - powtrzył jak echo, zgadzajၜ się z moją propozycją, a gł jego był cichy, bo burza cichᐪ w nim dopiero i na faluj𐗎 przestrzeni myś kołł się jeszcze strzę starego okrę, ktry dopiero uspokojenie miał oddalić w niepamięć.
 
Upał był nieznoś, mimo cienia uż przez sykomorę.
 
Mo៎ też fizyczne zmᆜ z powodu upał dawał się nam we znaki?
 
Mo៎ to z tego powodu dzisiejsza rozmowa nie uk�ᐪ się najlepiej.
 
Postanowiᐮ uciec przed lejၜ się z nieba ៊, toteż wrciliś powoli do hotelu i dla zwię apetytu popłś chwilę w basenie. Wyłၜ już haᐪśą muzykę, bo więść mieszkaᑌw hotelu, jak zwykle w porze sjesty, drzemaᐪ w swych klimatyzowanych pokojach i cisza byᐪ wskazana.
 
Zjedliś trochę zimnej, niemal surowej ryby. Nie wolno wszak zapominać, ៎ organizm nasz musi otrzymywać konieczne dawki poż, by utrzymywać swe energetyczne możᖼ. Gdy byᐮ jeszcze dzieckiem, nie nale៊ᐮ do malcw z dobrym apetytem. Pamię, ៎ są pomagajၜ mojej matce w czasie prac ogrodowych, gdy widział stojၜ przede mną, dł nie ruszany talerz z obiadem, mwił mi:
 
Jedz bracie! Pamię, ៎ i parowz bez pary nie pojedzie. Jedz na zdrowie!
 
Czasem to pomagał.
 
Postanowiliś odpocząć w pokojach do chwili, gdy sł𔓎 pochyli się nieco i ulż rozgrzanej pustyni.
 
Nie mogᐮ zasnąć. Drzemaᐮ zaledwie. Myśᐮ też o tym, co miaᐮ potem powiedzieć. Prbowaᐮ konstruować przyszᐮ zdania, porwnywać je z rzeczywistoᖼą ktrej miał dotyczyć. Przygl𐗚ᐮ się obrazom wywoł przez odnajdywane konstrukcje zdań. Sprawdzaᐮ nośść zamierzonego komunikatu.
 
Trwaᐮ wiᆜ w tym płś przez cał czas i mimo iż nie udał mi się w peł oderwać od nurtujၜ mnie myś, odpocząᐮ jednak.
 
Zapytaᐮ w recepcji, czy mj Rozmwca jest u siebie w pokoju, bo odpoczywaᐮ prawie pięć godzin, wiᆜ moż był, ៎ wcześ wrciwszy do formy postanowił zejść na dł, do baru lub na taras. Ponieważ recepcjonista poinformował mnie, ៎ chyba dalej jest u siebie, a hotel nasz nie posiadał telefonw w pokojach, poszedᐮ tam. Pukaᐮ kilka razy, ale nikt nie odpowiadał, wiᆜ nacisnąᐮ klamkę. Drzwi był nie zamknię, to też wszedᐮ do ś.
 
Spał snem sprawiedliwego przykryty jedynie przeᖼᐮ.
 
Ucieszył mnie to, gdyż wiedziaᐮ, ៎ ten sen przywrcił mu sił. Niemniej musiaᐮ go teraz obudzić, bo gotw był spać do rana, a tym samym caᐮ pł dnia naszej podrż był niewykorzystane. A szkoda.
 
Ja też odzyskaᐮ na tyle dobre samopoczucie, by chcieć kontynuować moje opowiadanie.
 
Podszedᐮ wiᆜ do ś𐗎, ale nim zdążᐮ połżć mu ręę na ramieniu, lub odezwać się - otworzył oczy i spojrzał na mnie od razu przytomnym wzrokiem. Spał wiᆜ niezbyt głᆛ, albo już wcześ sen przywrcił mu pełę sił i teraz drzemał zaledwie.
 
No! Jak tam? - zapytaᐮ.
 
Potarł dłą czoł i przeciąął się.
 
W porzၝ. - odpowiedział - Ruszamy?
 
Ruszamy. - powiedziaᐮ - Czekam na dole w barze.
 
Zszedᐮ po schodach i zamwiᐮ dwie mocne arabskie kawy.
 
Po chwili siedział przy mnie i za pomocą wspaniale aromatycznego wywaru podawanego w miedzianych naczyniach z drewnianą rၜą, przeganialiś resztki popoł odpoczynku.
 
Kawa wywoᐪᐪ poż𐗚 efekt, toteż wolnym krokiem udaliś się z powrotem nad rzekę. Upał ustął, wiᆜ nic już nam dziś nie miał przeszkadzać.
 
No, dobra! - powiedział - Przed nami najtrudniejsze! Opowiedz mi o zasadniczej strukturze tego ś.
 
Tego ś? - upozorowaᐮ zdziwienie, bo wiedziaᐮ o co pyta, ale jeszcze zastanawiaᐮ się jak rozpocząć wyjaś.
 
Tego, albo tamtego. - za៊ł.
 
Tego, tego! - powiedziaᐮ śၜ się uspokajajၜ - Zresztą nie ma innego. Ten to jest tamten! Bo wszystko jest doskonałą jednią.
 
W porzၝ! Ale opowiadaj po kolei.
 
No, dobrze.
 
Chwilę skupiaᐮ się, by nie rozpocząć zbyt chaotycznie. Mj Rozmwca teraz nie przeszkadzał mi w tym.
 
Wreszcie zacząᐮ.
 
Musisz sobie wyobrazić...
 
... twj mzg jest w stanie to zobaczyć... bo same sł nie potrafią o tym poinformować...
 
...៎ wszystko...! wszystko co istnieje...
 
...te ziarenka piasku, atomy z ktrych one się sk�ą i te jeszcze mniejsze drobinki, o ktrych już wie dzisiejsza fizyka jၝ atomu...
 
...a tak៎ rozmieszczone w kosmicznej przestrzeni sł𔓊, gwiazdy, planety i wszystko inne, o czym wiemy czy jeszcze nie wiemy ៎ istnieje...
 
...៎ wszystko to jest jedną całᖼą.
 
Jednią!
 
...៎ to wszystko jest we wszystkim cią...
 
...od począ...
 
...jeś jakiś począ mo៎ sobie w tym wypadku wyobrazić...
 
...po wsze czasy... zawsze... wiecznie.
 
Ta jedność istnienia nie mo៎ mieć nigdy ko𔓊...
 
...to jest ciąᐮ, bezustanne trwanie...
 
...niewyczerpane... wszechogarniaj𐗎 istnienie w bezustannym i harmonijnym rozwoju...
 
Czł, jako ciał...
 
...a tak៎ jako mzg...
 
...należ rwnież do tej całᖼ...
 
W owej całᖼ nie ma 𗲭 miejsc pustych... miejsc, w ktrych moż by sobie wyobrazić jakieś nic... nie...!
 
...To istnienie jest doskonale wypeł...
 
...i chociaż w modelu, ktry chcę ci za chwilę przedstawić taka pustka bᆝ się jakby narzucać, to wynikać to bᆝ jedynie z tego, ៎ ję nasz, sł, ktrymi się posł nie jest w stanie opisać 𗲭 modelu, ktry jest nie tylko jednią, ale i pełą.
 
Pełą!
 
Zapamię to!
 
Nie jest w stanie, bo sł starają się... taka już ich natura...
 
...starają się nazywać poszczeglne częᖼ tej całᖼ, a nie całść jako taką!
 
Sł dotyczą fragmentw, ktre są przez nie jakby na chwilę wyję z całᖼ. Tak zresztą postę caᐪ nauka...
 
...wyjmuje fragmenty by mc się im przyjrzeć, zbadać je.
 
W tym celu musi je jakby na chwilę zatrzymać.
 
Zatrzymać!
 
Bo tak w istocie...
 
...wszystko co istnieje znajduje się w bezustannym ruchu...
 
...choć czasem wydaje się, ៎ trwa w bezruchu.
 
Ale to jest tylko zł.
 
Zapamię to też dobrze!
 
Zapamię, ៎ wszystko jest w ruchu, gdy bᆝ starał się wyobrazić sobie to o czym wᐪś mwimy.
 
Nauka, zatrzymujၜ poszczeglne fragmenty istnienia...
 
a ponad to wyjmujၜ je jakby z kontekstu, unieruchamiajၜ je...
 
...nie mo៎ tym samym odkryć ich istoty...
 
...poznaje jedynie ich strukturę chwilową i zajmuje się opisem tej chwilowej formy istnienia.
 
My musimy docierać do tego niepoznawalnego dla nauki poziomu. On jest przedmiotem naszego poznania.
 
Nie naukowego!
 
Bo tak to się dziś nie nazywa...
 
...ale mzgowego...!
 
Poznamy tę rzeczywistość naszym mzgiem, bo jak ci wczoraj powiedziaᐮ - wᐪś on i tylko on zdolny jest tego dokonać.
 
Ale też nie bᆝ nam tu chodził o poznanie istoty tych czą...
 
...tych przedmiotw, tych drobinek!
 
I wcale nie dlatego, ៎ są one bez znaczenia!
 
Jako niezbywalne częᖼ całᖼ mają one jednakowe, wielkie znaczenie!
 
Nie bᆝ się zajmować przedmiotem, bo caᐪ wiedza o nim wynika jedynie z wiedzy o całᖼ.
 
Wszystkie prawa dotycz𐗎 całᖼ, dotyczą też najmniejszej jej czą...
 
Tak samo rzecz się ma ze strukturą całᖼ i czą.
 
Sprbujemy wiᆜ dotrzeć do całᖼ...
 
... poznać ją...
 
...dowiedzieć się czym ona jest.
 
Potem bᆝ już wiedzieć, czym są jej poszczeglne częᖼ.
 
Szł dobrze, ale nie miaᐮ jeszcze zaufania do siebie, do swego opowiadania, wiᆜ chciaᐮ upewnić się, czy mj Rozmwca nie traci kontaktu.
 
Rozumiesz to? - zapytaᐮ
 
Na razie tak. - odpowiedział - Chociaż ciś mi się oczywiᖼ tysi𐗎 pytań.
 
Powstrzymaj się z nimi jeszcze. - poprosiᐮ -Przyjdzie na nie czas. Teraz nie jest najlepszy moment.
 
Zrozumiał to, wiᆜ jedynie kiwnął głą i zapalił kolejnego papierosa, jak zwykle wyrzucajၜ zapałę za siebie.
 
Mogę opowiadać dalej? - zapytaᐮ.
 
Mo៎. - odpowiedział.
 
Zwolniᐮ kroku, by zbyt pospiesznym rytmem nie przyspieszać też toku myś.
 
Wszystko to... - mwiᐮ - ... co jest...
 
...co widzimy, dotykamy, co mo៎ ogarnąć naszymi zmysᐪ, a tak៎ to wszystko co istnieje, a z czym nasze zmysł skontaktować się nie mogą, bo posiada to jakby inną naturę...
 
...wszystko to jest chwilową, ale niesł konkretną mutacją energii...
 
...jej jakby chwilowym wcieleniem, zmaterializowaniem się.
 
Energii ogarniaj𐗎 wszystko...
 
...nawet siebie...
 
...bo wszystko jest wᐪś energią w ustawicznym procesie rozwoju, ktrego nie moż zatrzymać.
 
Czł jest też jej szczeglnym momentem...
 
jej postacią....
 
...wszystko jest postacią energii!
 
Bᆝ to tak nazywać, choć sł to nie jest dobre, ale innego na razie nie mamy.
 
Nie jest dobre, bo ta energia jako całść ma też swą postać, jakby kształ czy formę.
 
Ale jest ona nam - więᖼ ludzi - tak mał znana, ៎ sł "postać" mo៎ sobie roboczo stosować do okreś innych, bardziej szczegł jej przejaww. Postać, forma!
 
Tych słw bᆝ użć!
 
Przy czym należ zawsze pamięć, ៎ ponieważ wszystko to jest w bezustannym ruchu...
 
...to ta postać, ta forma jest przejᖼ...
 
...jest w rozwoju...
 
...jak zresztą cał uk𔊭, jak całść.
 
Musiaᐮ przerwać na chwilę.
 
Rzeka płęᐪ leniwie i wydawaᐪ się bezkresna, przeciwległ brzeg tonął w przedwieczornej mgle. Usiedliś znw na skalistym brzegu.
 
Mj Rozmwca był podniecony. Niestety palił papierosa za papierosem, co wyraź skracał czas jego peł aktywnoᖼ. Ale słł uważ tego co mwiᐮ.
 
Te postacie, te formy istnienia energii... - mwiᐮ dalej - ... komunikują się ze sobą. Komunikują się bez przerwy, nieustannie. Jest to jakby ich cechą podstawową.
 
Ta komunikacja jest nie tylko wymianą informacji, chociaż jest nią w duż, mo៎ nawet zasadniczym stopniu....
 
...informacja nie jest tu najlepszym okreś, ale na razie nie ma lepszego...
 
...Ta komunikacja jest wzajemnym przekazem elementw, koniecznych dla rozwoju poszczeglnych form energii....
 
...rozumiesz...?
 
... a wiᆜ nie tylko informacji...!
 
...wszystkich elementw koniecznych do rozwoju!
 
Skoro powiedzieliś, ៎ istnieje pomiᆝ tymi formami jakiś rodzaj komunikacji, to musimy zdać sobie sprawę z tego, ៎ muszą też istnieć drogi tej komunikacji...
 
Tu już przybli៊ się do pojᆜ struktury tego caᐮ istnienia.
 
Przerwaᐮ na chwilę, a on jak gdyby kontynuował moją myś.
 
No wᐪś! Teraz bᆝ najważ. Skoro nie sł...
 
Masz rację! - potwierdziᐮ - Ale co tu jest w tym wszystkim najważ...?
 
O.K.! Mw dalej
 
Chwilę odpoczywaᐮ, by przekazać mu kolejną porcję informacji. Ileż czasu bᆝ potrzebował, by te informacje przyswoić? Zostawmy to na razie.
 
Znowu bᆝ musieli posłżć się tu jakimś wyobraź modelem. - powiedziaᐮ - To trudne, tym bardziej ៎ modele takie mogą jedynie prowadzić nas do jakiejś wiedzy o tym czego dotyczą. Nigdy nie są dok𔊭, nigdy nie są wiedzą samą w sobie. Są jedynie sygnaᐮ, nadaniem kierunku, w ktrym idၜ, moż się do tej wiedzy przybliżć.
 
Bo wiesz... - pozwoliᐮ sobie na drobną dygresję, chcၜ dodać mu jakby otuchy, przed czekajၜą go za chwilę trudnoᖼą - ...wiedza jest czymś w rodzaju iluminacji...
 
...przychodzi nagle...! jakby od razu w całᖼ!
 
Ale nie martw się.
 
Skoro już prbujemy razem przebić się przez tę granicę, to pomogę ci. Powiem ci w pewnym momencie - jak mo៎ tego dokonać.
 
Po chwili kontynuowaᐮ mą wypowiedź.
 
A wiᆜ model...
 
...wyobraź sobie, ៎ to wszystko zbudowane jest...
 
...៎ ta struktura polega na tym....
 
...albo raczej moż by ją porwnać...
 
...do uk𔊭 niezliczonej iloᖼ, i nieograniczenie wielkich sieci...
 
...sieci, ktre są ze sobą skrzyż, ktre przenikają się wzajemnie we wszystkich moż kierunkach....
 
...widzisz to?
 
Dł nie odpowiadał.
 
Ciemność zapadaᐪ powoli, ale nieuchronnie.
 
Wiedziaᐮ, ៎ czas dzisiejszej rozmowy rwnie nieuchronnie zbli៊ się do ko𔓊. Czas, możᖼ percepcyjne Rozmwcy, możᖼ przekazu z mojej strony... One przecież tak៎ nie są nieograniczone.
 
Widzę.... jakby. - odpowiedział w koᑌ.
 
Dasz radę jeszcze parę chwil się skupić? - zapytaᐮ.
 
Tak! - odpowiedział - Jeszcze parę chwil.
 
Prbowaᐮ wiᆜ dokoᑌć.
 
Ta sieć...
 
...te sieci ze sobą wspł𐗎...
 
...mają swe nici i punkty, w ktrych są zwią...
 
...węł...!
 
...te nici są jakby kanaᐪ przekazu tego wszystkiego, co w poszczeglnych miejscach tego uk𔊭 jest mu do dalszego rozwoju potrzebne...
 
...te węł...
 
Pomyśᐮ, ៎ mo៎ już dosyć na dziś, ៎ pewnie wyczerpał się nasze możᖼ porozumienia. Postanowiᐮ wiᆜ kontynuować tę myś nastę dnia. Powiedziaᐮ wiᆜ.
 
Ale te węł i te nitki, to już inna sprawa.
 
Sł𔓎 stracił swj objawiony nam blask i skrywszy się za pobliskie gry odebrał wyrazistość wież i oknom miasta, ktre wᐪś zasypiał. Na nieboskł wdrapywał się mozolnie księż, a przebł śᐪ pojawiaj𐗎 się na tle granatowiej𐗎 powoli nieba przemieniał się w gwiazdy, planety i satelity, ktre pociąą wyobraźę ku nieogarnionym przestrzeniom, gdzie ludzka myś gubi się w swej małᖼ.
 
Biegliś wolnym truchtem wysokim brzegiem wzdłż rzeki ku czarnym cieniom miasta rysujၜ się na tle granatowego sierpniowego nieba, nieba peł migoczၜ wesoł gwiazd, planet i satelitw, przekazujၜ ludziom w domach miliony informacji z caᐮ ś, ktry jest przecież niewiele znaczၜą kropeczką w nieogarnionej przestrzeni naszego istnienia. Informacji potrzebnych i niepotrzebnych, prawdziwych i zmyś, dobrych i zł - w tym moje kilka słw w sieci internetu - słw, ktre są woᐪ o zgodę na poznanie nieznanego.
 
Czy ktoś je usł?
 
Nie zginą, bo są! Weszł w sk𔊭 wszechogarniaj𐗎 nas energii.
 
Dzisiejszy dzień przynisł mi mniej satysfakcji od wczorajszego.
 
Wprawdzie zaczynaᐮ coraz lepiej użć znanych mi słw, a wiᆜ prba ję okazywaᐪ się jakby bardziej skuteczna niż wyobra៊ᐮ ją sobie na począ, ale za to weszliś w krą spraw, ktre jeszcze trudniej był przekazywać.
 
No cż! Bywają przecież dni lepsze i gorsze.
 
Jutro bᆝę musiał zintensyfikować moją opowieść.
 
Jeś zdoᐪ?
 
I jeś mj Rozmwca zdoᐪ opanować swą ciekawość... a raczej swą niecierpliwość... na tyle, by spokojnie słć mej opowieᖼ.
 
Dziś chciał za szybko dotrzeć do sedna. To dopiero drugi dzień. Mamy ich jeszcze pięć, wiᆜ nie ma co tracić nadziei i starać się przeskoczyć przez ten mur, przez ktry należ po prostu przejść.

 

PODRŻ DZIEŃ TRZECI.

CZŁ I ENERGIA ISTNIENIA.

Krtka noc, i dłż, bo czterogodzinny przelot rozpoczął trzeci dzień naszej podrż. Hotelowy samochd wizł nas na lotnisko, gdy nad rzeką budził się gwał ś.
 
W tej częᖼ ś dzień graniczy niemal bezpoś z nocą.
 
To co w Europie nazywamy porankiem, ś, zaraniem, co od pojawienia się pierwszych sł promieni, jeszcze nie na ziemi bo dopiero na wschodnim nieboskł, trwa do chwili gdy sł𔓎 wzejdzie ponad las, gry, czy chocia់ rwninny horyzont - tu odbywa się w cią kilku zaledwie minut. Pustynia oż nagle, jakby wybuchem. W nocy przed wschodem sł𔓊 temperatura potrafi spaść niemal do zera, by już po chwili ską w słᑌ powietrze osiął prawie od razu blisko 30 stopni Celsjusza.
 
Taki rytm natury ma oczywiᖼ znaczny wpł na czł, na jego biologiczny zegar, typ i dłść peł aktywnoᖼ, na jej zmienne okresy w cią dnia, na intensywność odpoczynku w cią nocy. Nasz europejski organizm rwnież odpoczywa tu intensywniej. Gdy temperatura na to pozwala, wpada się w sen głᆛ, choć stosunkowo krtki.
 
Nim upał dał się nam we znaki krᆜś się już po klimatyzowanej hali dworca lotniczego, pośd rż tłw. Wczesna pora na tutejszych lotniskach charakteryzuje tym, ៎ przewa៊ą tu jeszcze miejscowi pasa៎. Rano odlatuje z nich bowiem wiele samolotw ruchu wewnę. Linie przywoż𐗎 i odwoż𐗎 turystw we wszystkich kierunkach kuli ziemskiej, budzą się nieco pź. Nasz samolot był wyją od tej zasady, ale też przybył tu niedawno z niemal drugiego ko𔓊 ś, by po wymianie zał i zatankowaniu kolejnej porcji paliwa wyruszyć w dalszą drogę, uzupeł komplet pasa៎w o takich jak my, dosiadajၜ się tutaj dopiero. Cał postj trwa niewiele ponad godzinę, to też formalnoᖼ odlotowe trzeba był zaᐪć sprawnie i ż. Wiedziaᐮ z doś, ៎ na tutejszych lotniskach pojawiają się czasem nieprzewidziane trudnoᖼ ze strony sł់ bezpieczeń lotw, gdyż ten rejon naszego globu od lat nie nale៊ł niestety do spokojnych. Zdarza się czasem, ៎ w zwią z takimi perturbacjami traci się nawet cał dzień, co w naszym dzisiejszym przypadku mogł pokrzyżć wszystkie tak ż i dok𔊭 przygotowane plany. Nic wiᆜ dziwnego, ៎ był to dla mnie emocjonuj𐗎 chwile i odetchnąᐮ z ulgą, gdy bez dodatkowych problemw znaleźś się wreszcie w samolocie.
 
Chwilę po starcie przekroczyliś rzekę, a potem byᐪ już tylko pustynia przecię wą paskiem biblijnego morza. Gdy ujrzymy pod sobą gry w biał czapach ś, bᆝ to znak, ៎ zbli៊ się przesiadka do innego samolotu, ale jeszcze nie cel podrż.
 
Na naszym obecnym odcinku lotu maszyny, ktra w tym rejsie niemal okrą៊ ziemię, był niewielu pasa៎w, dlatego też mogliś, rozsiadł się wygodnie na kilku wolnych miejscach, rozpocząć nasze dzisiejsze rozmowy już w powietrzu. Po szybko podanym ś i porcji napojw nikt nam już nie przeszkadzał. Mj Rozmwca wyraź zaktywizował się i dążł do przerwanego wczoraj tematu.
 
Zaczął wiᆜ ostro.
 
A wiᆜ sieci.. - przerwał.
 
No wᐪś... - odpowiedziaᐮ.
 
Niezliczona ilość?...
 
Tak!
 
Niezliczona ilość węłw?..
 
Tak!
 
I to wszystko bez począ i ko𔓊?..
 
Bez począ i ko𔓊!..
 
Zarwno w czasie jak i w przestrzeni?..
 
Zarwno w czasie jak i w przestrzeni! - potwierdziᐮ.
 
Zamilkł na chwilę i jakby zagłᆛł się w sobie.
 
Nie chcၜ tracić jego aktywnoᖼ, a jednocześ obawiajၜ się, by na podstawie tego pierwszego modelu nie zaczął bez mej pomocy poszukiwać samodzielnie, czuᐮ, ៎ muszę natychmiast pociąąć opowieść dalej. Przedstawiony mu model z sieciami był zbyt prymitywny, by stać się podstawą do samodzielnych poszukiwań. Postanowiᐮ wiᆜ natychmiast ujawnić to memu Rozmwcy.
 
Ale pamię o tym co powiedziaᐮ ci wczoraj? - zapytaᐮ przerywajၜ niepotrzebną ciszę.
 
Co, czy pamię?
 
ើ te sieci, to tylko model.
 
Pamię! - odrzekł.
 
Tylko jeden z moż modeli!
 
Tak!
 
I ៎ w zasadzie wszystkie bᆝą niedoskonaᐮ.
 
Wszystkie? - w jego gł posłᐮ jakby cień zawodu i mo៎ jakiegoś dziecinnego zdenerwowania, złᖼ nawet..
 
No oczywiᖼ! - powiedziaᐮ - � model nie mo៎ być doskonał. Nawet w newtonowskiej fizyce nie jest to moż.
 
Dlaczego?
 
Bo model jest tylko rodzajem symbolu umoż𐗎 znalezienie tropu.
 
Tropu?
 
Tak! Tropu, za ktrym mo៎ podą៊ć ka៍, kto nie zna tajemnicy jakiegoś odkrycia. Ten trop jest stosunkowo niezawodny, prawdopodobnie wiedzie do celu, ale ten cel nie jest wcale tak bliski, by mgł być osiąę szybko.
 
Czyli jego wartość informacyjna jest niewielka?
 
Stosunkowo niewielka. To prawda! Ale jakoś trzeba ruszyć z miejsca.
 
Znowu się zasęł.
 
Dziś dziwił mnie w nim to, ៎ jakby nie pozwalał mi rozwinąć myś. Nerwowo zadawał pytania, wiele pytań, krtkich, nerwowych, czę urywanych. Powoli zaczynaᐮ się zastanawiać nad tym, czy w ogle godzić się na taki typ rozmowy. Ważᐮ wszystkie za i przeciw.
 
Nie był to dla mnie wygodne!
 
Ale czy w takiej formie przekaz nie był moż? Był! Oczywiᖼ! Ale wymagał to ode mnie nadzwyczajnego, wrᆜ nieosią skupienia i uwagi. Bowiem w tak rozwijaj𐗎 się rozmowie nie ma miejsca na korektę wᐪ błᆝw. Trzeba niemal ka៍ sł trafiać jak najbli៎ celu, bo sł jest niesł na nich skupiony. Jego umysł jest maksymalnie otwarty. Otrzymywana informacja gwał szuka jakiegoś porzၝ, bł zapada w pamięć i to zwykle w kontekᖼ już posiadanych informacji - wzbogacajၜ je lub likwidujၜ, gdy są z tą wiedzą sprzeczne. W najlepszym wypadku moż błᆝą informacją narobić ponownego baᐪ w już częᖼ uporzၝ systemie. Ale czy to jest przypadek, ktry informator mgᐫ zaakceptować? Taki baᐪ porzၝ się potem z wię trudem niż buduje system od nowa. Czasem całść włż pracy w ogle idzie na marne.
 
Jak wiᆜ widzicie, zgoda na dalsze prowadzenie rozmowy w taki sposb wymaga od opowiadaj𐗎 niesł poważ i odpowiedzialnej decyzji. Ale czasem jest ona wymuszona!
 
W procesie przekazu swoje prawa ma przecież tak៎ odbiorca. Musi je mieć, bo w przeciwnym przypadku informacja zaczyna być nieznoś obcią៎, zaczyna uwierać. Czł zaczyna wiᆜ od niej uciekać, zamykać się. Zdarza się, ៎ neguje nie tylko wartość samej informacji, ale nawet, w drastycznym przypadku przecią៎, tak៎ i czł, ktry tych informacji udziela. Zaczyna on być postrzegany przez odbiorcę jako agresor, ktry chce w nasz mzg wtłć coś niewygodnego, jako ktoś kto w naszym mzgu w nieznoś sposb manipuluje, gwaᐬ jego suwerenność.
 
Jest to przecież proces zasadniczej rewizji pojęć!
 
W takim przypadku czł musi odczuwać zdecydowany dyskomfort! Musi odczuwać, ៎ częᖼ traci grunt pod nogami, ៎ słၜ dalszych wywodw mo៎ go stracić cał, a cał system nowych pojęć trzeba bᆝ budować od nowa. Śᖼ takiej musi towarzyszyć strach!
 
I to strach nie tylko przed utratą gruntu pod nogami! Strach rwnież przed partnerem takiej rozmowy. Bo czł zdaje sobie sprawę z tego, ៎ gdy już ten grunt zostanie zburzony, gdy dawny sposb pojmowania rzeczywistoᖼ, oznaczajၜ zdolność do w miarę swobodnego i bezpiecznego poruszania się w niej bᆝ już nieaktualny, a nowy bᆝ jeszcze nieuporzၝ, chaotyczny, bo na począ oparty na wyłၜ nowych pojᆜ otwierajၜ nowe pᐪ pojmowania, nowe obszary rzeczywistoᖼ, lecz nie wytwarzajၜ jeszcze nowego systemu daj𐗎 się stosować w pojmowaniu ś - ៎ w tym czasie pozostaje się niemal cał zależ, podporzၝ komuś innemu. Informatorowi oczywiᖼ.
 
I to ten stan jest dla czł nieznoś! Jest po prostu wysoce nienaturalny, a przynajmniej mu nieznany.
 
Duż ciekawych wiadomoᖼ na ten temat moż uzyskać zapoznajၜ się ze wspomnieniami rż wizjonerw, czy ludzi, ktrych w rż religiach okreś się mianem posiadaczy objawienia - bezpoś kontaktu z wielką, nie przewidywaną przez czł tajemnicą!
 
Zjawisko nie jest proste! Bo przecież czł bezustannie ż w pobliż tajemnicy, obok niej. W takim pobliż ż bezustannie. Nie ma przecież nikogo, kto pozbawiony byᐫ poczucia istnienia rż tajemnic nas otaczajၜ.
 
Z kolei uwaga wizjonera jest zawsze skierowana na jakiś dość konkretny rodzaj tajemnicy, na jakiś tajemniczy obszar! Oczywiᖼ mwimy o sposobie koncentracji uwagi przez takiego czł przed zaistnieniem wizji. Po jej doś rzecz ma się nieco inaczej!
 
Na przyk𔊭 dla ś. Bernadetty istnienie Matki Boskiej nigdy nie przedstawiał kwestii. Był po prostu oczywistoᖼą. Co wi𑧎! Jej normalna ludzka wyobraź byᐪ z tym tematem jakby oswojona. Jakiś obraz Matki Boga rysował się przed jej oczami zawsze. Nie byᐪ to wszak wizja! Nie był to objawienie! Nie był to kontakt z 𗲭ą tajemnicą! 𗮭 jej poznanie! Niemniej byᐪ to śść tej tajemnicy. Śść, ៎ ta tajemnica istnieje.
 
I co z tego?
 
Gdy ten kontakt w koᑌ nastął, gdy tajemnica się objawiᐪ w swej istocie - pojawił się strach! Tak! Zwykł czł strach! To oczywiste!
 
Doskonale to rozumiaᐮ.
 
Bo przecież od tej chwili nic już nie jest takie samo, jak był przedtem.
 
Poznanie czegoś co istnieje, a co stanowił dla czł sferę tajemnicy, sferę niejako zamknięą - powoduje, ៎ wszystko jest nowe, bo istnieje już jedynie jakby w ś tej nowo uzyskanej wiedzy. A to śł jest podstawą wszystkiego. Ono wᐪś objawia niejako całą resztę rzeczywistoᖼ istniej𐗎 dookoᐪ nas od dawna. Tylko ono nadaje tej rzeczywistoᖼ zarwno kształ jak i charakter - sens.
 
Dawny obraz ś rozsypuje się w jednej chwili w gruzy.
 
W takiej sytuacji znajduje się ka៍ wizjoner, ka៍ kto przekracza jakiś prg tajemnic nas otaczajၜ. Jeś jest to prg w granicach naszej, zmysł struktury - stres jest oczywiᖼ mniejszy, aczkolwiek wystarczajၜ duż by stanowić przedmiot wielokrotnych i wielorakich opisw uczuć i stanw psychicznych wielkich odkrywcw praw natury. Pomimo, ៎ jest to zwykle wynik powoli odsᐪ𐗎 się tajemnicy, wynik ż pracy, ktrej finał coraz bardziej przybli៊ się do badacza i nie stanowi zupeł zaskoczenia! Jednak jest to też moment ostateczny poznania. Moment niewą przeł.
 
Natomiast dokonanie odkrycia w sferze struktury pozazmysł, to znaczy takiej, o ktrej nasze zmysł nigdy nie dawał nam 𗲭 ś, a być mo៎ jedynie prowadziᐪ nas tam wyobraź, przeczucie, pragnienie czy intuicja - musi być przeż wszechogarniajၜ naturę czł. Takim, jak bezpoś, osobisty kontakt z Bogiem.
 
Jednak wizjoner religijny znajduje się w jeszcze innej sytuacji, niż odkrywca innej struktury. Chyba jest to sytuacja lepsza! Doznanie istnienia Boga duż przecież rozwią. Dalej już wszystko jest proste, bo nic innego się już liczyć nie mo៎. Wszystko, co najważ został rozwią. A jednak....
 
Mo៎ trzeba bᆝ jeszcze wrcić do tego tematu?...
 
Teraz jednak musiaᐮ zdać sobie sprawę z dwch rzeczy; pierwsza - to ta, ៎ Rozmwca mj znajduje się w sytuacji wyją trudnej i ៎ z faktu tego powinny wynikać jego szczeglne prawa, druga - to mj obowią podjᆜ teraz tej formy rozmowy, ktrą on mo៎ nieś proponował, forsował, a ktra choၻ częᖼ przywraca𔊫 mu niezbᆝ poczucie komfortu psychicznego. Formy agresywnej, zaczepnej, nerwowej, ale za to formy, w ktrej czuł się teraz najlepiej.
 
Bo byᐪ to przecież w istocie rzeczy forma obrony przez atak, obrony przed zbli៊ၜą się sytuacją utraty gruntu pod nogami, sytuacją, ktrej nadejᖼ już przeczuwał.
 
Nie miaᐮ wiᆜ wᐪᖼ wyboru. Chcၜ realizować plan swego opowiadania, chcၜ w ogle dalej rozmawiać z mym Rozmwcą musiaᐮ przyjąć tę niezmiernie trudną i dla mnie niewygodną formę.
 
Przerwaᐮ wiᆜ nasze milczenie.
 
No to co? Jedziemy dalej? - zapytaᐮ.
 
Jak chcesz. - odpowiedział.
 
Pozorna pasywność byᐪ dla mnie dowodem, ៎ nie myliᐮ się w ocenie sytuacji. Był bliski rezygnacji z naszego programu.
 
A wiᆜ te modele...
 
Co tam modele.. - przerwał - Mo៎ powiedziaᐫś wreszcie po prostu jak to jest! - zaatakował mnie z niechᆜą w gł.
 
Roześᐮ się.
 
Przecież cał czas mwię!
 
A ja coraz mniej rozumiem!
 
No dobrze, ale..
 
Nie! Nie dobrze. Wrᆜ ź! - jego agresja wracaᐪ, co wcale nie był dla mnie zł znakiem.
 
Mo៎ bᆝ lepiej? - zapytaᐮ wesoł, prbujၜ czy nie da się choć trochę roz𔊭ć napiᆜ.
 
Mo៎? - zgodził się bez przekonania.
 
No to sprbujmy. - zaproponowaᐮ.
 
O.K. - zgodził się.
 
Wrciᐮ wiᆜ do przerwanego wą.
 
Z modelami to jest tak! - jeden nigdy nie wystarczy, by posunąć się do przodu...
 
A ile? - zaczepiał mnie wyraź, ale postanowiᐮ nie reagować.
 
No! Co najmniej dwa.
 
Dwa? Dlaczego?
 
Dlatego, ៎ pojedynczy model, jeś pozostaje samotny, jest jakby pᐪ. Nie informuje, a tak៎ nie stwarza 𗲭 alternatywy....
 
Zauważᐮ! - zachowywał się teraz zupeł jak rozpieszczony smarkacz, ale zauważᐮ, ៎ reaguje natychmiast, co był znakiem, ៎ sł uważ i aktywnie. To był najważ.
 
No wᐪś. Trudno wiᆜ być z takiego modelu zadowolonym.
 
I ciąąᐮ dalej.
 
Istnienie co najmniej dwch modeli stwarza miᆝ nimi pewnego rodzaju napiᆜ. Napiᆜ niezbᆝ, by coś z tego wynikł.
 
Napiᆜ? - zapytał już spokojniej.
 
Tak! - potwierdziᐮ, też spokojniej, gdyż mogᐮ teraz lepiej kierować rozmową, czujၜ rosn𐗎 zainteresowanie.
 
Elektryczne?
 
Nie elektryczne! Przecież takie modele istnieją jedynie w sł, w wyobraź.
 
No tak! - potwierdził - Ale tam, w mzgu jest przecież prၝ. Biofizyka stwierdziᐪ ponad wszelką wąść...
 
Tak! - przerwaᐮ ż, bo zacząᐮ podejrzewać, ៎ zaczyna się nieodpowiedzialnie droczyć.
 
I zaraz dodaᐮ.
 
Ale teraz nie mwimy o mzgu, tylko o zależᖼ modeli jakiejś struktury, ktre mogą istnieć w ogle. Rwnież poza mzgiem...
 
No dobrze, przepraszam! - sam się zᐪł na tym, ៎ jego zaczepki od pewnego czasu był jedynie sztuką dla sztuki i ៎ nie słżł już rozwijaniu tematu.
 
Ucieszył mnie to, ៎ to zrozumiał.
 
O.K. - powiedziaᐮ.
 
Postanowiᐮ jeszcze raz wrcić do tematu. Gdyby się to nie udał, trzeba by w ogle przerwać rozmowę i czekać na lepszy moment.
 
A wiᆜ to napiᆜ... - zacząᐮ - ...polega to na tym, ៎ pomimo iż są to modele wᐪᖼ tego samego, tej samej struktury, rżą się od siebie.
 
Zawsze?
 
No tak! Zawsze! W przeciwnym wypadku nie ma sensu tworzenie dwch modeli.
 
Ale chodzi o to, czy one rżą się zasadniczo.
 
Raczej tak! Im bardziej ogarnia nas zdziwienie, ៎ choć mają dotyczyć tego samego, są tak rż - tym lepiej.
 
Dlaczego?
 
Z wielu wzglᆝw, ale narazie powiedzmy tylko, ៎ im bardziej się rżą, tym wię wystę miᆝ nimi napiᆜ. To napiᆜ jest konieczne. Zaraz do tego wrcimy.
 
Czym jest ten drugi model?
 
No wᐪś! Teraz uwa៊! - powiedziaᐮ - On jest jakby odmiennym przejawem tej samej rzeczywistoᖼ. Jakby tym co widać, gdy popatrzy się na coś od innej strony. Dlatego musi się rżć od pierwszego modelu, ale jednocześ być mu niesł bliski. Bo jest innym modelem tej samej rzeczy. Rozumiesz?
 
Być mo៎. Ale mw dalej!
 
Oczywiᖼ skorzystaᐮ z tej zachę, bo byᐪ rwnież sygnaᐮ, ៎ jego agresywność ulega jakby roz𔊭.
 
Tak jak poprzez pobranie krwi z żł na ramieniu, i jej zbadanie moż coś orzec na przyk𔊭 o wą czł, bo w ten sposb uzyskujemy wglၝ w organizm z innej niż wą strony.... jest to jednak wglၝ w ten sam organizm co wą - i tak jakby poprzez stworzenie drugiego modelu badamy pierwszy.
 
To nie jest takie proste, ale pomyś - wiemy, ៎ coś przedstawia nam rzecz x, a rwnocześ jest bardzo rż od czegoś co stara się nam tę samą rzecz przedstawić tak samo! Tak samo! Rozumiesz?
 
Tu się trochę zgubiᐮ. - przyznał.
 
Nie ma problemu! - uspokajaᐮ go - Posł.
 
Był teraz naprawdę skupiony.
 
Ogl𐗚 dwa zdjᆜ tego samego czł, ktre zrobiono w tym samym celu. Po to, by obraz tego czł utrwalić, by ktoś, kto te fotografie zobaczy dowiedział się jak ten czł wygl𐗚. I co?
 
Patrzysz na nie i widzisz, ៎ albo to nie jest ten sam czł, albo wygl𐗚 inaczej na jednym i na drugim zdjᆜ.
 
Natychmiast musi ci się narzucić myś, ៎ jeś na obu jest rzeczywiᖼ ten sam czł, to pomiᆝ jednym a drugim zdjᆜ jest...
 
Czas! - wykrzyknął niemal - Czas! ើ upłął czas!
 
No wᐪś! Miᆝ jednym a drugim zdjᆜ coś jest! Ty to nazwaᐮś czasem, W porzၝ! Mo៎ być jeszcze coś innego! Na przyk𔊭 wyraź rż w technice robienia obu zdjęć. To jest mał waż. W zasadzie oboję co! Waż jest dla nas, ៎ to coś jest!
 
No wiᆜ? - poganiał mnie teraz.
 
No wiᆜ, jeś chcemy teraz poszukiwać odpowiedzi na pytanie - co był, czy co jest pomiᆝ tymi dwoma zdjᆜ - jeś mo៎ to badać, to istniej𐗎 pomiᆝ nimi napiᆜ, ta wᐪś niezgodność stanie się podstawą naszego zainteresowania. Bez tego napiᆜ nie był problemu. Nie był pytania. Jasne?
 
Prawie! - odpowiedział zadowolony.
 
Tak samo jest z naszymi modelami, tylko....
 
...៎ nie chodzi w tym wszystkim o czas! - niemal wykrzyknął przerywajၜ mi nagle.
 
Zgoda. - powiedziaᐮ zaskoczony, nie tyle tym wybuchem, co trafnoᖼą jego obserwacji.
 
Postanowiᐮ teraz na chwilę oddać inicjatywę memu Rozmwcy.
 
A o co? - zapytaᐮ.
 
No! - zastanowił się - Na przyk𔊭 o przestrzeń?
 
Tym razem spudłł, ale rozumiaᐮ na czym polega jego błၝ, to też postanowiᐮ tylko zwrcić mu nań uwagę, a skorygować go pź.
 
No! - pozwoliᐮ sobie na naś jego tonu, co mogł wpłąć na dalsze rozluź atmosfery naszej rozmowy - Niezupeł! Nie o przestrzeń tu chodzi!
 
Nie o przestrzeń? Wiᆜ o co? - zdziwił się.
 
Powiedziaᐮ - niezupeł Wiᆜ trochę i o przestrzeń. Ale wrcimy do tego potem. Teraz zwrć uwagę na...
 
... to napiᆜ! - dokoᑌł znowu trafnie.
 
Wᐪś! To napiᆜ miᆝ naszymi modelami jest dla nas pytaniem - co też znajduje się pomiᆝ nimi? Czym to napiᆜ w istocie jest? Przez co ono przechodzi, co je wypeł?
 
Teraz rozumiem! - wykrzyknął - Bez tego napiᆜ nie wiedzielibyś gdzie szukać tej struktury.
 
Brawo! - ucieszyᐮ się - Rzeczywiᖼ! Je៎ dwa opisy tego samego nie przystają do siebie, to pomiᆝ nimi musi coś być, co stanowi tę istotną treść, ktra wypeł rż miᆝ modelami czy opisami spowoduje, ៎ rż ta niejako zniknie! A dok𔊭 - ៎ bᆝ widać jakiej całᖼ te opisy czy modele dotyczą.
 
Tak. - zakoᑌł teraz nasz dialog, jakby wypuszczajၜ z siebie powietrze i os𔊫ၜ napiᆜ uwagi.
 
Nie był sensu dalej rozmawiać. Zarwno mj Rozmwca jak i ja musieliś chwilę odpocząć. Dopiero teraz, zamkną jakąś niewielką cząę zaplanowanego wywodu, ale jednak zamkną ją, doprowadziwszy do tego, ៎ informacja dotarᐪ do śᖼ mego Rozmwcy jako moż do przyjᆜ - poczuᐮ ile takie zamkniᆜ kosztuje. Teraz dopiero przyszł zmᆜ.
 
On też odpoczywał. Patrzył leniwie przez okno w dł.
 
Pustynia, pustynia, pustynia... - powiedział do siebie - Aż trudno uwierzyć, ៎ istnieją ludzie i zwierzę, ktre potrafią wespł przemierzyć te przestrzenie pieszo.
 
Czł potrafi wszystko, mj drogi. - odpowiedziaᐮ, tak jakby od niechcenia, nie przywiąၜ wagi do tej banalnej myś. Banalnej, bo wypowiedzianej ot, tak, bez głᆛ zastanowienia. Ile też głᆛ prawdy mo៎ czasem kryć w sobie byle jak wypowiedziane zdanie?
 
Odpoczywaᐮ.
 
A mo៎ mi się tylko tak wydawał?
 
Bo zaczęł mi się cisnąć do gł myś wrᆜ zasadniczej natury. Jakby umysł mj poprawiał konspekt opowiadania przekazywanego memu Rozmwcy, ktry przygotowaᐮ wcześ sposobiၜ się do tej siedmiodniowej podrż. Jakby bez mojej wiedzy mzg mj odnalazł w tym planie jakieś luki, niedoskonałᖼ, braki.
 
Rzeczywiᖼ! Zrozumiaᐮ teraz, ៎ skupiwszy się zasadniczo na strukturze, ktrą przede wszystkim chciaᐮ memu Rozmwcy przekazać... a mo៎ raczej wiedzę o niej, o tym jak do tej struktury docierać, jak ją poznawać - zapomniaᐮ o czł. O czł... A przecież...
 
O czł - takim jakim jest on na ziemi - moż użၜ słw powiedzieć niemal wszystko. A mwić moż rwnież w nieskoᑌść, docierajၜ do kolejnych tajemnic jego istnienia pomiᆝ granicami zmysłw.
 
O jego usytuowaniu w całᖼ?
 
Tu sł oddalają nas zwykle od sedna.
 
Sł są w stanie opisać czł dziaᐪ𐗎 w czasie i w przestrzeni, choć on sam zarwno czas i jak przestrzeń wielokrotnie przerasta. I tylko z tego jednego powodu mwiၜ o czł - mwimy już o czymś co jest poza czasem, poza przestrzenią.
 
Pomyś! Tylko mwiၜ o czł, piszၜ o nim czy myśၜ - moż przy uż słw przekraczać granice istnienia. Bo sł są jakby stworzone po to, by o czł oznajmiać. Ale tylko o nim. Bo tylko on - w kontekᖼ poznanego przez nas ś - ten ś przerasta i my wiemy o tym. Mo៎, gdybyś mogli wejść w kontakt z czymś rwnie wspaniał jak czł, rwnie jak on przerastajၜ rzeczywistość, to mo៎ odnaleźś nowe, odpowiednie sł, by za ich pomocą wzajemnie się o tym informować?
 
Mo៎?
 
Ale czy pomyśᖼ kiedyś o tym do jakiego stopnia jesteᖼ wybra𔓊?
 
Tak! Wybra𔓊!
 
I nie tylko dlatego, ៎ mwiၜ o sobie potraficie przekraczać granice zmysł istnienia. Caᐪ literatura jest tego dowodem. I też nie tylko dlatego, ៎ myś o czł udowadnia nam, ៎ pojᆜ nieskoᑌᖼ jest czymś na wskroś realnym, bo nieskoᑌ jest czł i wiemy, ៎ nigdy nie wyczerpie się jego opisu, choၻ pośᆜł się temu zagadnieniu nieskoᑌą ilość tomw. Czł jest nieskoᑌ! I nie tylko dlatego, ៎ jako istota jest zarwno przeszłᖼą, jak i niewyobra៊ą przyszłᖼą, jego granice nie dadzą się pomyść. Ale nawet nie to jest tym znakiem jego szczeglnego wybrań. Tym znakiem jest...
 
Tym znakiem jest to, ៎ tylko czł mo៎ poznawać! ើ tylko on mo៎ przenikać granice św, ba! - ś same. ើ przekracza je wᐪ dziaᐪ! Nawet samym istnieniem! ើ to wᐪś dziaᐪ - dziaᐪ czł, jego mzgu jest tym przekraczaniem.
 
Czy rozumiecie, ៎ przekraczajၜ w ten sposb kolejne granice moż ogarniać coraz to wi𑧎 struktur pozazmysł, a tym samym moż poszerzać granice ludzkiego ję, bo skoro czł zagarnia coraz więą część całᖼ to i coraz wię częᖼ całᖼ zaczyna słżć ję jemu słżၜ.
 
Nie wiem jeszcze! Jeszcze mwię do was nieudolnie, niedostatecznie jasno, ale mo៎ już zaczynacie rozumieć o co idzie gra?
 
Mo៎ chociaż zaczyna to rozumieć mj Rozmwca?
 
Odpoczywaliś jeszcze.
 
Lecieliś już ponad dwie godziny, wiᆜ wstaᐮ ze swego miejsca by nieco rozprostować koᖼ. Przegiąᐮ tułw parę razy do tył odpychajၜ do przodu krzyż rę opartymi o biodra, potem spltł r𑧎 za karkiem odepchnąᐮ je silnie kilka razy ku tył wypinajၜ jak to tylko był moż do przodu klatkę piersiową. Krą៎ krwi wracał powoli do normy, zakłcone dł utrzymywaną w samolotowym fotelu nienaturalną pozycją ciaᐪ.
 
Mj Rozmwca rwnież wstał i przechadzał się chwilę wzdłż przejᖼ pomiᆝ rz𑧚 foteli.
 
Więść naszych wspł៎w spaᐪ lub drzemaᐪ.
 
Wrciwszy na swoje miejsce nacisnąᐮ przycisk wzywajၜ stewardesę. Zjawiᐪ się po chwili. Poprosiᐮ ją o dwie mocne kawy. Wiedziaᐮ bowiem, ៎ zbli៊𐗎 się lၝ bᆝ jednocześ po៎ na jakiś czas z tą użą, jedyną, do ktrej jak się zdaje byᐮ przyzwyczajony. Na ile jest to przyzwyczajenie, trudno powiedzieć. Od lat nie spᆝᐮ dnia bez kawy, wiᆜ też nie był okazji by poddać organizm prbie wstrzemięźᖼ. Był to jednak bez znaczenia, gdyż nie wygl𐗚ł na to, by mi ta uż szkodziᐪ. A przyjemność w jej spoż odnajdywaᐮ dużą.
 
Dlaczego o tym mwię?
 
Zdrowie jest ważą sprawą w ż czł. Czł w peł sprawny inaczej odbiera ś, inaczej reaguje na otoczenie od czł, ktremu wyraź coś dolega, lub gdy na skutek braku fizycznej sprawnoᖼ szczeglnie uś sobie swe ograniczenia. Zdrowy organizm jako łၜ pomiᆝ osobowoᖼą czł a jego otoczeniem rolę tę speł w inny sposb niż czynić to mo៎ organizm chory. Cielesność nasza jest narzᆝ słżၜ do nawią kontaktu. Rwnież inaczej pracuje mzg w stanie zdrowia ciaᐪ. Jest on jakby uwolniony od walki z dolegliwoᖼą, blem czy s𔊫ᖼą i mo៎ w maksymalnej swej częᖼ uczestniczyć w poznaniu.
 
Nie znaczy to bynajmniej, bym lekceważł w odniesieniu do istoty ludzkiej stan choroby! Mwiᐮ już o tym częᖼ. Choroba jest rwnie istotnym doś jak wszystko inne. Jest jednak doś z innej pᐪ.
 
Walka z chorobą, skupienie na tej walce wielu naszych możᖼ energetycznych powoduje jakby odejᖼ od naturalnego kontaktu z zewnęᖼą. Skupia uwagę i aktywność czł jakby na nim samym, na wᐪ organizmie. No i oczywiᖼ stanowi trudno osią dla osoby zdrowej specyficzne doś kontaktu z zewnęᖼą. Ta zewnęść jest przecież czym innym dla organizmu chorego. Inaczej nań dziaᐪ, inny nawią z nim kontakt. Wystarczy wskazać przyk𔊭 najprostszy, a mianowicie funkcję temperatury otoczenia.
 
Czł w gorၜ potrzebuje ostudzenia rozgorၜ ciaᐪ. Dobrze jest mu tę nadwyżę odebrać, odczuwa to jako ulgę. Jest to zupeł inne doś temperatury od doś czł zdrowego, ktry nagrzewanie ciaᐪ intensywnymi promieniami sł odczuwa jako wielką przyjemność.
 
Przyk𔊭w tego rodzaju nie ma co mnożć, są oczywiste. Drobne rż nie stanowią problemu.
 
Jednak rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, ៎ czł cierpiၜ nie prż w zakresie poznania otoczenia! Inna sprawa, na ile stan choroby i cierpienia pozwalają mu na przemianę tych dośń w jakiś typ wiedzy. Czy wspomniane skupienie się na walce z dolegliwoᖼą nie wyklucza zupeł refleksji nad poznanymi w trakcie tej walki zwią z otoczeniem. Wydaje się, ៎ nie zawsze tak być musi. Z literatury, nie tylko przecież medycznej, znamy przyk𔊭 niezwykᐮ nawet aktywnoᖼ refleksyjnej, umysł u osb dotkliwie cierpiၜ. Stan cierpienia był dla wielu z nich bramą do wiedzy, prowadził ku istotnym odkryciom! I to w zgoᐪ nie medycznych dziedzinach! Znane są też przecież wypadki, gdy cierpienie do tego stopnia aktywizował mzg chorego, ៎ znacznie przekraczał on swe, zdawał się - normalne możᖼ. To poszerzenie z kolei prowadził do poznania pozazmysł, poznania innych poziomw istnienia natury, istnienia całᖼ. Ale wwczas....
 
Czł jako istota boi się cierpienia. Boi się, bo istnieje ono w sferze jego wiedzy i nie jest niczym przyjemnym. Ten lę wᐪś powoduje, ៎ stan blu przyzwyczailiś się uwa៊ć za stan odmienny od normalnego, powiedzmy wprost - jako stan nienormalny, patologiczny nawet.
 
Decyzja nazwania czegoś nienormalnoᖼą, patologią pocią za sobą kolejne skutki, a mianowicie pozwala ludziom zdrowym, ba! - nawet tym, ktrzy dopiero co do zdrowia powrcili - uwa៊ć doś nabyte w cierpieniu za doś rwnież nienormalne, patologiczne. To z kolei pozwala je lekceważć, odrzucać jako istotne nie tylko w sensie medycznym. Popularne powiedzenia typu: bredzi w gorၜ, czy ma halucynacje od razu sygnalizują nasz negatywny stosunek do takiego przekazu, są najlepszym dowodem naszego stosunku do zjawisk wynikajၜ ze stanu cierpienia. Nikt też nie stara się takiego majacz𐗎 czł rozumieć, halucynacji traktować jako informacji.
 
A mo៎ jest to jedynie wynik pychy zdrowych?
 
Mo៎ przegapiamy w ten sposb wiedzę zawartą w istotnym przecież kontakcie czł z rzeczywistoᖼą? Rzeczywistoᖼą istoty cierpi𐗎, to prawda, ale na jakiejż to podstawie utrzymujemy w sposb niewzruszony, ៎ więą wagę należ przywiąć do doś istot nie cierpiၜ?
 
Bo przecież kryje się w tym jakiś narzucajၜ się paradoks.
 
Paradoks!
 
Bo przecież co najmniej poł, jeś nie więść ludzi żၜ wspᐬś wraz z nami na ziemi przez przewa៊ၜą część swego czasu trwa w stanie cierpienia! Jasno wskazują na to wszystkie znane statystyki. Chyba, ៎ stan permanentnego gł i nastęၜ po nim skutkw w samopoczuciu osoby ludzkiej uznamy za coś, co cierpieniem nie jest! Oczywiᖼ bzdury takiego twierdzenia nawet udowadniać nie trzeba. Ka𗳞 niedowiarkowi radzę sprbować tego doś. Wystarczy kilka dni nie jeść, by ᖼł zwią gł z cierpieniem stał się nad wyraz zrozumiał.
 
Ponadto wiadomo, ៎ nawet w spo𔋬ń uznawanych za syte i zdrowe czas cierpienia przecię czł, to co najmniej dwanaᖼ procent całᖼ jego ż.
 
Nikt też, w znaczeniu ᖼś poznawczym, nie bierze pod uwagę cierpień (przecież znanych) pijakw, narkomanw, osb bezdomnych, czy wrᆜ normalnych, przecię osb starych z ich, oczywistymi cierpieniami.
 
Komiczne. Prawda?
 
Supremacja zdrowych i silnych w procesie ustalania pojęć wchodzၜ w zakres wiedzy!
 
Czy nie przypomina wam to czegoś, o czym ludzkość stara się szybko zapomnieć? Czy w ogle takie stanowisko moż przyjąć za rozsၝ?
 
Nie wiem.
 
Nie wiem, bo rozumiem tak៎ uzasadnienia, ktre na swą obronę mogliby tu przytoczyć obroᑌ takiej postawy mimo tego, ៎ oni też wiedzą, iż wiele oglnie uznanych odkryć nie jest dzieᐮ geniuszy tryskajၜ zdrowiem i wolnych od cielesnego cierpienia. Ale zgodzę się z tym, ៎ w skarbnicy wiedzy ludzkiej więść sk� się z elementw, ktrych zaistnienie nie miał bezpoś zwią z tym, co nazywamy chorobą. Ale tylko więść! Bynajmniej nie całść.
 
I chociaż nie bᆝę tu bronił ryzykownej dziś tezy, ៎ cierpienie przynosi wiedzę obszerniejszą, ważą - to jednak bᆝę się upierał chocia់ przy tym, ៎ ta jej część, ktra z cierpienia wynika jest nie tylko niezmiernie waż, ale ៎ bez niej wiedza nasza nie by𔊫 w ogle wiedzą o czymkolwiek.
 
No cż!
 
Czł pewnie nie wybiera swego losu, ale mo៎ w nim sobie pomc lub zaszkodzić. Nikt nie wą przecież w to, ៎ upijajၜ się notorycznie alkoholem nie podnosimy naszej sprawnoᖼ fizycznej. Wie o tym nawet alkoholik, ktry mimo swej fatalnej zależᖼ czuje jak jego organizm traci sił motoryczne, kondycję, możść skupienia czy wytrzymałść w koncentracji. (Ta choroba jest też doś!) Jest też jasne, ៎ ć fizyczne nasze zdolnoᖼ cielesne podnoszą, a przynajmniej pozwalają im dł៎ trwać.
 
Natomiast dla rozwoju naszej wiedzy, a nastę dla procesu dzielenia się nią z innymi jest niewą bardzo waż uś sobie - co jest naszą możᖼą! Bezustanne tej możᖼ poszukiwanie i wzmacnianie! Musimy jakby okreść naszą specyficzną szansę na pozyskanie wiedzy, okreść narzᆝ, za pomocą ktrych dzieᐪ takiego mo៎ dokonać. Jeś dane nam jest zdrowe i sprawne ciał nie ma powodu poszukiwać dośń wynikajၜ z choroby czy cierpienia. Toteż dbałść o jego stan jest po prostu dbałᖼą o narzᆝ poznania, o ich skuteczność i trwałść.
 
Tak poję dbałść nie jest przecież jedynie dbałᖼą o ciał! To znacznie wi𑧎!
 
Kawę dostaliś szybko. Mj Rozmwca wrcił na swoje miejsce, ja na swoje i po chwili byliś gotowi do dalszej pracy.
 
Zapytał.
 
No to co? Zaproponujesz nastę model?
 
Pewnie tak, chociaż zastanawiam się czy nie był lepiej, gdybyś to ty sprbował go zaproponować. - powiedziaᐮ.
 
Chyba nie! - odpowiedział z przekonaniem.
 
Dlaczego? - pewnie miał rację, ale byᐮ ciekawy dlaczego jest tego aż tak pewien.
 
Za wcześ! - odparł - Boję się, ៎ odejdę za daleko od tropu, o ktrym mwiᐮś.
 
Miał rację.
 
Sam teraz zdziwiᐮ się skၝ mi tak absurdalny pomysł przyszedł przed chwilą do gł. Jednak coś ciąęł mnie do tego, by jak najszybciej moje opowiadanie przemienić we wsplną pracę. To też powiedziaᐮ.
 
To mo៎ sprbujemy konstruować go razem?
 
Jak to sobie wyobra៊? - zapytał.
 
Nie wiem jeszcze. Ale sprbujmy.
 
Moje nalegania trochę go rozbawił, ale nie wzbudził jakiegoś zdecydowanego sprzeciwu. Powiedział wiᆜ.
 
No dobra! Prbujmy. Tylko ty kierujesz tym eksperymentem.
 
Zgoda! - przystaᐮ na to chę.
 
Nale៊ł teraz wymyść metodę. Najlepsze w tym momencie, a jednocześ najbardziej naturalne wydawał mi się przeanalizowanie starego modelu, tego z sieciami, a tak៎ okreś jego wad.
 
Zastanawiaᐮś się mo៎ nad tym co ci nie odpowiada w tym modelu, ktry zaproponowaᐮ?
 
Prawdę mwiၜ, nie.
 
A przecież jednak musiał w nim być coś, co cię od niego odrzucił? - zapytaᐮ - Czuᐮ wyraź, jak cię zmᆜł. Mo៎ nawet zniechᆜł.
 
Tak! - przyznał po chwili zastanowienia - Masz rację. Ale nie zastanawiaᐮ się co też by to mogł być.
 
To pomyś chwilę. - zaproponowaᐮ.
 
Sprbuję.
 
Ukrył głę w dł.
 
Muszę go sobie dobrze przypomnieć. Przejrzeć jego zawartość. - powiedział nie zmieniajၜ pozycji.
 
Jeszcze chwilę milczał, aż w koᑌ usłᐮ jeszcze z poza dł zakrywajၜ twarz.
 
Tak, tak! Chyba to na tym polegał.
 
Spokojnie podnisł głę i powiedział nie patrzၜ jeszcze na mnie.
 
Tam jest taka niespjność. Jedno do drugiego jakby nie pasuje.
 
Co do czego?
 
No wiesz - budował odpowiedź uważ - Przecież mwiᐮś o energii. Wielkiej energii! A model jej istnienia przedstawiᐮś w postaci sieci.
 
No i co? - zapytaᐮ, bo jego aktywność nagle zaczęᐪ maleć.
 
Gdy staraᐮ się ten obraz zobaczyć... wyobrazić sobie, to... no to chociaż nic na ten temat nie mwiᐮś, wyobraziᐮ sobie, ៎ ta sieć jest z jakichś sznurkw... i to wᐪś... ta mię... czy mo៎ s� struktura sznurkowata... no wiesz... taka jakaś byle jaka... nie pasowaᐪ do tego, czym dla mnie... no do tego wszystkiego co mi się zawsze kojarzył z energią.
 
Wyraź chciał mwić dalej, ale przerwaᐮ mu.
 
Masz rację! To jest zdecydowana niespjność. Ale..
 
Tak! I z tego powodu...
 
Znowu musiaᐮ mu przerwać, bo trafił w sedno i wymagał to natychmiastowej korekty.
 
Posł chwilę! - mwiᐮ teraz wolno i z naciskiem - Ten model jest wysoce niedoskonał i rzeczywiᖼ zwodniczy. Ale jest w nim coś niesł waż, co chciaᐮ ci za jego pomocą przekazać i do tego taka rzecz jak sznurek, jakieś nici wydał mi się najlepsze. Wiesz co to jest, co był niezbᆝ by dalej...
 
Wiem! Oczywiᖼ! - nie pozwolił mi dokoᑌć pytania.
 
Co takiego? - byᐮ niemal pewien, ៎ się pomyli.
 
Węł! Te węł trzeba był jakoś zasygnalizować!
 
Powiedział to z takim przekonaniem, ៎ nie ośᐫ się mu zaprzeczyć. Nawet, gdyby to byᐪ nieprawda. Ale to byᐪ prawda. Zaskoczył mnie.
 
Przypomniaᐮ sobie to, co już zauważᐮ w nim na moᖼ przy pierwszym spotkaniu. To falowanie jego energii i jej nierwnomierne erupcje. W rozmowach też czasem odnosił się wra៎, ៎ nie mo៎ przebić się przez stosunkowo proste rzeczy, dostrzec tego co jakby był tuż tuż i wᐪᖼ powinno być dlań ᐪ osią. W innych znw chwilach umysł jego dziaᐪł z szybkoᖼą pioruna, wyprzedzał pytania, caᐮ cią myś, przebijał jeszcze nie dokoᑌ ᖼ. To ciekawe! Bᆝę się musiał nad tym zastanowić.
 
W chwilach takich, w chwilach wzmoż przenikliwoᖼ, gdy dokonywał takiego skoku w przd, gdy trafiał cel - odczuwał niesamowitą radość. Radość i odprę៎. To też mogᐪ być wada. Takie odprę៎ mo៎ rwnież oznaczać szybką dekoncentrację, brak kontroli nad dalszym cią rozumowania. Odkrycie, ktrego dokonywał był przecież znikome wobec całᖼ drogi, ktrą nale៊ł przemierzyć. Wydawał mi się, ៎ takie odkrycie powinno raczej wzmagać czujność przed nastę krokiem, a nie wywołć młᑌ wybuchy radoᖼ.
 
Tak był ze mną!
 
Ale zaraz zdaᐮ sobie sprawę z idiotycznoᖼ dokonywania takich porwnań. Był przecież innym niż ja czł. Ka៍ jest inny i na tym wᐪś polega wspaniałść istnienia. Nawet cegᐪ cegle nie jest rwna, a co dopiero czł czł.
 
Z radoᖼ nie mgł teraz usiedzieć spokojnie na swym miejscu.
 
Brawo! - wyraziᐮ swe niekᐪ uznanie.
 
Spojrzał na mnie z satysfakcją.
 
Chodził rzeczywiᖼ o węł!
 
Pochwalony znowu natężł swą uwagę.
 
A wiᆜ jednak wyczuł, ៎ zbli៊ się do kolejnego progu. Znowu mnie zaskoczył.
 
Za pomocą innego tworzywa trudno był to przedstawić. - tłᐮ - Te sznurki... a wᐪᖼ ta sieć najlepiej obrazuje ich istnienie i znaczenie w całᖼ.
 
W porzၝ! Jedź dalej. - popᆝł mnie teraz.
 
Postanowiᐮ dotrzymać mu kroku w tym pospiesznym rwaniu do przodu, wiᆜ informowaᐮ bez przerw.
 
Ale jeszcze jedna rzecz byᐪ w tym modelu waż! Jaka?
 
Nie wiem! Mw!
 
Nawet nie prbował się zastanowić.
 
To, ៎ one, te sieci przeplatają się we wszystkie strony.
 
No tak. Rzeczywiᖼ.
 
A poza tym sieć jest formą, w ktrej najtrudniej wskazać jakiś począ czy też koniec...
 
Jasne! - wtrၜł - Moż najwy៎ wskazać jej rogi, jeś jest kwadratowa. Ale w 𗲭 wypadku nie moż powiedzieć, ៎ taki rg jest jej począ czy ko𔓎. Zresztą ktry...
 
Racja! - potwierdziᐮ, ale też zaraz ciąąᐮ dalej, gdyż baᐮ się by nie popadł w sł i nie utopił wszystkiego w gadaniu.
 
A jeś jeszcze wyobrazimy sobie, ៎ ka𗳚 z nich jest okrąᐪ i nawet rogw nie posiada, to jesteś już dość blisko jakiegoś modelu nieskoᑌᖼ! No! Przynajmniej bezpocząᖼ caᐮ uk𔊭.
 
Brawo! - wykrzyknął.
 
Byᐪ to w zasadzie pierwsza pochwaᐪ z jego strony, jaką otrzymaᐮ w czasie naszej krtkiej, ale przecież intensywnej znajomoᖼ.
 
Brawo! - powtrzył - Cieszę się, bo miaᐮ już chwile, gdy wydawał mi się, ៎ marnujemy czas i pieniၝ. ើ nigdy nie zrozumiem tego o czym rozmawiamy. - wyjaśł.
 
Zaczął sadowić się wygodnie w swym fotelu, co wyraź oznaczał przygotowanie do uważ sł, gdy głś w kabinie wezwał nas do zapiᆜ pasw bezpieczeń, gdyż samolot nasz rozpoczął wᐪś podchodzenie do lၝ. Trzeba był przerwać.
 
Trochę ៊łᐮ, bo czuᐮ w sobie jeszcze zasb sił na jakieś pł godziny, a chciaᐮ przynajmniej zacząć kreść kolejny, waż model.
 
Mj Rozmwca był mniej zawiedziony. Odwrcił się ode mnie i spojrzał przez okno w dł.
 
O rany! - zdziwił go ujrzany tam widok. - Gdzie my jesteś?
 
Czy to waż? - zapytaᐮ tajemniczo - Przecież i tak nie przybywamy tu jako turyᖼ!
 
Jego zdziwienie wcale nie był bezpodstawne.
 
Mieliś teraz pod sobą jakby śż-lodową pustynię. Wysokie gry był wiecznie biaᐮ na swych szczytach, a cień w dolinach nie pozwalał dojrzeć w nich rwnież niemal wiecznego lata. Widok ten utrwalił mi się w pamiᆜ jako jeden z najwspanialszych w czasie mych licznych podrż.
 
Ale za chwilę miał go czekać nowe zaskoczenie.
 
Gdy tylko wlecieliś w gardziel rozlegᐮ doliny ośż szczyty stracił swj agresywny urok. Widać teraz był w dole rozlegᐮ miasto. O jego kolorycie decydowaᐪ brunatno-żł barwa, ktra wlewaᐪ się jakby doń z doliny. Samolot przelatywał nisko nad domami, gdyż zaraz za zabudowaniami rozpoczynał się pas lotniska i trzeba był znaleźć się na nim stosunkowo wcześ. Lotnisko był krtsze niż ś porty tego typu i koᑌł się wraz z ko𔓎 doliny nad ktrą lecieliś.
 
Na ziemi, gdzie z powodu głᆛᖼ doliny rozpoᖼ𐗎 się z zachodu na wschd panował pł, pierwsze wra៎ nie był przyjemne. Jeszcze przed chwilą lecieliś po bezchmurnym, rozsł niebie, podziwiajၜ olśၜą biel ośż szczytw, a tu nagle prawie ciemność wieczoru w samo poł. Na szczęᖼ, gdy tylko po trapie wysiedliś z samolotu na pas startowy (tu nie był 𗲭 ręw, po ktrych przylatujၜ udawali się do jakichś holi czy sal przylotowych) ogarnęᐪ nas rzadko na ś spotykana rześść powietrza. Suche niemal absolutnie, niezbyt ciepᐮ z braku sł𔓊, ale letnie przecież. To powietrze, pieszczၜ ᐪ drogi oddechowe i nadajၜ czł niespotykaną na innych wysokoᖼ lekkość, likwidował, a przynajmniej nieco ᐪł pierwsze nieprzyjemne wra៎ zwią z mrokiem.
 
Byliś jedynymi pasa៎, ktrzy tu opuᖼ samolot. Część naszych niedawnych towarzyszy podrż przygl𐗚ᐪ się nam nawet ciekawie jak czemuś wyją, a już na pewno uznaᐪ nas za dziwakw, gdy winda spuᖼᐪ na dł należ𐗎 do nas dwie niewielkie torby - cał nasz bagaż.
 
Zaraz, gdy tylko znaleźś się na pł trap odsunię i samolot odkołł na koniec doliny, skၝ miał niebawem wystartować w dalszą podrż, a gdzie też znajdował się zbiorniki z paliwem, po ktre tu wylၝł. Dawał to wszak៎ planową, możść opuszczenia go!
 
Jeszcze był słć tubalny, głᆛ dźę jego silnikw, gdy od przeciwnej strony dobiegł nas inne odgł. To zbli៊ł się do nas nasz nastę wehikuł.
 
Był niewielkim, szeᖼ zaledwie, zgrabnym, niezwykle upstrzonym kolorowymi wzorami samolocikiem o dwu silnikach, ktrych odgł przy tamtym oddalajၜ się kolosie brzmiał jak bzyk komara przy burczeniu trzmiela. Robił to zabawne wra៎.
 
Dzielnie jednak podkołł do nas i stanął w odległᖼ jakichś dwch metrw, silniki pracował dalej. W otwartych drzwiczkach, powy៎ wysunię teraz zaledwie trzech aluminiowych schodeczkw, ukazaᐪ się brą, uśę twarz pilota, ktry krzyknął me nazwisko niemił je zniekszta𔋊ၜ.
 
Yes! - odkrzyknąᐮ, wiᆜ kiwnął na nas przyjaź ręą, dajၜ znak, ៎ mo៎ zająć nasze miejsca w jego pojeឭ.
 
Mj Rozmwca spojrzał na mnie ciekawie.
 
Wszystko w porzၝ! - uspokoiᐮ go - Musimy podnieść poziom.
 
Naszej rozmowy? - zapytał pł ៊, pł złś.
 
Nie tylko! - odpowiedziaᐮ gramolၜ się do ś.
 
Mj Rozmwca wskoczył za mną.
 
Pilot jednym ruchem zlikwidował schodki, zamknął drzwi jakby zamykał lodwkę i po chwili byliś już znowu w peł słᑌ, pomiᆝ ośż szczytami.
 
Nasz samolocik nie wznosił się nawet ponad nie. Zgrabnie szybował wzdłż dolin, ponad przełᆜ, co dla mego Rozmwcy musiał być nie lada atrakcją. Z jego reakcji zorientowaᐮ się, ៎ nie był jeszcze w tej częᖼ ś. W niewielu rejonach liniowa komunikacja do niewielkich, ale w takiej specyficznej turystyce niezmiernie waż miejscowoᖼ odbywa się takimi samolocikami. Podrż lotniczą poni៎ grskich szczytw ogl𐗚 się zwykle w filmach przygodowych i nie ma w tym terminie przygodowy 𗲭 przesady! Już sam pobyt w miejscach podobnych do tego, do ktrego teraz lecieliś, jest dla przecię mieszka𔓊 miast autentyczną przygodą. Oczywiᖼ nie moż tam dotrzeć w ᐪ, stereotypowy sposb. Najwspanialszy i odmienny od codziennego sposb to piesza wᆝwka! Ale pochᐪ to zbyt wiele czasu, wymaga przygotowań i starannego zaplanowania.
 
Oczywiᖼ o jakiejkolwiek rozmowie mowy być nie mogł!
 
A to nie tylko z racji atrakcyjnoᖼ wspaniał i rzeczywiᖼ niepowtarzalnych widokw na zewną... - niepowtarzalnych w dosł tego sł znaczeniu.
 
Leciaᐮ tedy już kilkakrotnie i za ka៍ razem wydawał mi się, ៎ nie byᐮ tu nigdy. Mieszkaᑌ tych stron też twierdzą, ៎ ka៍ dzień odmienia te gry. Mo៎ rzeczywiᖼ ich złżść pod wzgl𑧞 rzeឫ terenu, obecność kilku stref klimatycznych i podzwrotnikowe sł𔓎 powodują, ៎ niemoż jest zrobienie tutaj dwch takich samych fotografii?
 
Rozmowę wykluczał też zagłၜ wszystko warkot tej pary niewielkich silniczkw, ktre wyniosł nas w grę i teraz wytrwale ciąęł do przodu wśd tych wyją cudw natury. Nie martwiᐮ się tym zbytnio, gdyż caᐪ ta przygoda przewidziana byᐪ na niecałą godzinę i już zaraz mieliś wylၝć w miejscu naszego dzisiejszego przeznaczenia.
 
W pewnym momencie nasz samolocik z niemał, wydawał się trudem, wznisł się jeszcze wy៎, by przelecieć ponad przełᆜą zamykajၜą teraz dolinę, w ktrej wnę lecieliś. Prześął się niemal po mijanym grzbiecie, gdyż dzielił nas od postrzę kamieni wystajၜ z jakby jesiennej, bo żł trawy, nie wi𑧎 niż pięć metrw. Oczom naszym ukazaᐪ się nagle przestronna, zalana sł𔓎 niecka, otoczona ze wszystkich stron grami, ktre z tej odległᖼ wygl𐗚ł dość niewinnie. Przełᆜ, nad ktrą przelecieliś przed chwilą byᐪ najniż z wałw skalnych zamykajၜ owo niesamowite miejsce. Nie ulegał wiᆜ kwestii, z jakiego kierunku i ktrᆝ do doliny dotarli przed wiekami pierwsi jej mieszkaᑌ.
 
Historia zasiedlania przez ludzi wysokich terenw grskich kryje w sobie głᆛą tajemnicę pogoni czł za pokojem. Teoria pomarksowska gł𐗊, ៎ czł wszᆝ tam, gdzie idzie, wlecze ze sobą konflikt, walkę, wojnę - okazuje się wobec tej historii bzdurą. Mo៎ wlkł je za sobą, jako pozostałść po konflikcie, ktry spowodował jego odejᖼ w gry, i od ktrego uciekał. Bo przybywajၜ w takie warunki czł na pewno nie szukał wojny! Rozstrzygniᆜ tego pytania pozostawmy już historykom - dla nas ciekawe jest jedynie - po co tu przybył? Bo to, ៎ przodkowie mieszkaᑌw gr przybyli z nizin, nie ulega dziś kwestii!
 
Z jakiego powodu osiedlano się w miejscach tak mał sprzyjajၜ czł swymi warunkami naturalnymi?
 
Odpowiedzi dostarczają odkrycia archeologw.
 
Zwykle przybywał tu grupy ludzi, ktre został wyparte, przepᆝ przez inne grupy z wᐪ siedzib znajdujၜ się na najbliż nizinie. Ludzie ci, idၜ do gry osiedlali się w pierwszym z miejsc, ktre ich zdaniem oddzielał ich skutecznie od wroga, agresora, napastnika. I na począ nie chodził tu wcale o zajᆜ miejsca dogodnego do ewentualnej obrony! Chodził o miejsce, w ktrym moż by wraz z cał plemieniem ukryć się, jakby zniknąć na zawsze ze ś, w ktrym konflikt, spr, wojna trwał i groził zag𔊭ą.
 
Oddzielić się od wojny, od konfliktu, od ś. - odzyskać pokj! To był ten cel zasadniczy przyśၜ czł opuszczaj𐗎 niziny i poszukuj𐗎 dla siebie miejsca w mał dostę grach.
 
Osiąą miejsce, gdzie przyroda swym ukształ mogᐪ już ofiarować azyl, odnajdywano tereny nadaj𐗎 się do eksploatacji, bogate w zwierzynę łą, z halami dajၜ się wypasać. Poznawano klimat, kierunki wiatru, ilość opadw. Odnajdowano i opanowywano nowy ś. Ś czł do tej pory nieznany, przychylny tylko na pierwszy rzut oka, ś z ktrym z nadejᖼ pierwszej już zimy trzeba był walczyć całą siłą swego człń. I zwyciężć! W przeciwnym wypadku decyzja odejᖼ z nizin oznacza𔊫 kompromitację. Przynios𔊫 zag𔊭ę.
 
Ale tak się nie stał. Zwycię៊ł czł poszukujၜ bezpieczeń i pokoju. Przyroda okazywaᐪ się mniej groź przeciwnikiem niż wojny.
 
Zasada ta dotyczy wszystkich ludw gr. Zarwno w Europie, Azji, czy obu Amerykach. To historia Szwajcarw i Tybetaᑌw, Inkw i ludw Kaukazu.
 
A jednocześ historia wojen uczy nas, ៎ wᐪś te ludy, ktre zamieszkał na zawsze w wydawał się najgorszych warunkach na ziemi uchodzၜ z wygodnych i przyjaznych nizin w poszukiwaniu pokoju, są najbardziej bitne, zawzię w walce!
 
To paradoks pozorny.
 
Bo znowu podstawowego wytł nie należ szukać w trudnych warunkach przyrodniczych, ktre ukształł te wszystkie narody, wyją wytrzymaᐮ, dzielne w sporze z przeciwnoᖼ losu.
 
Sednem sprawy byᐪ śść tych grup, ៎ już dalej nie ma się gdzie wycofać! ើ kolejna agresja bᆝ sprawą zmierzajၜą do ich ostatecznego unicestwienia, ៎ tylko zwycię otwiera drogę ku dalszemu istnieniu! Cięż warunki przyrodnicze i konieczność wynikaj𐗎 stၝ samodyscypliny dostarczał jedynie ciał, organizmowi tych ludzi dodatkowych walorw w walce.
 
Ale nie przecież nie tylko ciał i jego możᖼ decydują o istotnej sile walcz𐗎 w grze o istnienie. To wynika z niego samego, z jego osobowoᖼ - jak to moż by w uproszczeniu powiedzieć. Z jego bezustannego ż jakby na skraju ż. Z bezustannego kontaktu z granicą, poza ktrą czł cielesny - zdawał się - wykroczyć nie mo៎. Poza ktrą ginie.
 
Czy ginie?
 
Rzecz wielce wą!
 
Kultury ludw gr, zwᐪ najwyż, wytworzył pojᆜ maj𐗎 pokazać czł możść istnienia poza tę granicą. Wszelkie projekcje reinkarnacji i tego typu idee są tego przyk�. Co wi𑧎! Ludy te w swych religiach potrafił, wobec tak kraᑌ sytuacji, wypracować dość ambiwalentny stosunek do istnienia cielesnego. Zwrcił uwagę na to, ៎ ciał bᆝ𐗎 noś konfliktu ma zdecydowanie drugorzᆝ znaczenie. Bᆝę musiał już niebawem przedstawić ten dramat memu Rozmwcy. Dramat, bo błၝ popeł przez czł potrafi być rwnie wielki jak jego odkrycia.
 
Dolina tonęᐪ w słᑌ! Rozsypane był po niej niewielkie skupiska mał kamiennych domkw z drewnianymi elementami konstrukcyjnymi i jeden wię dom, wyraź pozostałść po kolonizatorach tej ziemi. Sam ś doliny stanowiᐪ rwna łą, bᆝ𐗊 rwnież miejscowym lotniskiem, na ktrym wylၝł nasz samolocik. Po៎ nas szerokim uś ciemnoskry pilot wykrᆜł swj pojazd niemal w miejscu i zaraz odleciał z powrotem za przełᆜ, znikajၜ nam z oczu.
 
Ogarnęᐪ nas niemal zupeł cisza, jakby dolina byᐪ zupeł opuszczona.
 
Stojၜ tak przez chwilę z naszymi torbami na ramieniu przygl𐗚ś się miejscu, w ktrym się znaleźś. Był czystym pię natury.
 
Teraz dopiero był widać jak niewysoko ponad dnem niecki znajdowaᐪ się granica wiecznego ś i lodu. Był to częᖼ zł, gdyż chcၜ dotrzeć do tego ś trzeba by był pośᆜć na to dobry dzień wspinaczki i pokonać wysokość okoł szeᖼ metrw. Ś i lodem trzeba by wspiąć się jeszcze nieco ponad tysiၜ metrw wy៎, by wspiąć się na otaczaj𐗎 nas szczyty, a sama dolina znajdowaᐪ się już na wysokoᖼ ponad trzech tysiᆜ metrw ponad poziomem morza.
 
Sł𔓎 stał niemal nad naszymi gł na cał bezchmurnym niebie, ktrego błę był jakby rozwodniony w porwnaniu z barwą nieba znaną nam z mniejszych wysokoᖼ.
 
Po chwili z najwię w dolinie domu wyszł ku nam trzech ludzi niosၜ zamwione przeze mnie przedmioty. Ruszyliś w ich kierunku wolnym krokiem. Mj Rozmwca szedł kilka metrw za mną nie mogၜ oderwać oczu od ostro rysuj𐗎 się na horyzoncie grzebienia biał szczytw.
 
Powitanie z ludź, ktrzy wyszli nam na spotkanie był krtkie, ale serdeczne, czego nie mgᐫ odczuć nikt, kto by nie znał wcześ ich obyczaju i sposobu wyra៊ swych uczuć w stosunku do innych ludzi. Jednego z nich znaᐮ z poprzedniego pobytu w dolinie, wiᆜ powiedziaᐮ mu, ៎ chciaᐫ postawić nasz namiot w tym samym miejscu, w ktrym biwakowaᐮ przed rokiem. Wskazał pozostał kierunek i ruszyliś ku pł częᖼ doliny. Zdziwił się gdy potwierdziᐮ mu mj zamiar pozostania tu jedynie do nastę dnia, kiedy to zamiast dalszej wᆝwki w gry miaᐮ odlecieć z powrotem na dł.
 
Zdziwienie jego był w peł zrozumiaᐮ.
 
Rzadko kto i rzadko kiedy przemierza drogę do doliny, by pozostać w niej na tak krtko. Ale nie to był najważ. Wą sens przybywania tu na krtko wynikał przede wszystkim z tego, ៎ dla czł nizin byᐪ to już znaczna wysokość i do uzyskania na niej zupeł normalnego samopoczucia i sprawnoᖼ niezbᆝ byᐪ kilkudniowa aklimatyzacja. Pierwsze dni, a przynajmniej pierwszy dzień musiał przynieść pewne perturbacje w normalnym funkcjonowaniu organizmu. Rzadko kto decydował się na to bez perspektywy dalszych wra៎ń, ktrych dostarczyć mogᐪ ta część ś, wra៎ń, po ktre zwykle się tu przyje៍៊.
 
I o tym miał się niebawem przekonać mj Rozmwca.
 
Ale w tym moim szaleń byᐪ oczywiᖼ metoda! Wiedziaᐮ po co to robię i co chciaᐮ przez to osiąąć.
 
Nasi gospodarze złż swj bagaż kilkaset metrw na pł od ostatniej z chat, na lekkiej już tu pochyłᖼ, wznosz𐗎 się dalej coraz bardziej stromym ł ku ośż grom. Wprawnie rozbili namiot, wyposaż go w sprzę do snu, w podstawowe przyrzၝ konieczne do podgrzania pozostaj𐗎 w puszkach poż i wody ze zbiorniczka do zaparzenia granulowanej herbaty. Pozostawili plecak z ciepł ubraniem i bez po៎ odeszli ku swej stanicy, owego pokolonialnego budynku, mieszcz𐗎 wszystko pod jednym dachem - od poczty po dwupokojowy szpitalik.
 
Szybko przyrzၝᐮ skromny, ale poż posiᐮ zakoᑌ kawał czarnej jak smoᐪ czekolady, w ktrej zawartość cukru byᐪ rwnie niewielka jak w herbacie, ktrą wypiliś na koniec.
 
Od wylၝ w dolinie aż do tej chwili mj Rozmwca nie odezwał się ani sł. Teraz zapytał.
 
Po co mnie tu przywiozᐮś?
 
A co? Nie podoba ci się tutaj?
 
Oczywiᖼ, ៎ mi się podoba!
 
Wiᆜ o co chodzi?
 
Uwa៊, ៎ nasza rozmowa w samolocie starczy na dziś?
 
Wcale tak nie uwa៊. - odpowiedziaᐮ.
 
A wiᆜ?
 
Mam nadzieję, ៎ bᆝ ją kontynuować. - powiedziaᐮ spokojnie.
 
A ja mam co do tego poważ wąᖼ.
 
Rzeczywiᖼ? - zapytaᐮ naiwnie.
 
Rzeczywiᖼ. - potwierdził spokojnie.
 
A to z jakiego powodu?
 
Nie wiem, czy dziś bᆝę się mgł jeszcze skupić na czymś, poza tym miejscem! - wyjaśł.
 
Takie robi na tobie wra៎?
 
Owszem! Robi wielkie wra៎. Ale nie to jest najważ.
 
A co? - chciaᐮ, by wyjaśł mi to do ko𔓊.
 
Czuję się jakoś dziwnie... Normalnie, fizycznie czuję się jakoś inaczej... To pewnie ta gwał zmiana wysokoᖼ i...
 
Nic w tym dziwnego! - powiedziaᐮ - Oczywiᖼ! Ta wysokość musi robić wra៎, ale...
 
Nie wiem czy bᆝę się mgł zmusić do intensywnego myś... - przerwał mi - bo teraz chce mi się tylko....
 
... spać. - dokoᑌᐮ.
 
Tak.
 
Toteż wᐪś idziemy spać! - powiedziaᐮ - Obudzimy się wprawdzie bez budzika za jakieś dwie godziny, ale bᆝ to już ostatni sen przed dopiero jutrzejszą nocą.
 
Zdziwił się.
 
Tak to jest! - śᐮ z wyjaś - Gdybyś teraz odpᆝ ten sen kawą, czy jakąś osobistą koncentracją, to nie spalibyś już dziś wcale. Wysokość przede wszystkim odbiera na pierwsze kilka dni sen. Potem wszystko wraca do normy.
 
I po tym krtkim ś... - pytał.
 
Po tym krtkim ś obudzisz się dość wypoczę, a i tak bezsenna noc, ktra nas tu czeka bᆝ... no, powiedzmy... naszym kolejnym dniem do rozmowy.
 
Chytre! - uśął się teraz.
 
Bo ja wiem? - odwzajemniᐮ się podobnym uś.
 
Teraz wytłᐮ mu jak musimy przygotować się do tego snu, tej nietypowej popoł drzemki. Jak musimy się ubrać, bo za niecałą godzinę sł𔓎 zajdzie za gry i temperatura gwał się obniż... i jeszcze kilka innych informacji koniecznych, by dalszy nasz pobyt tutaj uwolnić od niepotrzebnych niespodzianek.
 
Gdy w milczeniu zmienialiś ubranie spojrzał na mnie i zapytał.
 
No wiᆜ?
 
Nie zrozumiaᐮ zrazu.
 
Pytaᐮ cię po coś mnie tu przywizł. Czy tego, co powiesz mi w tę noc nie moż był powiedzieć gdzie indziej?
 
Oczywiᖼ. - odpowiedziaᐮ - Wszystko moż powiedzieć wszᆝ. Ale nie wszystko wszᆝ moż zrozumieć. Są rzeczy, ktre ubrane w szatę słą brzmią... - zastanowiᐮ się chwilę jak to sformułć - ...mo៎ nieraz nawet pię, ale mał przekonywajၜ. Są rzeczy, ktrych trzeba dość. Wiesz..
 
Jakie rzeczy?
 
Jego gł nabrał znowu porannej zaczepnoᖼ. Spojrzaᐮ mu w oczy uważ i zapytaᐮ.
 
Nie wytrzymasz tych kilku godzin?
 
Wytrzymam. Ale nie chcę, by to pytanie... pozostawione bez odpowiedzi... odgonił mi sen, ktry jak sam mwisz, mo៎ być w tych warunkach krtki, ale też i waż dla...
 
No dobrze! - zgodziᐮ się - Chciaᐮ, 𗳫ś przekonał się jak przedziwną osobą jest czł.
 
Tak៎ mnie ogarniaᐪ już senność, wiᆜ musiaᐮ natężć uwagę, by nie gadać zbyt dł, by trafić moż w sedno, ktre chciaᐮ przekazać.
 
Jak potrafi zabierać ze sobą caᐮ ś tam, gdzie się udaje. Jak zabiera je wszᆝ. Zabiera w sobie. Bo one są w nim. W jego mzgu. Jest ich wᐪᖼ i one zależą od niego.
 
Mwiᐮ już teraz ostatkiem sił.
 
Muszą być z nim, jeś tego chce. Bo panuje nad nimi. Nie mogą mu się sprzeciwiać, nawet wtedy, gdy trudno mu się na nich skoncentrować, gdy wszystko niemal co się z nim dzieje jest temu przeciwne. Pomyś! Tu w ten przedziwny zaką przywiozᐮś wszystko! I gdy odzyskasz sił to wszystko tu bᆝ z tobą. Wszystko bᆝ mgł za pomocą swego mzgu wyjąć z całᖼ istnienia, jak z teczki!
 
Musiaᐮ już przerwać, ale zdawał mi się, ៎ wystarczył mu te kilka zdań, bo nie pytał wi𑧎.
 
Gdy uk�ś się w namiocie do snu, za៊ł.
 
Czy tu, na tym koᑌ ś, mwi się o tej porze dnia - dobra noc?
 
Rozweseleni pogrą៊ś się w odpoczynku.
 
Moż! - zakoᑌᐮ nasz krtki dzień - Jak komu wygodnie.
 
Sł𔓎 ocierał się wᐪś o postrzę horyzont, gdy zapadaliś w zasłż sen.

 

NOC, CZYLI PODRŻ DZIEŃ CZWARTY.

INNY POZIOM ISTNIENIA.

Gdy obudziliś się, w dolinie zapadał wieczr.
 
Szczyty po wschodniej stronie lśł jeszcze w słᑌ i sprawiał wra៎ niesł odległ, reszta krajobrazu byᐪ już mroczna, w chatach palono ogień i jego zapach snuł się po bezwietrznej niecce. Znowu zmieniliś ubrania na jeszcze cieplejsze, bo temperatura bardzo już spadᐪ. Zaparzyᐮ herbaty i popijajၜ ją wracaliś powoli do rzeczywistoᖼ. Rzeczywistoᖼ naszych tematw.
 
Spojrzawszy na zegarek stwierdziᐮ, ៎ spaliś nieco ponad cztery godziny. To bardzo duż! Był to dla mnie dobry znak, gdyż wskazywał na dobrą formę fizyczną mego Rozmwcy i umiarkowaną reakcję jego organizmu na wysokość. Nie powinno wiᆜ być tak ź. Liczyᐮ jednak na to, ៎ nie bᆝ cał niewraż na panuj𐗎 tu warunki, gdyż normalna w takich wypadkach reakcja byᐪ mi w pewnym sensie potrzebna. Miaᐮ teraz przystąć do tematw trudnych, wymagajၜ rzeczywistego skupienia. Liczyᐮ wiᆜ na to, ៎ wysokość, znacznie mniejsza niż na nizinach zawartość tlenu w atmosferze, spowolni nasze reakcje, spowoduje wolniejszy rytm wszystkiego co bᆝ się z nami dział.
 
Spowolniona reakcja byᐪ wᐪś normalna i chodził o to, by mj Rozmwca, zamiast , jak był do tej pory, odbierać moje komunikaty na wzr komunikatw prasowych, kontaktował się teraz z nimi w sposb podobny do spokojnego ogl𐗚 albumu dziwnych zdjęć czy mał znanego malarstwa.
 
Krᆜł się trochę nerwowo, wiᆜ zapytaᐮ o co chodzi.
 
Nie mogę się jakoś obudzić. - odpowiedział.
 
Nie przejmuj się! - staraᐮ się go uspokoić, a zarazem częᖼ wyjaść ten stan - To tylko zł. Normalna reakcja na wysokość i inny sk𔊭 powietrza. Ale nie bᆝ nam to przeszkadzał. Zobaczysz.
 
Jesteś pewien? - pytał jeszcze z niedowierzaniem.
 
Tak! Znam to.
 
I by ostatecznie go uspokoić powiedziaᐮ sadowiၜ się wygodnie.
 
Jesteś w swego rodzaju wię. Wię natury! Rż się ono od innych więń tym, ៎ trzymajၜ nas w swej mocy nie robi nam krzywdy. Zmienia nas, przystosowuje niejako do siebie, ale czyni to w sposb naturalny, a wiᆜ tak៎ i ten nasz stan uwię w jej prawach, to spowolnienie, ktre odczuwasz, jest naturalne, dobre.
 
On też zajął teraz wygodną pozycję dopijajၜ resztę herbaty z kubka.
 
Pora na drugi model, ktry obiecaᐮ ci przedstawić. - zacząᐮ powoli.
 
Uhmm! - bąął monosylabiczne potwierdzenie.
 
Mwiᐮ spokojnie i cicho, ale też otaczał nas niemal idealny spokj.
 
Staraj się wyobrazić sobie te obrazy, ktre sprbuję teraz namalować sł. - poprosiᐮ.
 
Kiwnął nieznacznie głą, na znak ៎ zastosuje się do mojej proᖻ.
 
Przypomnij sobie jak wygl𐗚ą pokazy sztucznych ogni...
 
...rozpryskują się one na tle ciemnego nieba...
 
...ka៍ rozprysk ma swoje centrum... to wᐪś miejsce, gdzie taki pocisk wybucha... zapamię to centrum...
 
...zapamię też te smugi... czyli jakby drogi, ktre te gwiazdeczki przemierzają od takiego centrum a nastę powoli opadają na ziemię, w dł...
 
Widzisz to wszystko?
 
Widzę! - odpowiedział spokojnie.
 
Ten jego spokj potwierdzał me oczekiwania. Wydawał się wiᆜ, ៎ warunki w ktrych się znaleźś idealnie wrᆜ spełą swe zadanie.
 
Mwiᐮ dalej.
 
A teraz postaraj się wyeliminować z tego obrazu wszelki dźę...
 
...postaraj się nie słć huku wybuchw tych rakiet...
 
...postaraj się wyeliminować gwizd ich lotu...
 
...postaraj się odnaleźć w tym obrazie jak najwięą ciszę...
 
...udaje ci się?
 
Częᖼ. - odpowiedział.
 
Wystarczy. - uspokoiᐮ go - Zapamię tylko, ៎ cisza jest bardzo waż elementem tego modelu. A teraz...
 
...staraj się wyobrazić sobie, ៎ wszystkie drogi tych gwiazdeczek, ktre oddalają się siłą wybuchu od swego centrum... są absolutnie proste...
 
...oddalają się od tego centrum we wszystkich kierunkach, ale są proste... bo nie dziaᐪ na nie, na te gwiazdeczki, 𗲭 siᐪ przycią... jakby wszystko to odbywał się w jakiejś prż....
 
...wyobra៊ to sobie?
 
Tak!
 
A teraz postaraj się zlikwidować z tego obrazu te gwiazdeczki...
 
...tak, jakby ich nigdy nie był...
 
...jakby odleciał gdzieś daleko w nieosiąą dla oka przestrzeń i jakby pozostał widoczne jedynie te ich drogi...
 
...te ś jakby promienie...
 
Zawahaᐮ się na chwilę, czy nie popełᐮ błᆝ, czy użᐮ dobrego sł. Nie byᐮ zadowolony, wiᆜ postanowiᐮ się poprawić.
 
Posł...
 
...sprbujmy pozostać przy okreś - drogi pozostawione przez te gwiazdeczki...
 
...postaraj się skojarzyć to sobie raczej z jakąś drogą niż z promieniem...
 
... z drogą, po ktrej coś się poruszał...
 
...porusza...
 
...zgoda?
 
Zgoda... - powiedział, a ze sposobu wypowiedzenia tego sł, jego intonacji i jakby zawieszenia gł, jakby z niedokoᑌ wypowiedzianego wyrazu - a przecież nie chciał wcale mwić dalej - wywnioskowaᐮ, ze mj Rozmwca jest mocno skupiony na projektowanym przez swą wyobraźę obrazie.
 
Teraz postaraj się dodać do tego...
 
...ile tylko mo៎...
 
...na począ nie za duż, by obraz nie stracił przejrzystoᖼ...
 
...kolejne takie oś...
 
...centra...
 
...postaraj się, by był ich moż coraz wi𑧎...
 
...w rzeczywistoᖼ jest ich nieskoᑌ ilość...
 
Zamilkᐮ na chwilę, by dać mu czas na zbudowanie takiego obrazu i oswojenie się z nim.
 
Po chwili opowiadaᐮ dalej, ale zaczynaᐮ się obawiać, czy niepotrzebną niecierpliwoᖼą i prbą przyspieszenia ostatecznej konstrukcji nie popsuję nagle tego, co on tak dobrze budował. Postanowiᐮ wiᆜ też ewentualnie uprzedzić ten błၝ i uspokoić go.
 
...i nie ś się...
 
...powoli zbudujemy ten model do ko𔓊...
 
...dodamy do niego jeszcze tylko trzy elementy...
 
...tylko spokojnie... bez poś...
 
...postaraj się teraz maksymalnie zmniejszyć te centra...
 
...te węł tych jakby sieci...
 
...ale niech one zostaną, tylko...
 
...niech nie bᆝą zbyt agresywne...
 
...niech nie dominują w całᖼ tego obrazu.
 
....Udaje ci się?
 
Chyba tak! Ale nie pytaj mnie o to zbyt czę! Lepiej mw cią. Powoli, ale mw. - powiedział.
 
Musiaᐮ jednak jeszcze sprecyzować jeden z elementw metody. Zapytaᐮ wiᆜ.
 
Ale mogę czasem robić przerwy?
 
W porzၝ. Tylko maluj dalej.
 
Mwiᐮ wiᆜ.
 
Pamię, ៎ tam gdzie te promienie się przecinają...
 
...powstają kolejne węł...
 
...ale niech to się nie staje cią...
 
...niech one powstaną, utworzą się...
 
...niech ich powstanie na tych skrzyż tyle, ile potrzeba, ale...
 
...niech potem ta ilość jakby się ustali, by całść obrazu byᐪ niejako statyczna...
 
...teraz postaraj się, 𗳫 zapanował w tym okreś porz𐗞...
 
...na przyk𔊭, 𗳫 odległᖼ pomiᆝ wszystkimi węł był jednakowe...
 
Teraz zrobiᐮ dłżą przerwę, by po chwili najciszej jak tylko moż opowiadać dalej.
 
Duż tych drg, prawda...?
 
...bardzo duż...
 
...są jasne...
 
...musi wiᆜ gdzieś zniknąć ciemność nieba, na ktrym zaczęś malować ten model...
 
...skoro znika ciemność...
 
...to na jej miejsce wchodzi śł...
 
...śł jest drogą skၝś dokၝś...
 
...a wiᆜ tę ciemność wypełą kolejne drogi...
 
...ale one nie nak�ą się na siebie...
 
...są obok siebie...
 
...nie kolidują ze sobą...
 
...w koᑌ wypełą wszystko i ciemność zupeł znika...
 
Tu wᐪś przerwa byᐪ niezbᆝ. Trudność przedstawienia sobie tego obrazu byᐪ przecież wrᆜ niesamowita. Promienie wypeł𐗎 cał przestrzeń, a jednocześ nie stapiaj𐗎 się ze sobą ... Struktura ta musiaᐪ zachować dwa zasadnicze elementy... doskonaᐮ wypeł, czyli brak poza tymi drogami, promieniami, śᐪ czegokolwiek, a jednocześ ich absolutną niezależść od siebie poza węᐪ. W 𗲭 wypadku nie mogł się ze sobą zlać w jakąś masę! Absolutnie nie! Był to wᐪś zaprzeczeniem tego, co staraᐮ się przekazać.
 
Ale przerwa w mej opowieᖼ nie mogᐪ być też zbyt dł, gdyż niedobudowanie prezentowanego modelu grozić mogł jego rozpłᆜ się. Trzeba był utrzymać aktywność mego Rozmwcy do chwili, gdy struktura uzyska swą kompletność, gdy jakby zwią៎ się z elementem zasadniczym, o ktrym mwiᐮ mu przy budowaniu poprzedniego modelu. Staraᐮ się wiᆜ dokoᑌć - teraz już jak najszybciej.
 
Jeszcze chwila...
 
...postaraj się teraz jak gdyby dojść jak najbli៎ do ktrejś z tych drg...
 
...nie bj się...
 
...tylko rb to powoli...
 
...skup się jeszcze trochę...
 
....
 
...teraz zajrzyj do jej wnę...
 
...tam jest sama energia...
 
...tam od węᐪ do węᐪ przepłą miliony informacji...
 
...nie wiadomo dokၝ one płą...
 
...nie wiadomo skၝ pochodzi ka𗳚 z nich...
 
...nie zastanawiaj się teraz nad tym...
 
...kiedyś wrcimy do tego...
 
Ostatnie zdania staraᐮ się mwić coraz ciszej, bo trzeba był teraz mego Rozmwcę na chwilę pozostawić sam na sam z zaprojektowanym modelem struktury.
 
Jeś to zrozumiał, jeś zobaczył ten model...
 
Staraᐮ się zachować jak najwięą ciszę. Lekkie trzepotanie na niewielkim wietrze p𔊬 naszego namiotu utrzymywał nas w niezbᆝ kontakcie z rzeczywistoᖼą, ale nie mogł nam w niczym przeszkadzać. Towarzyszył zresztą przez cał czas budowaniu wizji modelu, wiᆜ nie nale៊ł do dźęw mogၜ zakłcić harmonię, w poczuciu ktrej trzeba skupić się na takich modelach, by je zrozumieć i zapamięć.
 
Mj Rozmwca le៊ł niemal na wznak, oczy miał przymknię, czy zamknię, w mroku nocy nie byᐮ w stanie tego odrżć. Oddychał powoli, miarowo. Czuᐮ w nim uspokojenie.
 
Patrzyᐮ na bezchmurne niebo peł gwiazd. Księż musiał być gdzieś w pobliż, za jedną z otaczajၜ nas gr, gdyż obdarzał wieczne ś i lodowce swym odbitym śᐮ. Śᐮ ᐪ i chociaż był to przecież odbite promienie sł𔓊, w niczym sł śᐪ nie przypominał. Ś i ld był w tym ś granatowo-sine, jak w jakimś dyskotekowym rozbł, tyle ៎ trwał i spokojnym. Dla mnie noc wysoko w grach jest uosobieniem spokoju. Zawsze odnoszę w tym otoczeniu wra៎, ៎ nie istnieje czas.
 
A czy istnieje?
 
Czas?
 
Przecież wiem, ៎ w istocie nie istnieje! ើ jest tylko pomysᐮ czł. Pomysᐮ koniecznym do jakiegoś uporzၝ zdarzeń nastęၜ w ludzkim mniemaniu po sobie, a wiᆜ wcześ lub pź.
 
W istocie przecież wszystko to, co jest dla nas zdarzeniem, a wiᆜ konglomeratem, zestawieniem, w jakiś sposb zwią ze sobą na chwilę drobnych elementw wszechogarniaj𐗎 całᖼ - istnieje zawsze, a wiᆜ nie po sobie, tylko obok siebie!
 
A w ka៍ razie stale i nieprzerwanie istnieją wszystkie elementy, z ktrych sk� się to, co w ję naszej kultury okreś jako zdarzenie.
 
Taki wᐪś, wᐪᖼ temu a nie innemu momentowi, zestaw elementw, a wiᆜ takie wᐪś zdarzenie, ktre obserwujemy, a nastę umieszczamy w czasie - zwykle już przeszł, bo sam fakt zaistnienia dla nas czegoś automatycznie przesuwa to w przeszłść - mo៎ przecież nastąć ponownie! Mo៎ nastąć jeszcze nieskoᑌą ilość razy, a wiᆜ nie jest wcale pewne, ៎ nasze przesuniᆜ czegoś w przeszłść ma w ogle jakiekolwiek uzasadnienie. Mo៎ gdybyś majၜ tego śść, umieszczali to co poznaliś od razu w przyszłᖼ, jako coś co nie tyle się zdarzył - ale co dopiero się zdarzy, a my jedynie już o tym wiemy - to mo៎ wᐪś zdalibyś sobie sprawę z tego, ៎ pojᆜ czasu jest niczym innym, jak zwodniczym wymysᐮ naszego upraszczaj𐗎 wszystko umysł?
 
Mj Rozmwca, ogarną mam nadzieję model struktury mu przedstawiony i pozostawiwszy go gdzieś w swej pamiᆜ, powoli odnajdywał mą obecność w pobliż.
 
Ale nie mwił jeszcze nic.
 
Prba ję!
 
Tak!
 
To co przed chwilą zrobiᐮ był prbą ję. Kolejną prbą!
 
Czy udaną?
 
Czy takie przekazywanie modeli struktury jest rzeczywiᖼ jakimś istotnym przekazem? Czy stanowi istotną informację, czy tylko pomaga w jakimś nakreś w wyobraź obrazu, ktry 𗲭 istotnej informacji o strukturze nie zawiera?
 
Ję informuje oczywiᖼ o elementach obrazu, elementach z ktrych moż go zbudować. Obrazu, ktry jest, a przynajmniej mo៎ być modelem struktury. Informuje wiᆜ dość sprawnie o modelu! Ale czy poprzez ten model informuje o strukturze, ktrą stara się ujawnić?
 
Na szczęᖼ mj Rozmwca nie zadawał sobie takich pytań, bo to nie on starał się odsłć tę kurtynę utkaną z naszej europejskiej kultury. Na szczęᖼ! Bo gdyby znał natę៎ mych wahań, mej niepewnoᖼ czy nasza podrż zakoᑌ się czymkolwiek istotnym, czy ma ona w swym zał៎ jakikolwiek sens - pewnie zaᐪᐫ się pod tym cię៊ i zrezygnował z tej niewielkiej szansy, ktrą przecież mieliś, a ktra wynikaᐪ z naszej wiary.
 
Pierwszym sł, ktrym obdarzył mnie po dłż chwili milczenia był sł pię.
 
Pię! - powiedział po prostu.
 
Ucieszyᐮ się, bo mogł to znaczyć, ៎ model nie był zł. Rzeczywistość, ktrej miał dotyczyć byᐪ przecież czymś niesł pię. Czymś najpię co znaᐮ! Najpię nie tylko w kategoriach estetycznych, ale najpię w ogle. We wszystkich kategoriach, ktre rzadko kiedy kojarzą się ze sł pię. Czę też zbli៊ą się do znaczeń takich jak wspaniał, wielki, cudowny - a nawet takich jak radosny, spokojny, wesoł, dobry...
 
Ale mwiၜ sł pię, sygnalizował mi przynajmniej, ៎ chociaż coś z owej istoty rzeczy stał się jego udziaᐮ, ៎ przynajmniej z częᖼą nawiął kontakt i ៎ byᐪ to rzeczywiᖼ część tego, o czym mwiᐮ.
 
Wiele mieliś sobie jeszcze tej nocy powiedzieć. Toteż nie śᐮ się z nawią dalszej rozmowy. Mieliś wystarczajၜ duż czasu przed sobą, by spokojnie czekać na najodpowiedniejszy moment.
 
Teraz mj Rozmwca powoli żł z trudem odgryziony kawaᐮ na kość wysuszonego suchara. Zaparzyᐮ ś៎ herbaty. Gdy przyjemne ciepł rozpłęł się po naszych cia𔊬, powiedział.
 
To rzeczywiᖼ pię model! - uśął się - Cieszę się, ៎ś mi go pokazał.
 
Na chwilę ogarnął mnie smutek.
 
Dlaczego?
 
Musiaᐮ mu teraz powiedzieć rzecz pewnie mał przyjemną, ale był to mj obowią. Obowią nie tylko poinformowania go o tym, co staraᐮ mu się przedstawić, ale tak៎ ku czemu to wszystko zmierzał. Smutek natomiast brał się stၝ, ៎ doskonale wiedziaᐮ jaka przepeł go radość, a tymczasem był to dopiero począ drogi, ktra powoli otwieraᐪ się przed nim, drogi do prawdziwej radoᖼ z poznania.
 
Daleko jeszcze! Bardzo daleko!
 
Cieszę się rwnież, ៎ udał mi się go jakoś naszkicować. - powiedziaᐮ.
 
Jesteś mistrzem! Zrobiᐮś to wspaniale! - po raz drugi, w czasie naszej podrż, usłᐮ z jego ust pochwałę.
 
Dzięę! - odrzekᐮ - To miᐮ z twojej strony, ៎ mi to mwisz.
 
Znw chwilę milczeliś.
 
Czasem... - opowiadaᐮ teraz - ...ale nie zbyt czę, w okolicach bieguna ziemi nastę dziwne zjawisko. Zjawisko wprawdzie znane uczonym, ale jeszcze nie do ko𔓊 zbadane są jego fizyczne mechanizmy. Widziaᐮ kiedyś na jakimś wyk𔊭 krtki film, zrobiony przez jednego z profesorw badajၜ ten fenomen.
 
Polega to jakby na jednoczesnym wystą bardzo wielu piorunw... mo៎ nie koniecznie piorunw, ale w ka៍ razie wielu na raz, ale nie powią ze sobą wy𔊭ń elektrycznych. Wy𔊭ń we wszystkich kierunkach naraz.
 
Wiesz! To był niesamowicie kolorowe, niesamowicie potęż, a jednocześ niezwykle ᐪ, spokojne, harmonijne. Wydawał się jakieś nieprawdopodobnie dalekie, ale jednocześ bliskie, jakby twoje wᐪ. Lodowate swym spokojem i porzၝ, a jednocześ nad wyraz ciepᐮ specyficznym kolorytem. Oderwane od ziemi, a jednocześ tak fantastycznie z nią... zwią? - powiedziaᐮ, jakby sam sprawdzajၜ wartość tego okreś.
 
Po chwili kontynuowaᐮ opowieść.
 
To co widziaᐮ na tym filmie był bardzo podobne do tego, co prbowaᐮ ci przed chwilą opowiedzieć, naszkicować, przekazać. Mo៎ to traktować jako, powiedzmy, trzeci model.
 
Miał tylko jedną wadę.
 
Na filmie był pᐪ jak placek. Utracił to, co był w tym wszystkim najważ, a mianowicie swą wielokierunkowość, swą wszechogarniajၜą przestrzenność. Struktura, o ktrej ci opowiadam ma przecież wi𑧎 wymiarw niż mo៎ sobie wyobrazić uwię w naszych znanych, skromnych trzech wymiarach. Bez tego wielowymiarowego charakteru całść tego o czym opowiadam nie ma 𗲭 sensu. Jest tylko zwykᐪ szkicowaniem wyobra៎ obrazw. *
 
Przez chwilę musiaᐮ się zastanowić nim znalazᐮ wᐪᖼ teraz porwnanie.
 
Wiesz jak moż by sobie mniej wi𑧎 wyobrazić przestrzeń o wię iloᖼ wymiarw niż nasze trzy? - zapytaᐮ.
 
Skၝ៎! Rzeczywiᖼ jesteś więź wysokoᖼ, dłᖼ i głᆛᖼ. - odpowiedział zaciekawiony.
 
Przypominasz sobie jak wygl𐗚 dobrze oszlifowany kryształ? - zapytaᐮ.
 
Oczywiᖼ.
 
Wiesz jaka jest funkcja takiego szlifu? - drążᐮ dalej jego wyobraźę.
 
No! - Chyba uroda?
 
Uroda, oczywiᖼ! Ale czego uroda?
 
Tego kryształ przecież.
 
No tak! Ale na czym polega ta uroda kryształ?
 
Nie wiem! - dał za wygraną.
 
Na przepł przezeń śᐪ, a ᖼś na jego zaᐪ. - tłᐮ teraz ten prosty fakt - Kryształ jest pię nie samym sobą, ale śᐮ w sobie. Tym, jak to śł zaᐪ. Rozumiesz?
 
Tak! Rozumiem. - i aż zawstydził się, ៎ zapomniał o tak oczywistej rzeczy.
 
Kryształ zaᐪ śł w tylu kierunkach i w takich kombinacjach, jakie wymyś mu szlifierz. Tych kombinacji jest przecież praktycznie niezliczona ilość. Wᐪᖼ nie istnieją dwa identyczne szlify kryształ.
 
I teraz gdybyś mogli załżć, choć przed tym wᐪś zał៎ cofa się bojaź nasza wyobraź, ៎ ka៍ z uk𔊭 czterech prostopadł do siebie pᐪ - a jest ich w takim krysztale kilka - to jakby inny ś, to bylibyś dość blisko.
 
Bo posł! Te ś był ustawione w stosunku do siebie ani prostopadle, ani rwnolegle - był ustawione do siebie wᐪś krystalicznie. Osie ka𗳞 z tych św był ustawione w stosunku do siebie jakoś - powiedzmy - krzywo. Jasne?
 
Do tej pory jasne. - odpowiedział.
 
No to teraz - jeś załż, ៎ ka𗳚 z tych brył złż z krzywych w stosunku do siebie pᐪ jest innym ś, albo chocia់ innym jego poziomem, innym przejawem, innym wymiarem, jak chcą to nazywać niektrzy - a jednocześ to wszystko jest zawarte w tym samym krysztale jako całᖼ... to pomiᆝ tymi ś - skoro są w tym krysztale połၜ - musi istnieć co najmniej jeden - nazwijmy go krystaliczny - wymiar wsplny tym wszystkim ś. A wiᆜ dla ka𗳞 z tych św wymiar pozaś, a jednak im wszystkim wsplny! Rozumiesz to? Co najmniej jeden taki wymiar!
 
Nie rozumiem, ale wyczuwam w tym jakąś logikę. - odpowiedział i zamyśł się.
 
Prba ję! - powiedziaᐮ tajemniczo i byᐮ zadowolony, ៎ nie przyczepił się do tego okreś. Dodaᐮ wiᆜ szybko - Trudno przekazać sł coś, czemu one nie słżą.
 
Pᐪś się teraz w tej ciszy i przestrzeni.
 
Gdyby nie to, ៎ czuliś pod sobą ziemię, na ktrej le៎ś, moż by pomyść, ៎ jesteś zawieszeni gdzieś w bezkresie wszechś, pomiᆝ jednym uk� sł, a innymi. Cudowna noc i dobrze mi się rozmawiał.
 
Byᐮ peᐮ nadziei!
 
Ale posł... - postanowiᐮ kontynuować moją opowieść - ...ten model... tak... to co ci opowiedziaᐮ to pewnie jest model, ale... o ile udał mi się dobrze ci go przekazać, to...
 
Teraz musiaᐮ szybko odnaleźć w sobie tyle sił, by zdradzić mu znaczną część mojej tajemnicy.
 
...to on wᐪś, ten model - jest bardzo podobny do struktury naszego istnienia jako całᖼ...
 
Musiaᐮ znowu nabrać powietrza w pł.
 
Baᐮ się!
 
Baᐮ się po prostu powiedzieć to, co miaᐮ wᐪś do powiedzenie.
 
Bo teraz musiaᐮ zwierzyć się memu Rozmwcy. Zwierzyć się, czyli objawić coś, na co nie mam pokrycia w jakichkolwiek dowodach. W co mgł jedynie albo uwierzyć, albo odrzucić.
 
Na tym ona polega! Ten model jest opowieᖼą o niej samej, Jest prbą przekazania tej kompletnej struktury, jest jakby jej portretem. Bo ja wiem? - zrobiᐮ chwilę przerwy - Staraᐮ się opowiedzieć ci o rzeczywistoᖼ! Nie tylko przedstawić jej model. O rzeczywistoᖼ, w ktrej przebywam zawsze gdy chcę. Z ktrą kontakt jest całą moją siłą! Jest moją wiedzą podstawową.
 
Zamilkᐮ.
 
Prawdę powiedziawszy wyznanie to kosztował mnie wi𑧎 niż wszystkie dotychczasowe opowieᖼ.
 
Teraz już byᐮ wobec mego Rozmwcy bezbronny, nagi i s𔊫. S𔊫ᖼą czł, o ktrym wiadomo rzeczy zasadnicze, wᐪᖼ wszystko, bo reszta jest już tylko dodatkiem, drobiazgami bez znaczenia.
 
Silny byᐮ teraz nie ja!
 
Teraz jaką wartość przedstawiaᐪ jedynie moja wiedza, ktra jeś oka៎ się waż dla mego Rozmwcy, rwnocześ przywrci siłę swemu posiadaczowi. Natomiast jeś on uzna, ៎ ta wᐪś wiedza go nie interesuje, nie jest dla niego waż, ba, nie jest 𗲭ą wiedzą, jest brednią, maniactwem, przywidzeniami... to stanę się dla niego nikim. Nosicielem bredni, przywidzeń, manii. Workiem gł.
 
Stanę się tylko ś.
 
Oczywiᖼ mogᐮ jeszcze uciec się do ostatniej deski ratunku. Do szczeglnych umiejęᖼ wynikajၜ z mej wiedzy. I tym oczywiᖼ zaskoczyᐫ go na tyle, by znowu zmusić go do zainteresowania. Ale o to mi nie chodził. To był dla mnie zupeł nieważ.
 
Podjąᐮ przecież prbę ję, a wiᆜ wszystko co był dziaᐪ pozaję w obecnej fazie uwa៊ᐫ za trick, za chwyt słżၜ utrzymaniu się na poziomie. Bo jeś prba ta okaza𔊫 się nieudana, chybiona, ję nie byᐫ w stanie przenosić informacji o ktrych przeniesienie mi teraz chodził, to wszystko na razie nie miał sensu!
 
O trickach z mojej strony mowy być nie mogł, chociaż to, co ze szczeglnych moich umiejęᖼ byᐮ w stanie wykorzystać na swą obronę, był faktem, zdarzeniem rzeczywistym w kategoriach fizyki i w ka៍ innych - nie ucieknę się do tego.
 
Dlaczego?
 
Bo nie chodzi mi wcale o mj wᐪ prestiż, o moją pozycję chocia់ w stosunku do tego czł! Chodzi mi o rzecz o wiele ważą i tylko o nią. O komunikację! O znalezienie drg komunikacji, ktre umożł ka𗳞 czł korzystanie z wiedzy, ktrą ja posiadᐮ. O otwarcie drogi!
 
Mj Rozmwca, ktrego zresztą bardzo polubiᐮ w cią tych kilku dni, nie był dla mnie w 𗲭 wypadku jakimkolwiek miernikiem wartoᖼ ani mojej osobiᖼ, ani mojej wiedzy, czy jak kto woli ujawnianej wᐪś tajemnicy! Pod tym wzgl𑧞 był nikim! Był po prostu uczestnikiem mego eksperymentu! Prby ję! Eksperymentu, ktry miał mi odpowiedzieć na podstawowe dla mnie teraz pytanie - CZY WIEDZĘ KTRĄ POSIADᐞ MOŻ PRZEKAZAĆ ZA POMOCĄ KONWENCJONALNYCH NARZᆍ EUROPEJSKIEJ KULTURY - NA PRZYK𔆭 ZA POMOCĄ JĘ!?!
 
Dlaczego był to dla mnie tak bardzo waż?
 
...
 
Pź!
 
Pź to wyjaśę!
 
Teraz muszę wrcić do relacji z tej kolejnej nocy-dnia naszej rozmowy, rozmowy, ktra pewnie poza urodzeniem czy poczᆜ - nie wdawajmy się obecnie w te sprawy - byᐪ trzecim najważ etapem mojego osobniczego istnienia.
 
Niedomyś powiem, ៎ drugim z tych najważ momentw był niewą dzień, gdy po raz pierwszy znalazᐮ się poza granicą zmysł ś i poznaᐮ rzeczywistość, ktra dziś jest moim skarbem zakopanym jeszcze niestety.
 
Mj Rozmwca jakby nagle natężł uwagę, stał się czujny i napię.
 
Czy wystraszył się tego co usłł?
 
Nie wygl𐗚ł to na to.
 
Miaᐮ nadzieję, ៎ raczej zdał sobie sprawę z tego, ៎ jesteś w zasadniczym punkcie naszej drogi i ៎ mimo niecodziennych warunkw należ zachować maksymalną trzeźść umysł i koncentrację.
 
Oczywiᖼ nie był nic dziwnego w tym, gdyby się po prostu wystraszył! Znajdujemy się wysoko w grach, wprawdzie w jakimś ludzkim osiedlu, ale z zamieszkał tam ludzi widział tylko trjkę i to przez krtką chwilę, a teraz znajdowali się oni w tł wacie granatowo-sinej nocy, daleko. Nie daᐫś rady ich przywoᐪć.
 
Mo៎ biegiem... ale przecież ku czemu, do kogo, po co...
 
...a tuż obok, w tej niemal wiᆜ bezwzglᆝ samotnoᖼ... samowtr powiedzmy... jest ktoś, kto oznajmia ci, ៎ gdy chce przebywa w ś modeli?... kto wie wᐪᖼ w jakim... w ka៍ razie w jakimś innym... ? mo៎ jest szalony...? mo៎ przebywa tam gdy rzeczywiᖼ chce, a wtedy...? mo៎ posiada jakieś nieznane, a wiᆜ groź zdolnoᖼ, sił...? mo៎ za chwilę z nich skorzysta... i co wtedy...? i tak dalej i tak dalej!
 
Ten cią myś... naturalny w takiej sytuacji... a tak៎ towarzyszၜ mu lę a nawet strach... nie był wcale czymś niemoż. Narzucał się niemal! Toteż zrobił mi się mego Rozmwcy jakby ៊.
 
Ale zrozumcie! Też nie bardzo wiedziaᐮ co mam teraz zrobić! Też nie za bardzo miaᐮ wybr!
 
Stał się tak, ៎ przez chwilę cię៊ caᐮ tej przygody, tej przecież dość dziwnej i nieokreś sytuacji, w jakiej znajdowaliś się od chwili tego spotkania na moᖼ w naszym mieᖼ - spoczął na jego barkach i teraz tylko on musiał zdecydować co z nim zrobi.
 
Odrzuci... odrzuci i wybrawszy konwencję, kulturę, znane normy zachowania odejdzie ku pokolonialnemu domowi w dolinie (tyle śᐪ jeszcze w niej był, ៎ moż taką drogę przedsięąć) gdzie jest cywilizacja europejska.. telefon.. urzᆝ jakiegoś pań.. gdzie moż spodziewać się pomocy w wyrwaniu się z tej przedziwnej sytuacji... gdzie moż doprowadzić do zerwania kontaktu ze mną... z moimi modelami... z moją tajemnicą...
 
Gdzie rzeczywiᖼ za pomocą pomarszczonych, jakby starych (a to przecież nie prawda) ludzi o ciemnej skrze i lśၜ-czarnych wł moż bez trudnoᖼ natychmiast wrcić do EUROPY, chociaż oni wᐪś (o paradoksie) bᆝၜ tu w tych grach przedstawicielami, funkcjonariuszami, str៊ europejskiej kultury... sami nie mieliby nic przeciwko temu, by z facetem mwiၜ takie rzeczy jak teraz ja, spᆝć spokojnie i bez najmniejszego zdziwienia noc, choၻ najdłżą, pod cienkim dachem namiotu i wśd tych nieogarnionych sił przyrody, ktrych zasadę, strukturę, tajemnicę podobno poznał ten facet .
 
Wszystko to był przecież technicznie moż!
 
Czy też mo៎ Rozmwca mj zdecyduje się na rzecz przeciwną?
 
Zostanie! Nie odczuje lę! Zamiast tego zapragnie iść dalej ze mną poprzez kolejne progi tajemnicy, opowiadania, wtajemniczenia...
 
Stop!
 
Absolutnie nie!
 
Protestuję przeciw wᐪ myś!
 
𗮭 wtajemniczenia!
 
Nic z tych rzeczy!
 
Nie!
 
Nie jestem 𗲭 szamanem, nie jestem wtajemniczony!
 
Jestem normalnym czł, ktry za pomocą normalnych, danych mu z natury instrumentw, pojął coś z tego naszego istnienia! Na razie tylko nieco wi𑧎 niż inni! Ale tylko to, co inni mogą też... zawsze... pojąć, poznać, doznać... wiedzieć.
 
On to wie przecież!
 
Staraᐮ się bez przerwy mu to sygnalizować! Wszystkim! Postę, obyczajami... wszystkim. Jedynie moje sł w tej prbie ję oznajmiał co innego niż opowieᖼ przecię towarzysza turystycznej wyprawy.
 
Czy on na pewno to wie?
 
Czy mimo wszystko ję nie jest silniejszy od rzeczywistoᖼ dotykalnej, ktrą przecież byᐮ ja sam, moje obyczaje, zachowanie, postę... wszystko?
 
Oto wᐪś prba, ktrej byliś obaj poddani w cią tej nocy gwiaឭ i peł księż, wysoko w grach innego niż nasz kontynentu, w samotnoᖼ niemal doskonaᐮ - razem...
 
... na krok przed dzieᐮ dotychczasowego mego ż...
 
... na krok przed począ jego, być mo៎ dł i trudnej, drogi ku prawdzie, o strukturze...
 
...o czym...?
 
Zostawmy to teraz.
 
A wiᆜ noc i my obaj pośd niej jak gwiezdny pył...
 
Nie wolno mi był teraz pofolgować mu! Ulżć cię៊, ktry spoczywał na nim od kilku minut! Nie wolno mi był niczym przerwać tej chwili.
 
Ani sł, ani ruchem - niczym!
 
Musiaᐮ czekać na jego wyrok. Wyrok być mo៎ nad nami?
 
A na pewno nad moją prbą ję, nad tym, czym bᆝę się zajmował potem w najważ obszarze mego istnienia.
 
W zachowaniu mego Rozmwcy nie zaszᐪ 𗲭 zmiana.
 
Uważ patrzył na mnie i trwał wᐪᖼ w bezruchu, jeś nie liczyć miarowo i spokojnie podnoszၜ się i opadajၜ w oddechu piersi i nieznacznego poprawienia pozycji ciaᐪ wciśę w zwinię pod jego plecami ś i koce.
 
Nie zdjął ze mnie swego spojrzenia uważ, ale o powoli s𔊫ၜ napiᆜ, gdy zapytał.
 
A wiᆜ bywasz tam... w tej uspokojonej, harmonijnej siecioprzestrzeni... - i po krtkiej przerwie postawił jak gdyby twardy znak zapytania - Tak?
 
Tak! - odpowiedziaᐮ.
 
Chwilę jeszcze milczał, ale patrzył na mnie.
 
Kiedy chcesz?
 
Tak! Od pewnego czasu kiedy chcę.
 
Tak... ot....? - teraz trochę mocniej zaakcentował swe pytanie.
 
No! Nie zupeł. Wymaga to jeszcze pewnego wysił. - odpowiedziaᐮ, ale mj ton przestał być teraz informujၜ. Broniᐮ się tylko.
 
Dawno?
 
Nie odpowiedziaᐮ natychmiast, bo nie chciaᐮ zbyt ᐪ ulegać jego naciskom, coraz bardziej odczuwalnym w pytaniach.
 
Wymagał to szeregu ćń... powiedzmy to precyzyjniej... po pierwszym przekroczeniu tej granicy... no... po prostu pragnąᐮ być tam znowu... to nie był takie ᐪ... ja wiem...? mo៎ modliᐮ się o to, by znaleźć się tam znowu.
 
Skoᑌᐪ się jego agresja. Zamilkł znowu na dłżą chwilę. Wiedziaᐮ, ៎ teraz rodzi się w nim decyzja.
 
Opowiadaj dalej! - powiedział spokojnie, gdy już ją w koᑌ podjął.
 
Był znw rozluź jak przedtem.
 
Uznaᐮ to za dobry dla mnie znak! Widać, postanowił dalej uczestniczyć w naszych rozmowach.
 
Widzisz... - zacząᐮ wiᆜ - ...ja wiem, ៎ to mo៎ trochę szokować... to co mwię...
 
Nie przejmuj się! - przerwał mi - Mnie to nie szokuje! A jeś nawet, to po to wᐪś zgodziᐮ się wziąć udział w tej eskapadzie, by dowiedzieć się czegoś istotnego.
 
O.K. - ucieszyᐮ się z tego, co powiedział - Jedziemy wiᆜ dalej?
 
Jedziemy! - odpowiedział i uśął się do mnie uspokajajၜ. Widać wiedział ile mnie to w tej chwili kosztuje.
 
Teraz najważ jest to, byś zrozumiał ៎ to nie jest tak, ៎ ja się tam przenoszę.
 
Oczywiᖼ użś w naszej rozmowie do tej pory takiego okreś, ale był to przecież okreś - powiedzmy - robocze. Rozumiesz to przecież.
 
Rozumiem. - potwierdził.
 
To dobrze! - powiedziaᐮ i przystąᐮ do najtrudniejszego - Tam nie trzeba się przenosić, gdyż my wszyscy i wszystko co istnieje jest wᐪś wewną tego uk𔊭. Trzeba tylko poszerzyć zakres swych dośń, swego widzenia, bycia, poznawania, wykroczyć poza zwykłą, znaną nam na podstawie doś zmysł - strukturę. Trzeba poszerzyć...
 
...swoje istnienie - dokoᑌł za mnie.
 
Nie dok𔊭! - zaprotestowaᐮ po krtkiej chwili zastanowienia - Nie tyle istnienie - co śść tego istnienia! Rozumiesz rżę w tym sformuł?
 
Nie bardzo!
 
Nasze istnienie jest nam dane! Jest dane takie jakie jest. Ale śść tego istnienia to coś innego. - znowu postanowiᐮ posłżć się paralelnym obrazem - Wyobraź to sobie na przyk𔊭 bardzo materialnym.
 
Czł rodzi się w jakiejś wiosce, na przyk𔊭 gdzieś w ś bezkresnej Syberii. Wokł, poza wioską, po sam horyzont jest step. Los tego czł tak się ułżł, ៎ nigdy nie musiał przekraczać tego horyzontu, nie musiał nigdy nigdzie dalej wyje៍៊ć, nawet zbli៊ć się do tej sztucznej przecież granicy jego ś, wykreś linią pomiᆝ ziemią i nieboskł.
 
Jego istnienie jest takie jakie jest, ale jego wiedza o miejscu, w ktrym przez caᐮ ż się znajduje, zależ w pewnym stopniu od niego. Zależ od tego, czy tę granicę, ten horyzont przekroczy. A potem nastę, i jeszcze nastę.
 
W tym konkretnym przypadku rzecz jest stosunkowo prosta. Kultura europejska wytworzyᐪ szereg skutecznych narzᆝ, by te horyzonty przekraczać nawet bez ruszania się z syberyjskiej chał. Moż się o tym po prostu dowiedzieć z ksią៎, gazet, dziś nawet z telewizji, radia i tak dalej. Bo kultura nasza pojmujၜ granice naszego materialnego ś, naszej najbliż struktury - i co najważ - rozumiejၜ, ៎ czł wszelkie horyzonty, wszelkie granice przekracza mzgiem, nazywanym czasem zamiennie, ale błᆝ umysᐮ...
 
Przerwał mi gwał.
 
Chwileczkę! Czy mo៎ zatrzymać się na chwilę i potem bez trudnoᖼ powrcić do swego opowiadania?
 
Chyba tak! - odpowiedziaᐮ nieco zaskoczony - Ale o co chodzi?
 
Chciaᐫ otrzymać kilka wyjaśń. Mogę?
 
Sprbuję. - odpowiedziaᐮ niepewnie.
 
Wiec najpierw od ko𔓊! - zaczął - Jaka jest, twoim zdaniem rż miᆝ mzgiem a umysᐮ?
 
Zasadnicza! - odpowiedziaᐮ - Zasadnicza i prosta! Mzg to całść organu, ktry zgodnie z wiedzą medyczną mieᖼ się w gł czł, pod czaszką. A umysł, to ta część mzgu ktra dziaᐪ! Ktra dziaᐪ nie tylko w sensie fizjologicznym - bo w tym sensie dziaᐪ cał mzg - ale w sensie wᐪś umysł! Ktra dziaᐪ myśၜ! Nie tylko odbierajၜ i jakoś tam segregujၜ przyjmowane bod𗫎 zmysł! Umysł to ta część mzgu, ktra aktywnie poznaje. To przecież zasadnicza rż!
 
W porzၝ! Rozumiem! Masz rację! - zgodził się - Teraz kolejne pytanie. Czym w przypadku naszego poznania jest ten horyzont syberyjskiego chł?
 
Jest granicą naszej struktury! - wyjaśᐮ - Tak jak on ma swj horyzont, tak kultura europejska posiada - nakreś i ustalony przez siebie samą - horyzont, granicę! Jest nią koniec ś doś za pomocą ludzkich zmysłw!
 
Nie do ko𔓊 rozumiem! - powiedział.
 
Nasza kultura jako całść stoi na stanowisku, ៎ poznawać, badać moż jedynie to co da się dostrzec! I to co umysł ludzki - uwaga! - tylko umysł ludzki jest w stanie zweryfikować! To jest ten horyzont! Ta granica!
 
Tak! Teraz rozumiem.
 
Chwilę się namyśł.
 
Powiedziaᐮś, ៎ wszystko co istnieje znajduje się wewną tego uk𔊭, ktry staraᐮś mi się przedstawić. - po krtkiej pauzie zapytał z naciskiem - Gdzie? W ktrym jego miejscu my na przyk𔊭 się znajdujemy?
 
W jak straszliwie trudne rejony zabrnęś! Pytał mnie tak, jakbym posiadał wiedzę kompletną! Jakbym był Bogiem! A przecież ja tylko pojmowaᐮ, jak bardzo ograniczona jest moja wiedza o tej całᖼ, o ktrej wiedziaᐮ tylko, ៎ nie jest abstrakcją, ៎ do jej struktury moż docierać i moż wobec tego ją badać! Moje odkrycie, albo lepiej - przekroczenie granicy kultury polegał na razie jedynie na tym, ៎ wiedziaᐮ iż w innych wymiarach, w innych poziomach istnienia też moż uczestniczyć. Uczestniczyć, czyli poznawać ich prawa, strukturę, zasady, ៎ moż je wykorzystywać!
 
To ś, ale musiaᐮ się szybko w jego oczach... przede wszystkim jakoś odbożć! Musiał zrozumieć, ៎ mimo dysponowania inną wiedzą niż daje ją nam nasza kultura, nie znaᐮ odpowiedzi na wszystkie pytania. Na przyk𔊭 na pytanie, gdzie jest nasze miejsce w tym wszechś, lub jaka dok𔊭 jest nasza osobnicza rola w całᖼ jego rozwoju.
 
Powiedziaᐮ wiᆜ wprost.
 
Nie wiem! Nie wiem gdzie dok𔊭 w tej całᖼ strukturze się znajdujemy. - ale też dodaᐮ szybko mą roboczą hipotezę - Podejrzewam jednak, ៎ jesteś w ś ktregoś z tych węłw.
 
Wyraź nie wystarczaᐪ mu ta odpowiedź, wiᆜ staraᐮ się dalej wyjaść, zdajၜ sobie sprawę z tego, ៎ wyjaś moje mogą mu jedynie rzecz całą zaciemnić.
 
Problem w tym, ៎ musisz zrozumieć naszą znikomość wobec tej caᐮ struktury! Nie wiem, czy gdyby mierzyć to wszystko - co jest absurdem, gdyż nieskoᑌᖼ mierzyć niepodobna - to czy znalazł się jednostki wystarczajၜ maᐮ, by nasze człń w ogle ująć.
 
Wiec wszystko to jest bez sensu! - niemal krzyknął oburzony - Wszystko to jest absurdem i rzeczą bez znaczenia! Zwᐪ czł!
 
Wrᆜ odwrotnie! - zaprotestowaᐮ teraz rwnie gorၜ - Przenigdy!
 
Emocje w tak rzadkim powietrzu duż kosztują . Ale czł nie jest maszyną dajၜą się w peł rozsၝ zaprogramować. Dyszaᐮ, gwał, z trudem ᐪᐮ powietrze, ale mwiᐮ dalej.
 
Zrozum! Ten uk𔊭 nie mgᐫ istnieć, gdyby zabrakł w nim najmniejszej jego czą, ktra jest jego sk𔊭! Całść tej niebywaᐮ harmonii polega wᐪś na tym, ៎ wszystko jest absolutnie niezbᆝ i wieczne!
 
Nic nie odpowiedział, tylko siedział naburmuszony. Mwiᐮ wiᆜ dalej.
 
To trudne! Ja wiem! Ale tak to jest!
 
Te węł, być mo៎, posiadają wewną taką samą strukturę jak całść. I tam gdzieś my jesteś...
 
Chwileczkę! - znowu się zaktywizował - Powiedziaᐮś przed chwilą, ៎ to wszystko jest wieczne. Czł też?
 
Niewą! - odpowiedziaᐮ, ale też natychmiast dodaᐮ - Ale czym៎ jest czł w tej całᖼ...
 
Ostatnie moje zdanie nie miał być wcale jedynie pseudofilozoficznym okrzykiem! Chciaᐮ dalej mwić, ale przerwał mi znowu nerwowo.
 
Wᐪś! Czym jest czł w tej całᖼ? - dodajၜ sarkastycznie - Jeś w ogle na takie pytanie jest odpowiedź!
 
Jest! - odpowiedziaᐮ moż spokojnie.
 
Staraᐮ się za wszelką cenę uspokoić przebieg rozmowy, bo zdawaᐮ sobie sprawę z tego, ៎ na tej wysokoᖼ organizm nie zaakceptuje ostrego tempa mwienia i zmusi nas do przerwania.
 
Szczęś trafem prowokacyjne pytanie mego Rozmwcy pozwolił mi teraz wziąć jakby w cugle jego emocje i temperament, a jednocześ samemu się opanować. Bo przecież nie moż sobie wyobrazić, by ktoś zrezygnował z usł odpowiedzi na pytanie - kim jest czł? Zwᐪ w takiej sytuacji, w jakiej znajdował się teraz mj Rozmwca.
 
Skoro wiᆜ zdecydował się zadać takie pytanie, a ja zadeklarowaᐮ, ៎ udzielę na nie odpowiedzi - był przez jakiś czas zupeł w moim rę. Musiał zaakceptować narzucony przeze mnie rytm, jeś rzeczywiᖼ oczekiwał wyjaśń.
 
Mwiᐮ wiᆜ teraz znowu powoli, jakby cedzၜ ka𗳞 sł przez gę sito zastanowienia, przypominajၜ przy okazji najważ punkty tego zagadnienia, ktre już wcześ zasygnalizowaᐮ.
 
To, ៎ jest wspaniał i przedziwnym wybra𔓎, pamię?
 
Pamię, chociaż...
 
Pź! - przerwaᐮ mu dość brutalnie, ale korzystaᐮ ze swej obecnej przewagi.
 
Ale zostawmy na razie to wybrań, ktre cię tak interesuje! - kontynuowaᐮ - Są rzeczy waż!
 
Po tak obiecuj𐗎 informacji pozwoliᐮ sobie na krtki odpoczynek. Podjąᐮ temat od razu zaczynajၜ od jego sedna.
 
Czł - podobnie jak wszystko co postrzegamy naszymi zmysᐪ - jest szczeglną i chwilową formą istnienia tej wszechobecnej energii! Ona postaciuje się niejako! Przybiera przejᖼ, a wiᆜ stale rozwijaj𐗎 się i doskonal𐗎, formy! Formy, ktre są jej potrzebne, konieczne do jej samej - tej wszechobecnej energii - bezustannego rozwoju! Proste?
 
Nie odpowiedział mi, bo też takie pytanie był zwykłą prowokacją. Oczywiᖼ tu nic nie był proste. Zwᐪ, gdy zdać sobie sprawę z konsekwencji takiego stanowiska.
 
Mwiᐮ wiᆜ znowu.
 
I o tyle, o ile czł jest rozwojową formą wiecznie i wszᆝ istniej𐗎 energii, jest oczywiᖼ też wieczny! To logiczne i proste jak ś!
 
Natomiast prymitywne pytanie, czy jest wieczny jako kształ nam znany znajduje swą odpowiedź po prostu w biologii. Do tego nie potrzeba 𗲭 znajomoᖼ struktury zasadniczej. Wystarczy pjść na cmentarz.
 
Teraz już mj Rozmwca nie wytrzymał.
 
Czyli ten wieczny czł po pewnym czasie istnienia w swej formie roztapia się w całᖼ tej energii! Czyli po prostu znika i tak na zdrowy rozum przestaje istnieć jako coś konkretnego poza masą całᖼ! Czyli nie istnieje! Istnieje tak jak rozwiana chmura pary w całᖼ nieogarnionej rzeczywistoᖼ wszechś!
 
Bzdura! - zareagowaᐮ natychmiast - Tak by był, gdyby czł był jedynie materialną formą tej całᖼ energii! Ale tak nie jest! Jako istota wybrana, a wiᆜ nie tylko materialna, ale i umysł czł w procesie rozwoju tworzy też niezbywalne elementy tej całᖼ. Wnosi w nią swj rozwojowy wk𔊭! I ani ten wk𔊭 nie ginie, nie rozpł się, ani sam czł. I wcale nie chodzi mi tutaj o jakieś jego przyszᐮ wcielenia! To co niektre kultury nazywają reinkarnacją ja w całᖼ odrzucam. Istnienie w kolejnej fazie rozwoju energii nie jest reinkarnacją, bo w nic się nie wciela!
 
To stosunkowo ᐪ sobie wyobrazić! Wartość nie koniecznie musi się utożć z pieniၝ, ktry jest jej parytetowym znakiem. Wartość czegoś istnieje bez jej konwencjonalnych jednostek. I teraz gdyby powiedzieć, ៎ znaczenie wynikaj𐗎 z samego istnienia czł jest czymś w rodzaju wartoᖼ, to ona wcale nie potrzebuje się reinkarnować w pieniၝ, zł, czy jakieś tam brylanty, by istnieć dalej.
 
Zaczynaᐮ odczuwać zmᆜ. Zwykᐮ fizyczne zmᆜ. Ale wiedziaᐮ też, ៎ jeszcze przez kilka godzin nie bᆝę mgł tak naprawdę odpocząć. Tutejszy klimat nie pozwoli na to. Dopiero klimatyzacja w wielkim samolocie przyniesie ulgę organizmowi mieszka𔓊 nizin.
 
Mj Rozmwca też musiał to odczuwać, niemniej starał się jeszcze aktywizować swj mzg. Po chwili ciszy zapytał.
 
Powiedz mi! Po co mi to wszystko opowiadasz?
 
Zaskoczył mnie tym pytaniem, wiᆜ daᐮ wyraz memu zdziwieniu.
 
Nie rozumiem!
 
No... po co szukaᐮś sł wtedy, gdy spotkaliś się na moᖼ... po co ci w ogle sł... dlaczego potrzebujesz rozmowy... z jakiegoż to waż powodu musisz mwić na te tematy? Chcesz koniecznie być jakimś nauczycielem?
 
Przenigdy! - zaprotestowaᐮ gwał.
 
Wiᆜ co? - zapytał brutalnie.
 
Sprawił mi to niekᐪą przykrość.
 
Rozumiaᐮ jednak, ៎ i w nim tę agresywną postawę wytwarzał napiᆜ wynikaj𐗎 z sytuacji gwał przewartoᖼ całᖼ istnienia. Wᐪᖼ czł zawsze broni się poprzez agresję.
 
Szkoda!
 
Czy nie moż by bronić się wspᐭᐪ?
 
Odpowiedziaᐮ.
 
Mj drogi! Nauczycieli jest na tym ś chyba wi𑧎 niż uczniw! Natomiast niewielu jest potrzebujၜ.
 
Natychmiast zdaᐮ sobie sprawę z tego, ៎ ostatnie zdanie, ktre wypowiedziaᐮ przed chwilą, mo៎ nic dla niego nie znaczyć, albo sygnalizować jedynie moje zaᐪ czy wrᆜ histerię.
 
Nie myliᐮ się, bo też zapytał.
 
Ty jesteś potrzebujၜ?
 
W pewnym sensie! - odpowiedziaᐮ - W pewnym zasadniczym sensie!
 
Ostatniej mej wypowiedzi nadaᐮ ostry ton, by tym samym dać jasny sygnał, ៎ o 𗲭 histerii z mej strony mowy być nie mo៎.
 
I już bez wąᖼ mwiᐮ dalej.
 
Ja chcę być, mj drogi, przedmiotem, a nie podmiotem!
 
Dalsze sł uwięł mi w gardle, ale postanowiᐮ mimo wszystko wyjaść mu tę sprawę do ko𔓊.
 
Ja nie chcę nikogo niczego nauczać! Czy nie widzisz, ៎ robię wszystko, by nawet tobie - teraz i zawsze, pozostawić zupeł wolną ręę! Wolną ręę w decydowaniu, czy uznasz to, o czym cię informuję za waż, czy też potraktujesz to jako bzdurę?
 
Gardzę tymi, ktrzy posiadł jakąś tajemnicę przemieniają się od razu w nauczycieli uczၜ o rzeczywistoᖼ. Wielu z nich, o ile nie wszyscy, wiedzą o istnieniu bez porwnania mniej niż ja. Gdy ich sł, gdy patrzę na ich dziaᐪ, ogarnia mnie jedynie ś! Rozumiesz!
 
Ogarnia mnie ś! Bo oni postęą jak szarlatani! Marnują zdarzenie polegaj𐗎 na tym, ៎ czł coś wi𑧎 zrozumie! Przemieniają to w pieniၝ, popularność, a głၜ swoje pł wyrzၝą ludziom wiele zᐪ! A mogliby wyrzၝć dobro!
 
Rozumiesz? - niemal krzyknąᐮ.
 
Nie rozumiem! - odkrzyknął.
 
A wiᆜ powiem ci wprost! - teraz nie oszczᆝᐮ już mego organizmu - Ja chcę być przedmiotem badań! Ja nie chcę popisywać się swymi umiejęᖼ wynikajၜ ze znajomoᖼ struktury całᖼ. Ja chcę zmusić naukę, chcę zmusić kulturę, by zajęᐪ się rzeczą, ktra istnieje, a ktra do dziś jest w tej kulturze tabu. Ktrej nie bada się, bo należ - jak przyjęł się sၝć w naszej kulturze - do ś parapsychologii, parabiologii, parafizyki, do ś okreś w tej kulturze jako paranormalny!
 
A to nie jest � ś paranormalny! To jest ś jak najbardziej normalny i bliski nam wszystkim. Ja chcę by stał się on wᐪᖼą tej kultury! Tylko wtedy bᆝ wᐪᖼą wszystkich was!
 
Ja chcę zmusić kulturę do przekroczenia wᐪ granicy i do tego jest mi potrzebna ta prba ję! Prba, czy za pomocą ję tej kultury da się o tym wszystkim mwić, czy za pomocą tego ję moż się w tych sprawach porozumiewać, informować.
 
Rozumiesz teraz!
 
Kiwnął tylko głą na znak, ៎ trafiᐮ swymi sł do jego przekonania.
 
Posmutniał.
 
Ja byᐮ zmᆜ do granic. On też nie był wypoczę.
 
Wsunęś się bez sł do naszych św, z nimi razem do namiotu, i chociaż natura nie pozwalaᐪ nam na sen, prbowaliś dać odpoczynek naszym ciał w tych ostatnich godzinach przed ś, kiedy to nasz mał samolocik przyleci po nas i zwrci nas nizinom, naszej europejskiej cywilizacji.

 

PODRŻ DZIEŃ PIĄ.

PYTANIA... TAJEMNICE...

Jak zawsze, tak i tym razem opuszczaᐮ dolinę z ៊.
 
Lubiᐮ to miejsce na ziemi, spᆝᐮ tu wiele wspaniał dni i tym razem pozostawiaᐮ pośd spokojnych gr waż wspomnienie mej wielkiej prby ję.
 
Mj Rozmwca rwnież pozostawał pod urokiem tego miejsca.
 
Gdy udawaliś się wolnym krokiem w kierunku naszego jaskrawego samolociku, ktry dok𔊭 o umwionej godzinie przyleciał po nas spoza przełᆜ, spogl𐗚ł wokł, jakby chciał zabrać ze sobą wszystkie te widoki.
 
Mo៎ wrcę tu kiedyś jeszcze? - powiedział jakby do siebie.
 
Mo៎! - potwierdziᐮ.
 
Teraz dolina żᐪ.
 
Wokł domkw krᆜ się tu i wdzie ludzie, z najwię domu znw wyszł trzech mę៌ udajၜ się w kierunku naszego namiotu, by zabrać go z powrotem.
 
Oni szli sprząąć po nas, a my jak po promenadzie europejskich miast, jedynie ze swymi mał torbami podrż na ramieniu, wolnym, spacerowym krokiem szliś w kierunku samolotu.
 
Komuś, kto nie zna stosunkw w tym kraju, albo nie zastanowił się nigdy poważ nad tym co tu się dzieje - mo៎ się to wydawać jakąś niemiłą pozostałᖼą po kolonialnych stosunkach wprowadzonych tu przez Brytyjczykw!
 
Nic bardziej błᆝ!
 
Op� przez przybyszw pomoc ś przez tutejszych mieszkaᑌw wynika z poważ i posiadaj𐗎 wielowiekowe już, jeszcze przedkolonialne tradycje w obyczajowoᖼ tych ludzi.
 
Pomoc, o ktrą tu ᐪ... a wᐪᖼ niemal instynkt pomocy... wynika z wyraź śᖼ, ៎ przybysz z dolin jest w tym miejscu niemal bezbronny, nim poznawszy ś gr stanie się rwnorzᆝ partnerem czł tu mieszkaj𐗎. Oczywiᖼ pod pewnymi wzgl𑧚 nigdy mu nie dorwna, bo czas jednego ż ludzkiego to zbyt krtki okres na pełą adaptację. Ale to partnerstwo mo៎ wynikać z podstawowego quantum zdobytej wiedzy o otaczaj𐗎 przyrodzie, miłᖼ do niej, a tak៎ z zasadniczego przynajmniej przygotowania wᐪ organizmu do dziaᐪń w tym otoczeniu. Mieszkaniec gr potrafi docenić możᖼ przybysza! Chociaż zawsze, pod pewnymi wzgl𑧚 pozostanie odeń lepszy.
 
Z kolei zapᐪ jest rodzajem normalnych kontaktw miᆝ ludź, z ktrych jedni ofiarowują swe wyją umiejęᖼ, a drudzy chcą z nich skorzystać. Dzię temu ma to charakter wspᐭᐪ, a nie posł.
 
Zresztą zapᐪ ta jest tu od dawna niska! I znowu nie jest prawdą, ៎ nie dał się jej podnieść, ៎ mieszkaᑌ gr są na te niskie zarobki skazani! W sezonie wspinaczkowym ruch tu bywa bardzo duż, napł spragnionych wra៎ń turystw znaczny, a monopol na tę konieczną pomoc wydaje się nie do podwa៎. Jednak mieszkaniec gr nie chce na swej pomocy robić przysł kokosw. Wwczas jego usł przestał mieć charakter wᐪś pomocy i przemienił się w pracę. Zostaᐫ naruszony odwieczny charakter pomocy, a to z kolei mogł mieć szereg negatywnych, a nawet groź skutkw dla osobowoᖼ tych ludzi. Mogł naruszyć ich suwerenność - naruszyć uznane przez nich i zaakceptowane miejsce w całᖼ istnienia.
 
Pobierają wiᆜ tylko taką opᐪę, ktra wydaje im się rzeczywistą rekompensatą ich trudu. Ktra im wystarcza!
 
Rzadko zwracamy uwagę na głᆛ sens pewnych obyczajw ludw silnie i odwiecznie zwią z ekstremalnie trudnymi warunkami naturalnymi.
 
Dwa silniczki naszego ś lokomocji, ktre pilot pozostawił w ruchu, skutecznie i ostatecznie likwidował teraz zwyczajną tutaj ciszę. Ich haᐪ odbijał się od skał otaczajၜ dolinę, zwielokrotniajၜ wydawany dźę. Przypominał mi brzᆜၜą muchę zamknięą w wielkiej, szklanej i pustej ba𔓎 do wina, ktra poszukuje drogi wylotu wokł ś i zimnych powierzchni.
 
Po godzinie siedzieliś już w brzuchu skrzydlatego wieloryba unosz𐗎 nas z powrotem w stronę serca naszego starego kontynentu.
 
Tym razem wykorzystaliś siedmiogodzinny lot na zasłż sen. Zaraz po ś powiesiliś na oparciach naszych foteli plakietki informuj𐗎, ៎ prosimy o tak zwany śę spokj, ៎ nie interesują nas napoje, cukierki i inne atrakcje serwowane w tej linii mniej wi𑧎 co godzinę. Stewardesy zastosował się do tego naszego ż i obudził nas dopiero tuż przed samym lၝ.
 
Sen wyraź nas pokrzepił. Reszty dopełᐪ mocna, wspaniaᐪ kawa już w hali lotniska, gdzie oczekiwaliś na nasze niewielkie torby, bo tym razem cał bagaż trzeba był oddać.
 
Jak zwykle z fantazją wykorzystujၜ najmniejszą nawet ilość miejsca na jezdni w czasie popoł ruchu w tryskajၜ ż śdmieᖼ, takswkarz przywizł nas pod spokojny hotelik. Wzięś krtki prysznic i odś៎ wyruszyliś na spacer przez najpię na ś, renesansowy kompleks miejski.
 
Ludzie budujၜ te wspaniaᐮ harmonijne budowle, wie៎ o najcudowniejszych proporcjach i rysunku, przeczyste w formie sklepienia, ł, okna i nadpro៊ dostojnych bram, wtedy wᐪś w radosnym nastroju uwolnienia od mrocznych tajemnic bytu wynosili umysł ludzki na niebotyczny piedestał, czyniၜ zeń na wiele stuleci począ i koniec człń.
 
Tak gwał protestowaᐮś w nocy przeciw podejrzeniu, ៎ moż by cię okreść nauczycielem. - powiedział w pewnym momencie mj Rozmwca - Czy to rzeczywiᖼ napawa cię taką niechᆜą?
 
Naprawdę! - odpowiedziaᐮ wprost.
 
Ale dlaczego? Czy mgᐫś mi to teraz spokojnie wyjaść?
 
Oczywiᖼ.
 
Zastanowiᐮ się przez moment po to, by wyrazić się absolutnie jasno:
 
Posł...
 
Rozpocząᐮ spokojnie swą odpowiedź na skၝၝ waż pytanie.
 
Najpierw należ zdać sobie sprawę z tego, ៎ nie wszystko mo៎ stać się przedmiotem jakiegokolwiek nauczania, a wiᆜ i nauczycielstwa!
 
To niesł waż!
 
Sam proces nauczania kogoś czegoś jest bowiem sprawą poważą i odpowiedzialną.
 
Wᐪᖼ przedmiotem nauczania powinna być tylko wiedza! Tylko to co został moż dogłᆛ zbadane, solidnie zweryfikowane. Coś, co nie jest wyłၜą wᐪᖼą jakiegoś wiedz𐗎 czy jakiejś, stosunkowo niewielkiej grupy tych, ktrzy porozumieli się co do tego, ៎ coś wygl𐗚 tak a tak, lub jest tym i tym. To jeszcze przecież nie jest wiedzą o czymś - to jest zazwyczaj dopiero jakimś przeczuciem, podejrzewaniem.
 
Ta zasada powinna obowiąć nawet wtedy, gdy mamy do czynienia z przeczuciem, czy podejrzeniem majၜ podstawy, takim ktre w przyszłᖼ oka៎ się weryfikowalne!
 
Rozumiesz?
 
No tak! - odpowiedział.
 
Tłᐮ dalej.
 
Zwᐪ, gdy coś dotyczy zjawisk rzadkich, albo dopiero co ujawnionych - trzeba zachować niezwykł umiar w ich przekazywaniu. Nim zacznie się innych czegoś nauczać należ taką wiedzę zweryfikować.
 
A wiᆜ odkrywca tej wiedzy musi zrozumieć, ៎ nie jest jej jakimś wᐪᖼ, czy jedynym posiadaczem. Ma zatem obowią znaleźć niezależ wspłw do zbadania takiego zjawiska. Niezależ, a wiᆜ przede wszystkim wolnych od fascynacji zjawiskiem, ktre ma być badane! Muszą to być badacze dość sceptyczni, aczkolwiek otwarci na zjawiska nieznane. Jednak nie aż na tyle sceptyczni, by z gry odrzucać wszystko, co grozi jednak koniecznoᖼą weryfikacji dotychczasowych obowiąၜ sၝw.
 
Dlatego powiedziaᐮ ci wczoraj, ៎ ja nie chcę być podmiotem nauczajၜ, a raczej przedmiotem badania!
 
Ja wiem jak wprowadzić badacza na przyszł teren badań i to jest wᐪś moim celem. Ja naprawdę nie mogę być nauczycielem, bo ja nie wiem czego mgᐫ nauczyć! Ja sam nie wiem wᐪᖼ jakie prawa rzၝą tą strukturą! Ja wiem przede wszystkim to, ៎ jest ona dostę dla ludzkiego mzgu i ៎ moż i należ za pomocą tego mzgu zacząć ją poznawać, tak jak kiedyś zaczę poznawać nieznane oceany, lၝ, przestrzenie miᆝ, prawa rzၝ𐗎 wnę atomu, genami itd.
 
Rozumiem! - powiedział - Dlatego też tak bardzo protestujesz przeciwko nazywaniu zjawisk, ktre opanowaᐮś, paranormalnymi..
 
Wᐪś! - dodaᐮ - Przecież tak zwana normalna nauka nigdy nie zajmie się czymś co uwa៊ za paranormalne. Musi najpierw zrozumieć, ៎ przedmiotem jej badań ma być w tym przypadku autentyczna normalność, tyle ៎ nowa. Dopiero odkryta.
 
Postanowiᐮ teraz dodać jeszcze jedno, bardzo istotne stwierdzenie.
 
Ale jest jeszcze jeden waż aspekt tego wszystkiego!
 
Ja twierdzę, ៎ takie możᖼ jak ja ma ka៍ czł!
 
To jest mj dowd na normalność.
 
Oczywiᖼ nie ka៍ w tym samym stopniu, tak jak nie ka៍ mo៎ biegać sto metrw poni៎ dziesiᆜ sekund. To jasne! Ale biegać mo៎ ka៍ zdrowy czł i ka៍, w miarę uprawianych ćń, mo៎ biegać coraz szybciej czy wytrwalej.
 
Oczywiᖼ nie jest dobrze, gdy ktoś, kto zaledwie wie ៎ mo៎ biegać, chce od razu innych ludzi uczyć biegania! Mo៎ im w ten sposb wyrzၝć duż krzywdy.
 
Przeciwko takiemu nauczycielstwu ja protestuję i nigdy nie chciaᐫ się zaliczać do takich ludzi.
 
A niestety!
 
Wszyscy ezoterycy, wszyscy szamani, specjaliᖼ od zjawisk odmiennych niż powszechnie znane, są dla mnie takimi niebezpiecznymi nauczycielami. Uczą, zamiast badać, albo przekazują jeszcze nie do ko𔓊 zweryfikowaną pseudowiedzę.
 
Na tym polega ich niebezpieczeń i gł.
 
A buddyzm? - zapytał - To przecież wiedza z wiekowym doś! Czy i tych nauczycieli oceniasz tak samo ostro?
 
To zupeł inna sprawa! - powiedziaᐮ.
 
Na czym polega ta inność? - zapytał.
 
Nie byᐮ zadowolony z tego, ៎ weszliś na taki grunt, ale cż! Gdy się mwi A to nie moż się wymigiwać przed powiedzeniem B.
 
Widzisz... - kontynuowaᐮ wiᆜ - Sam buddyzm jest mၝ od tych, ktrzy się nim posłą nieodpowiedzialnie po cał ś, nauczajၜ po prostu gł.
 
To jest rozlegᐪ i wspaniaᐪ wiedza nie tyle o ś, nie tyle o czł, co o jego organizmie.
 
To jest głwnie technika dokonywania z organizmem czł rzeczy czę bardzo mu potrzebnych. Ale z organizmem, nie z czł. To wspaniaᐮ techniki skupienia, opanowywania fizjologicznych reakcji poszczeglnych organw i tak dalej.
 
Te techniki i wiedza o tych technikach jest wielka i wspaniaᐪ. Ale nie ma w tym nic wi𑧎!
 
Za pomocą tych technik czł mo៎ dość szeregu wyją efektownych stanw, odczuć, wra៎ń. Je៎ są mu do czegoś potrzebne - to doskonale, niech sobie ka៍ z tego korzysta, jeś go dobrze nauczą stosowania tych technik.
 
Ale za ich pomocą nie moż się niczego o niczym dowiedzieć!
 
To jest jakaś doskonałść w osią stanu biernoᖼ. Je៎ to otwiera jakieś horyzonty, to tylko jak gdyby pasywne. Uczy, co czł mo៎ zrobić ze swym organizmem.
 
Mnie natomiast interesuje przede wszystkim, w jaki sposb czł mo៎ swojego organizmu użć w celu poszerzania wiedzy o istnieniu. Nie swoim tylko, ale o istnieniu kompletnym. Jego zasadach i formach.
 
Pod pewnym wzgl𑧞 ci nauczyciele są waż!
 
Tak samo jak ka៍ dobry trener! Uczą jak opanować i użć organizmu dla niego samego. Ci ludzie przynajmniej wiedzą czego uczą. Ja ich szanuję jako fachowcw, ale to nie jest dla mnie najważ.
 
Dla mnie czł jest przede wszystkim istnieniem poznajၜ i na tym polega jego wybrań. Ma wiᆜ też i taki obowią!
 
Wszelkie stany nirwany, wszelkie stany polegaj𐗎 na wyłၜ czł z procesu poznawania - a wiᆜ wszystko co moż by nazwać ideologią odpoczynku i zasadniczym akcentowaniem wagi tego odpoczynku - są dla mnie po prostu zaprzeczeniem sensu i wybrań czł aktywnego - poznaj𐗎.
 
Ulice zaczynał powoli ogarniać nastrj wieczornego odpoczynku. Zapełł się powoli winiarnie i restauracje, ludzie ś się, ៊, prowadzili oż rozmowy.
 
Mj Rozmwca zapytał.
 
Czyli głwnym twoim celem jest doprowadzić do badań uk𔊭 energetycznego, ktry poznaᐮś?
 
Coś w tym rodzaju! - odpowiedziaᐮ - A wᐪᖼ do spopularyzowania tych badań, zintensyfikowania ich w niezbᆝ zakresie.
 
Nie jest na szczęᖼ tak, ៎ nikt na ś nie interesuje się dziś takimi badaniami. Już kilka instytutw prowadzi je na dość wysokim poziomie.
 
To co ci opowiedziaᐮ, ta caᐪ barwna struktura wszechogarniaj𐗎 wszystko energii ma już nawet swą roboczą nazwę. Okreś się to jako pole monogenetyczne, czyli pole jednorodne, niepodzielne i wszechogarniaj𐗎. Ale to wszystko mał. Znacznie za mał św się w to angaż.
 
Dlaczego? - zapytał.
 
Bo cią jeszcze zbyt wielu naukowcw uznaje to za zjawiska paranormalne. - odrzekᐮ.
 
Nie o to pytam! - poprawił się - Chciaᐫ wiedzieć, dlaczego te wᐪś badania uwa៊ za takie waż? Czy dlatego, ៎ znasz ten poziom, ten wymiar?
 
Oczywiᖼ! Ale nie o to chodzi, ៎ jest to waż, bo ja to znam. Tu nie chodzi w najmniejszym stopniu o mnie!
 
Wiᆜ o co?
 
Idzie o to, ៎ poznanie praw i zasad rzၝၜ, albo obowiąၜ w tej innej, głᆛ, albo nadrzᆝ strukturze musi automatycznie udzielić odpowiedzi na niemal wszystkie pytania stawiane sobie dziś przez naukę.
 
Na wszystkie? - aż krzyknął zaskoczony.
 
No, prawie. Trudno przewidzieć. Ale pewnie na więść.
 
To jakieś szaleń! To jest koniec nauki! - oponował.
 
Skၝ៎! - broniᐮ mego poglၝ - Wrᆜ odwrotnie! To dopiero począ nauki! Tylko nauki uwzglᆝ𐗎 zupeł inny horyzont!
 
Jak to sobie wyobra៊?
 
Dość prosto! Pewnie za prosto, bo nie jestem naukowcem.
 
Tu potrzeba specjalistw - metodologw nauki, ktrzy okreś formy i metody badań, potrzeba solidnego filozoficznego zrozumienia sensu badań na tym poziomie i tak dalej i tak dalej... Konieczny jest cał nowoczesny warsztat naukowy z koniecznym sprzę, normalnymi funduszami na poważ laboratoria, nowe technologie, potrzebne do badań takiego przedmiotu. Z takim tematem nie mogą mierzyć się jedynie jacyś nawiedzeni odkrywcy, czy tacy ludzie jak ja. My mo៎ stanowić jedynie bramę, przez ktrą nauka profesjonalna tam wejdzie. Wtedy wiele pytań uzyska konieczne odpowiedzi, ale pojawią się nowe, na zupeł innym poziomie.
 
To nie jest koniec nauki, to jej kolejny począ.
 
Zrozum!
 
To byᐫ moment taki, jak po odkryciu Kopernika.
 
Przed nim badanie uk𔊭w miᆝ nie był moż. Dopiero odkrycie rzeczywistej struktury umożł jej badanie.
 
No tak, ale...
 
Poprosiᐮ, 𗳫 jeszcze przez chwilę mi nie przerywał. Chciaᐮ jeszcze coś wyjaść.
 
Gdy kilka lat temu genetycy stanowili konkurencję (w sensie pozyskiwania funduszy) dla badaczy zjawisk nowotworowych, gdy po prostu jakby zabierali im część pieniᆝ na badania, to podnisł się krzyk, ៎ walka z rakiem na tym ucierpi. Tak myśł przecię czł bojၜ się raka. Wolaᐫ, 𗳫 dalej badano samą chorobę.
 
Tymczasem dziś już wiadomo, ៎ postę w genetyce jest w stanie wrᆜ zrewolucjonizować badania prowadz𐗎 do zwalczania nowotworw.
 
Moż by to tak powiedzieć; - po co zajmować się szczegᐮ, skoro zbadawszy całą maszynę, jej zasadniczą funkcję, zasadniczy mechanizm, globalną zasadę niemal automatycznie rozumiemy ten szczegł. Dalsze jego badanie jest już stosunkowo ᐪ.
 
Dlatego uwa៊, ៎ zawsze należ - w miarę możᖼ - poznawać rzeczywistość od najwyż poziomu, jaki jest dostę badaniu.
 
Odpowiedzi na wielkie pytania naukowe mieszczą w sobie setki odpowiedzi na pytania szczegł.
 
Krążś dalej wśd kolorowego tł.
 
Poczuwszy zmᆜ postanowiliś znaleźć przytulny stolik w ktrejś z winiarni.
 
Zajrzeliś do kilku, aż wybraliś jeden otoczony ᐪ pachnၜ kiᖼ biał, podobnych do akacji kwiatw.
 
Był to lokal przeznaczony przez wᐪᖼ widocznie dla starszej wiekiem klienteli, gdyż z dobrych głśw słć był dyskretnie brzmiၜą, wᐪś renesansową muzykę. Nasz wewnę ogrdek nie zapełł się jeszcze gość i dłż czas byliś w nim zupeł sami z butelką doskonaᐮ, lekko musuj𐗎 wina zawieraj𐗎 niewielki procent alkoholu. W połၜ z kolejną kawą orzeźł nas ono wspaniale, a myś naszym nadał cudowną wrᆜ lekkość i poczucie radoᖼ.
 
Mj Rozmwca był cał rozluź. Rozciąął się niemal na wygodnym wiklinowym fotelu i spokojnie palił papierosa.
 
Na czym polega teraz rż miᆝ nami? - zapytał - Tak wspaniale mi przekazaᐮś tę strukturę w twym opowiadaniu, ៎ widziaᐮ ją dok𔊭. Czy to już jest ta obecność w niej, czy polega to jeszcze na czymś innym?
 
To jeszcze nie to, o co mi chodzi, ale myśę, ៎ niedł pomogę ci w znalezieniu się tam. - wyjaśᐮ mu.
 
To co poznaᐮś jest waż sygnaᐮ, słżၜ temu, byś potem stykajၜ się z tą strukturą już częᖼ ją znał, 𗳫ś wiedział wobec czego stajesz.
 
Ale na razie byᐪ to pewnie projekcja wyobraź. Zobaczyᐮś obraz, ktry ci opowiedziaᐮ. To tak, jakbyś dowiedział się duż na przyk𔊭 o wiecznych lodach Arktyki i wyobraź zebrawszy te wszystkie informacje pozwoli𔊫 ci zbudować jakiś ich obraz.
 
Ale co innego jest widzieć, a co innego być wewną. Gdy jesteś tam, mo៎ użć tego wszystkiego. Mo៎ uᐪć kawaᐮ lodu, ostudzić nim czoł i tak dalej! Z obrazem jeszcze tego nie zrobisz, ale poznać obraz to już jest duż.
 
No dobrze! Powiedziaᐮś, ៎ nazywają to polem monogenetycznym. Ale zwykle takie techniczne okreś dla przecię czł niesie najmniej informacji. Zazwyczaj terminy naukowe słżą do szybkiego porozumiewania się specjalistw.
 
Czy mgᐫś mi to nieco przybliżć, wyrazić jakimś ᐪ, prostszym ję?
 
Sprbuję! - zgodziᐮ się - Mo៎ się uda?
 
W porzၝ! - ucieszył się - Wobec tego - co to jest ta uporzၝ, stale rozwijaj𐗊 się energia, ktrej jesteś częᖼą, czy jedną z form jej mutacji?
 
Jest całᖼą! - powiedziaᐮ - Tak moż by to najproᖼ powiedzieć.
 
Czego całᖼą?
 
Wszystkiego! Jest wszystkim.
 
Trudne! - powiedział cicho - A wiᆜ jest Bogiem?
 
Nie moż był się dziwić takiej asocjacji, ale nie chciaᐮ, by utrwalił się w nim takie pojmowanie całᖼ. Wyjaśᐮ wiᆜ dalej.
 
Gdy zacznie się porwnywać to, co mo៎ powiedzieć o tej całᖼ i to, co nasza kultura przypisuje pojᆜ Boga - to rzeczywiᖼ więść atrybutw mog𔊫 być identyczna.
 
Ale ja tego tak nie nazywam i przestrzegaᐫ cię przed utoż tych dwu pojęć. Na terenie naszego systemu pojᆜ nie jest to bezpieczne. Powiem ci zresztą pź, dlaczego tak uwa៊.
 
Inne kultury są pod tym wzgl𑧞 ostroż.
 
Na przyk𔊭 w filozofiach wschodu uż się okreś Prana czy Chi, Hipokrates mwił o uzdrawiaj𐗎 sile natury i tak dalej. Ale ani Prana, ani Chi, nie jest w tych filozofiach bogiem jako takim.
 
W tamtym rozumieniu struktura owa powinna być pojmowana bardziej w kontekᖼ naturalnym niż mistycznym. To tak, jakby ci filozofowie zwracali uwagę na to samo... co dla mnie jest też niesł waż...
 
...៎ to jest całść naturalna, tylko istniej𐗊 na innym jakby pię.
 
Całść zawieraj𐗊 w sobie odwieczny plan rozwoju istnienia. Jakby byᐪ samym tym planem, czy jego zasadą.
 
Co do boga religii monoteistycznych, pojmujၜ całść istnienia podobnie do judeochrzeᖼń... rzecz jest trudna, jeś owemu bogu nie chce się odebrać tego istotnego atrybutu, jakim jest osobowość. Jeś nie chce się zakwestionować stanowiska, ៎ jest osobą!
 
To co ja poznaję trudno był mi uznać za osobę jako całść, wiᆜ nie nazywam tej całᖼ Bogiem. Chociaż wydaje mi się, ៎ tym wᐪś byᐫ Bg - gdyby chciał, by go poznano jako byt umysᐮ czł!
 
Czy nie obawiasz się tego, ៎ to co powiedziaᐮś teraz mo៎ być potraktowane jako bluź? - zapytał patrzၜ na mnie uważ:
 
Bo ja wiem? - zamyśᐮ się na chwilę.
 
Bo przecież judeochrzeᖼ mają Biblię, muzuł Koran... To są objawienia, czyli Bg chciał tak wᐪś objawić się czł?
 
To też ja nie mwię, ៎ poznaję, czy informuję o Bogu! - powiedziaᐮ - Dlatego wᐪś zwracaᐮ uwagę na niestosowność takiego porwnania!
 
Ale twierdzisz, ៎ to, co poznajesz jest to absolutnie wszechcałᖼą.
 
Tak to poznaᐮ.
 
I ៎ nic poza tym być nie mo៎!
 
Tego nie wiem! Wiem tylko, ៎ to jest wszystko.
 
A czy to się nie wyklucza?
 
Dla mnie nie!
 
Ale na terenie ję, ktrym musimy się posłć, bo innego narzᆝ komunikacji nie mamy - na terenie tego ję - masz rację! Zachodzi du៎ niebezpieczeń!
 
Doprawdy nie był wyjᖼ z tej kwestii. Ale broniᐮ się dalej.
 
Zrozum!
 
Przecież nie moż uciec od czegoś co się wie. Ja nie mogę tego inaczej sformułć.
 
Natomiast powiedziaᐮ ci już!
 
To jest począ drogi, a nie jej koniec!
 
To nie są generalne odpowiedzi na wszystkie pytania! To są wᐪś pytania! Badanie tej struktury przyniesie odpowiedzi.
 
Mam nadzieję!
 
Wydawał mi się, ៎ jeszcze bardziej się zapląᐮ, wiᆜ skoᑌᐮ oczywistym sloganem.
 
Bez odkrycia Kopernika nie moż był nawet stawiać pytań na przyk𔊭 o zać sł𔓊. Wiedziano tylko, ៎ coś takiego istnieje.
 
To odkrycie pozwolił też sformułć wi𑧎 pytań niż udzielił odpowiedzi!
 
Odkrycie to jest droga - nie jej cel.
 
Teraz już tylko moż był powołć się w nieskoᑌść na te same argumenty. Mj Rozmwca też zrozumiał tę sytuację, wiᆜ nie drążś dalej tej sprawy. Zapytał jednak po chwili o coś innego.
 
Jak się czujesz wiedzၜ to co wiesz, wśd ludzi, ktrzy o tym nie wiedzą? Ktrzy wobec tego budują swe postę na błᆝ podstawach?
 
Jak dłż!" - odpowiedziaᐮ bez namysł.
 
To chyba niezbyt miᐮ? Takie samopoczucie nie jest przyjemne.
 
Sł! - przyznaᐮ mu rację - Ale jak widzisz, staram się ten dł zmniejszać.
 
Nie patrzysz na nas jak na idiotw?
 
Na przecię ludzi nie! Przyznam jednak, ៎ denerwują mnie ci, ktrzy zwalczają to, co poznaᐮ.
 
Rż śᆜ, stygmatycy, wizjonerzy, ktrzy mieli objawienia, byli przeważ obarczeni cięż cierpieniami. Czy ty...
 
Nie! - przerwaᐮ mu - Mo៎ dlatego nie moż mwić tu o jakimś objawieniu, a jedynie o poznaniu.
 
W zasadzie taki kontakt jest nadzwyczaj przyjemny. Ale ta wiedza nie przekazana ludziom potrafi ciążć. Przede wszystkim czasem draż.
 
Denerwuje! Domaga się czegoś!
 
Tak! - powiedział znw jakby do siebie - Rozumiem. To mo៎ być rzeczywiᖼ mᆜ𐗎.
 
Dalszą rozmowę toczyliś przy lekkiej kolacji złż z wszystkiego co pł urozmaiconej lekkim, cierpkim, biał winem. Rozmowa przerywana byᐪ dłż przerwami, bo dziś mj Rozmwca jakby porzၝł dostarczone mu przeze mnie informacje, sprawdzał czy da się z nich zbudować jakiś system, czy w konstruowaniu tego systemu nie ma jeszcze jakichś wyraź luk, ktre me dalsze wyjaś mogł jeszcze wypełć.
 
Byᐮ z tego nad wyraz zadowolony!
 
Podrż nasza wᐪᖼ dobiegaᐪ ko𔓊. Dzień dzisiejszy był wᐪᖼ ostatnim dniem mej prby ję, a dla mego Rozmwcy ostatnim dniem teoretycznej częᖼ naszych rozmw. W dniu nastę mieliś przystąć do czegoś w rodzaju częᖼ praktycznej, czyli do wskazwek dotyczၜ możᖼ podą៎ mym tropem w praktyce. Nazajutrz miał się dowiedzieć, czego potrzebuje jego mzg, by poruszać się rwnie swobodnie jak mj teraz po terenach tajemniczych rozpoznajၜ energetyczną strukturę istnienia.
 
Widać znalazł jeszcze tematy dlań interesuj𐗎, bo w pewnym momencie powiedział.
 
Czę ludzie posiadajၜ podobne do twych umiejęᖼ zajmują się leczeniem chorych. O ile wiem - obdarzają ich poważą porcją posiadanej przez siebie energii - energii potrzebnej im dla uzyskania zdrowia.
 
To przecież szlachetna dziaᐪść? Nie robisz tego?
 
Jego pytanie krył w sobie szereg poważ zagadnień. Postanowiᐮ sprbować wyjaść mu moje wąᖼ dotycz𐗎 tej znanej i popularnej sprawy.
 
Prbowaᐮ!
 
Musiaᐮ nawet sprbować tych dziaᐪń, gdyż w kontekᖼ prowadzonych dziś badań nad tymi zjawiskami jest to jakby elementarz... musiaᐮ sprawdzić swoje uzdolnienia w tym wzglᆝ...
 
...i nie ustęą one możᖼ czynnych uzdrowicieli.
 
Ale zaniechaᐮ tego...
 
...zaniechaᐮ z bardzo zasadniczych powodw.
 
Był ich trzy!
 
Pierwszy... mo៎ najmniej waż to ten... ៎ czuᐮ się jak przedmiot... nie jak czł...
 
...jak jakiś przyrzၝ elektrostatyczny...
 
...jak akumulator specyficznego rodzaju.
 
Nie mogᐮ w tym odnaleźć siebie jako czł... pomagaj𐗎 drugiemu czł...
 
...nie czuᐮ tego...
 
...៎ pomagam... dowiadywaᐮ się raczej od organizatorw tych seansw..."
 
Gwał przerwał pytaniem!
 
A nie od pacjentw! Czy nie poprawa ich stanu zdrowia byᐪ dla ciebie najważ?
 
Staraᐮ się studzić jego emocje.
 
Nie!
 
Oczywiᖼ zdziwił się, wiᆜ znowu zaatakował.
 
Nie odczuwali poprawy? Nie docierał do ciebie wiadomoᖼ o polepszeniu stanu ich zdrowia?
 
Oczywiᖼ! - odpowiedziaᐮ spokojnie - Ale miaᐮ co do tego zasadnicze wąᖼ.
 
Jakież? Przecież poprawa stanu zdrowia chorego jest jak najbardziej konkretnym dowodem na twoje uzdrowicielskie dziaᐪ!
 
To nie jest jednak takie proste! - oponowaᐮ, starajၜ się wyjaść sprawę do ko𔓊.
 
Skutek, ktry obserwujesz... ktry przecież ᐪ zaobserwować...
 
...nie koniecznie musi oznaczać wᐪś to... co na pierwszy rzut oka się narzuca...
 
...wytłę ci to na pewnym prostym przyk𔊭.
 
Samochd nie mo៎ ruszyć z miejsca, bo ma zepsuty akumulator... nie daje on już prၝ potrzebnego do pracy rozrusznika...
 
...inny samochd uż wiᆜ mu swego prၝ... sytuacja znana ka𗳞 niemal kierowcy... moż ruszyć... dojechać do domu lub najbliż warsztatu... moż nawet jechać dalej...
 
...ale czy sam fakt jazdy... czy to, ៎ ten samochd jedzie... oznacza już ៎ akumulator został naprawiony... ៎ samochd został naprawiony...?
 
...przecież wcale tak nie jest!
 
Mo៎ tak być, ៎ jeś akumulator jest w miarę nowy...
 
...to wwczas pracuj𐗊 prၝ jeszcze go na𔊭... jeszcze przywrci go normalnym funkcjom...
 
...ale tak czy owak... takie uż prၝ nie likwiduje problemu generalnie!
 
Nigdy nie miaᐮ pewnoᖼ czy po wyczerpaniu dostarczonej przeze mnie energii mj pacjent nie umrze.
 
Organizm czł moż pobudzić... jak serce defibrylatorem...
 
...ale defibrylator nie leczy przecież tego serca!
 
Uwa៊ᐮ po prostu, ៎ medycyna dzisiejsza...
 
... medycyna walcz𐗊 czę o spektakularny efekt...
 
...wie wiele za mał na temat energii, ktrą ja dysponuję...
 
...by użć jej na ż czł!
 
Efekt...?
 
...owszem... moż uzyskać...
 
...ale czy na dł?
 
To był moje kolejne wąᖼ!
 
A dalsze? - zapytał.
 
Dalsze...
 
...to był wᐪᖼ ៊... ja wiem...?
 
...to był jakiś głᆛ brak zrozumienia powodw...
 
...dla ktrych uż się zjawisk bioenergetycznych...
 
...zamiast solidnie je badać?
 
Przecież... gdyby zapoznać się z wynikami badań, ktrym poddano tych najbardziej znanych... najwię uzdrowicieli... tych ktrzy mieli najlepsze wyniki...
 
...to okazał się, ៎ wiedzę o nich... o zjawiskach, ktrymi się posłą...
 
...moż by zmieᖼć... czy ja wiem... na jednej stronie maszynopisu!
 
Dlaczego uż się tych ludzi dla uzyskiwania efektu...
 
...zamiast za ich pomocą docierać do odkrycia całł tych zjawisk...
 
...oczywiᖼ... by potem użć ich do leczenia...
 
...ale już na podstawie wiedzy... a nie zaledwie obserwacji, ៎ to czy tamto dzieje się za ich pomocą...
 
...definitywne zbadanie zjawiska czyni z niego w rę uczonych potęż instrument...
 
...dzisiejsza wiedza na ten temat pozwala tylko na uzyskiwanie incydentalnych rezultatw!
 
Kopernik był zdolnym czł...
 
jego zwierzchnicy wiedzieli o tym... i gdyby miast pozwolić mu badać wszechś... ten nasz niewielki jego kawaᐮ...
 
gdyby kazali mu... korzystajၜ z jego zdolnoᖼ... rysować sobie gwiezdne modele by ozdabiać nimi ᖼ swych gabinetw...
 
...zniweczyliby szansę Kopernikań odkrycie!
 
Zresztą mniejsza o historyczną prawdę dotyczၜą Kopernika. Oboję w jakich warunkach doszedł on do swych wynikw.
 
Rozumiesz, prawda!
 
Chodzi mi w tym przypadku o przyk𔊭 metody...
 
...przyk𔊭 metody ustawienia priorytetw w badaniach w stosunku do korzystania z czyichś możᖼ..
 
Przerwaᐮ na chwilę, by w koᑌ wyrzucić z siebie mj zasadniczy ៊ do wspᐬ nam ś nauki:
 
Przecież poznanie zasad rzၝၜ energetyczną strukturą rzeczywistoᖼ pozwolił prawdopodobnie na generalną zmianę samego pojmowania choroby ludzkiego organizmu - skoro okazuje się ៎ o chorobie organizmu w duż stopniu - a ja twierdzę ៎ w zasadniczym - decydują procesy energetyczne i ich zakłcenia.
 
Czemu likwidować skutki, gdy dziś moż ingerować w przyczyny i likwidować je?
 
Mj Rozmwca znw milczał dłżą chwilę.
 
Tak! - powiedział po chwili głᆛ zamyś - Nigdy nie przyszł mi do gł, ៎ w tak wydawał się prostej sprawie mo៎ tkwić tyle istotnych problemw.
 
I nagle jakby coś istotnego przyszł mu do gł. Zapytał mnie wrᆜ agresywnie.
 
Ale chwileczkę! Coś mi tu nie gra! Czy...?
 
Jeszcze chwilę zastanawiał się, aż w koᑌ powiedział.
 
Gdyby tak rozszerzyć to twoje stanowisko na inne sytuacje... gdyby uznać je za zasadniczo sł... to przecież...
 
...to przecież moż by powiedzieć, ៎ wszyscy praktykujၜ lekarze idiotami... ...bo przecież powinni raczej siedzieć w instytutach i te choroby badać...
 
...zamiast pomagać pacjentom...
 
...co gorsza...
 
...twoja postawa definitywnie odbiera sens tej caᐮ gałę medycyny, ktra ś swych niedoskonałᖼ...
 
...zajmuje się jedynie doraźą pomocą pacjentom...
 
...na przyk𔊭 tylko likwiduje bl... wcale nie majၜ ambicji zlikwidować choroby...
 
...a to przecież wielka i wspaniaᐪ dziedzina pomocy czł w cierpieniu...
 
...przecież nie mo៎ atakować jej oczywistego sensu i znaczenia!
 
To też nie robię tego! - odpowiedziaᐮ.
 
Jak to? Przecież wszystko co powiedziaᐮś przed chwilą...
 
...to wᐪś dla mnie znaczył!
 
Cż za prymitywny błၝ popełł teraz w swym rozumowaniu mj Rozmwca! A przecież nie był idiotą! Udowodnił to już dziesią razy w czasie tych kilku dni naszego wsplnego przebywania.
 
Dał mi to sporo do myś!
 
A wiᆜ to tak ᐪ się pomylić?
 
Skoro zdarzył się to jemu, dlaczego nie miał przydarzyć się milionom mniej rozsၝ niż on? Cż za straszliwą siłę w kulturze posiadają takie pojᆜ kalki! Stereotypy, ktrych od dawna już nikt nie sprawdza, nie zastanawia się nawet czy tkwi w nich jeszcze chocia់ cień sensu.
 
Bo to na tym wᐪś polegał jego błၝ!
 
Musiaᐮ mu to jak najszybciej wykazać. Powiedziaᐮ wiᆜ.
 
Posł, mj drogi!
 
W tym co powiedziaᐮś... przykro mi bardzo... nie ma ani krzty sensu!
 
Albo powiedzmy jest jawna nielogiczność...
 
...jawne samozaprzeczenie sobie!
 
Bo gdybyś napisali na kartce wszystko to co powiedziaᐮś...sł w sł... ...to przy analizie okazał się, ៎ odpowiedź likwiduj𐗊 sens pytań jest już w tym tekᖼ zawarta...
 
...nie zwrciᐮś tylko na to uwagi!
 
Moja sł zrobił na nim piorunuj𐗎 wra៎!
 
Udowodnij wiᆜ! - powiedział naburmuszony.
 
Proszę bardzo! - zgodziᐮ się!
 
Mwiliś już o znaczeniu wiedzy... czym ona wᐪᖼ jest...
 
...dziaᐪ oparte na wiedzy... z niej wynikaj𐗎...
 
...wszystko to był w tym twoim ataku na mnie!
 
A teraz pomyś...
 
...czy ci ludzie podajၜ choremu morfinę... tylko w celu likwidacji blu...
 
...nie wiedzą wszystkiego o jej dziaᐪ... o niej samej...?
 
...wiedzą...
 
oni wiedzą!
 
Czy ci, ktrzy opuszczają laboratoria badawcze i akademie by wycinać chorym wyrostki robaczkowe posiadają gruntowną wiedzę na ten temat...?
 
...oczywiᖼ...
 
...oni wiedzą!
 
Rozumiesz?
 
Rozumiesz co znaczy to sł?
 
Gdy czł posiada na jakiś temat wiedzę, to już jakby jedynie w kategoriach etycznych ocenić moż to, do czego jej uż. Też już o tym mwiliś, tylko w innym kontekᖼ!
 
Prawo do korzystania z wiedzy jest oczywiste!
 
I tylko sprawą wyboru tych ludzi jest - czy pozostaną przy coraz to głᆛ badaniach... w laboratoriach i akademiach... poszukujၜ rozwiąń zasadniczych...
 
...czy zdecydują się na uż swej wiedzy w praktyce!
 
Natomiast protestowaᐮ już też na temat uż czegoś, co narazie jest jeszcze jedynie szansą na uzyskanie tej wiedzy.
 
Gdy robi to ktoś, kto nigdy nie słł o tych problemach... jakiś szaman czy ludowy cudotwrca... to nic mnie to nie obchodzi!
 
Podobnie reaguję, jeś czynią tak niedokszta𔋎 entuzjaᖼ!
 
Ale do szał doprowadza mnie, gdy jest to udziaᐮ ludzi wyksztaᐬ w europejskiej kulturze, w ktrej śść tych pytań trwa od wiekw!
 
To jest jednak zasadnicza rż!
 
Nie powiem! Sam zdaᐮ sobie teraz sprawę z tego, jak bardzo skarciᐮ mego Rozmwcę! Ale też problem był zasadniczej wagi i doskonale nadawał się do tego, by przy jego okazji zwrcić mu uwagę na błၝ, ktrego powinien się wystrzegać do ko𔓊 ż.
 
Nie odezwał się chwilę ni sł, tylko zastanawiał się nad tym co usłł. Po jakimś czasie spokojnie spojrzał na mnie i szeroko się uśął. Teraz dopiero powiedział.
 
Masz rację! Przepraszam cię! To rzeczywiᖼ był kompromitujၜ niesolidne!
 
Dzień dobiegał powoli ko𔓊.
 
Pustoszał winiarnie i restauracje, przerzedzał się ruch na ulicach, a i nasze możᖼ koncentracji na sprawach istotnych był na wyczerpaniu.
 
Spacerem wrciliś do hotelu ៊ၜ jeszcze po drodze na tematy zgoᐪ niepoważ.

 

PODRŻ DZIEŃ SZSTY.

JAK POZNAĆ STRUKTURĘ I CO Z TEGO WYNIKA?

Gdy się obudziᐮ, do mego pokoju poprzez szeroko otwarte okno zagl𐗚ł ś.
 
Wᐪᖼ obudził mnie ś ptakw w koronach rosnၜ w pobliż drzew.
 
Zawsze rozpoczynają swj codzienny, poranny sejmik natychmiast, gdy tylko pę ciemność nocy. Zrazu odezwie się jeden, jakby czuwajၜ straż poranka, po chwili drugi, niczym sygnalista dajၜ odzew na usł hasł, ale w cią minuty po tym pierwszym, samotnym powitaniu wschodz𐗎 sł𔓊 obecni są już wszyscy mieszkaᑌ rozłż gałę, a tak៎ przygodni przybysze, ktrzy znaleź tu przystań na tę jedną noc i niebawem udadzą się w swą dalszą drogę.
 
Jeden z moich bliskich przyjacił twierdzi, ៎ są na tym ś miejsca lepsze i gorsze, a do lepszych zalicza te, gdzie ż duż ptakw.
 
Rozumiem go!
 
Ptak ucieka z miejsc zł, niespokojnych, miejsc w ktrych i czł i ptaka ogarnia stres. Ptak jest istotą wolną - ze wzglᆝ na swą możść poruszania się w przestworzach. Nie musi trwać tam, gdzie nie czuje się bezpieczny, gdzie otoczenie jest dlań nieprzychylne.
 
Czekaᐮ na ten ptasi koncert. Wiedziaᐮ, ៎ nastą i ៎ obudzi mnie wcześ w przedostatnim dniu naszej podrż - dniu pewnie najważ dla mego Rozmwcy.
 
Zrozumiał dotၝ tyle, ile byᐮ mu w stanie powiedzieć. Teraz czekał na coś w rodzaju praktycznej częᖼ naszej przygody. Obiecaᐮ mu na począ, ៎ wyjaśę na czym polega możść przekraczania tej granicy - jak moż tego dokonać - jak on rwnież mo៎ to zrobić - kᆝ prowadzi droga ku furtce, ktrą otworzyć moż zawsze.
 
Dziś miaᐮ mu tę drogę wskazać.
 
Moja prba ję dobiegᐪ wᐪᖼ ko𔓊! Mniej wi𑧎 wiedziaᐮ już, co z mej wiedzy jestem w stanie przekazać za pomocą tego ś komunikacji, jakim jest mowa ludzka.
 
Czy byᐮ zadowolony?
 
Nie wiem!
 
Zastanowię się nad tym pź.
 
Nie był to jednak na pewno czas dla mnie stracony!
 
Wyjrzaᐮ przez otwarte okno w kierunku pokoju mego Rozmwcy. Mieszkał pię wy៎, po drugiej stronie niewielkiego zadrzewionego podwrka. Jego okno był rwnież szeroko otwarte, ៊ podciąę, a wiᆜ był wrᆜ niemoż by spał jeszcze. Znaczył to, ៎ też niecierpliwie czekał na począ dzisiejszego dnia.
 
Gdy zawoᐪᐮ, pojawił się w oknie natychmiast i by nie budzić sąw gestem pokazał, ៎ oczekuje mnie w holu na dole. Zszedᐮ niezwł zadowolony, ៎ dzię temu dzień znacznie się przedłżł.
 
Dzień dobry! - powiedział, gdy zobaczył mnie schodz𐗎 ze schodw.
 
Dzień dobry! - odwzajemniᐮ konwencjonalne pozdrowienie.
 
Jakoś nie mogᐮ spać dł៎! - powiedział jakby usprawiedliwiajၜ się.
 
Ptaki! - powiedziaᐮ, zwracajၜ mu uwagę na bezpośą przyczynę - Trzeba był nad ranem zamknąć okno!
 
A ty? - zapytał.
 
Ja chciaᐮ wstać o ś. - powiedziaᐮ, nie ukrywajၜ mych intencji.
 
Ja też chciaᐮ! - przyznał się w koᑌ.
 
Uś śၜ o wzajemnym zrozumieniu dopełł tego porannego powitania.
 
Do ś pozostał jeszcze okoł dwch godzin, wiᆜ opuᖼ hotel ruszyliś na spacer przez puste o tej porze miasto, malowane ᐪ barwami wstaj𐗎 leniwie dnia.
 
Rześ powietrze znakomicie zastął chwilowy brak kawy.
 
Obiecaᐮś! - przypomniał.
 
Tak! Obiecaᐮ i dotrzymam sł. - uspokoiᐮ go.
 
Mo៎ teraz zacząć? - z wyraźą niecierpliwoᖼą starał się pobudzić mą aktywność.
 
Ta jego dzieci𑧊 niemal zachᐪść rozbawiᐪ mnie szczerze.
 
Oczywiᖼ! - powiedziaᐮ hamujၜ uś, ktry pewnie by go speszył - Ale nie wiem czy jest do czego się tak ść. To co ci powiem to ż, niekiedy cięż i nie zawsze wdziᆜ praca.
 
Jestem na to przygotowany. - stwierdził konkretnie i poważ - Wiem, ៎ waż rzeczy nie osią się ᐪ.
 
A wiᆜ moja prba ję nie byᐪ zupeł chybiona. Waż rzeczy! Czyli mwiၜ, moż jednak przekazać tę ważść! Wᐪᖼ powinienem być bardzo zadowolony.
 
O.K! - ożᐮ się - Przede wszystkim pamię o jednym! Wszystko co ci dziś powiem wolno ci w całᖼ odrzucić. Decyzja w całᖼ należ do ciebie!
 
To bardzo waż! Bo gdy zastosujesz się do moich rad - reszta odbywać się bᆝ już na twoim terenie. To bᆝą już twoje wᐪ przeż. Nie zawsze przyjemne, jak powiedziaᐮ. Za to ka៍ musi odpowiadać sam . Rozumiesz to?
 
Rozumiem!
 
I nie bᆝ rzucał się w to wszystko nieodpowiedzialnie...? - pytaᐮ teraz z niekᐪą troską.
 
Postaram się. - przerwał.
 
...bez zastanowienia i od razu? - dokoᑌᐮ swe przerwane przed chwilą pytanie.
 
Przyrzekam!
 
Radziᐫ rozpocząć nie wcześ jak za parę dni. Jak już pouk� sobie tę całą mozaikę. Jak już na spokojnie przemyś wszystkie elementy moich opowieᖼ z tych wsplnych dni, gdy te czę niedok𔊭 informacje staną się dla ciebie jakąś całᖼą, ktrej wartość bᆝ mgł na chł ocenić i zdecydować ostatecznie, czy rzeczywiᖼ cię to do tego stopnia interesuje, by w tym uczestniczyć.
 
Nie wolno mi był rozpocząć dzisiejszego tematu bez tych zasadniczych zastrze៎ń. Po zastosowaniu się do mych rad, czł ten bᆝ już przecież niemal inną osobą. Jego spojrzenie na ś, na rzeczywistość - ulegnie radykalnej zmianie. Mo៎ rwnież zmienić się jego elementarny stosunek do ludzi! Tych wszystkich procesw nie byᐮ przecież w stanie kontrolować, a nawet w jakiś zasadniczy sposb wpłć na nie w przyszłᖼ. Nie wiem przecież - nie jest to w 𗲭 wypadku moją specjalnoᖼą - jak na jaką zdobytą wiedzę zareaguje charakter poszczeglnego czł. Do czego tej wiedzy uż?
 
Co z nią zrobi?
 
I nie jest to chyba moim obowią!
 
Czy uniwersytety obcią៊ą swych profesorw odpowiedzialnoᖼą za to, co z uzyskaną wiedzą robią potem ich studenci?
 
Oczywiᖼ, ៎ nie!
 
Był to nawet technicznie niemoż!
 
Ale warto od czasu do czasu postawić takie pytania!
 
Gdybym miał najmniejsze nawet podejrzenie, ៎ w mych dziaᐪ jest coś nienormalnego - nie decydowaᐫ się na przekazanie tego komukolwiek. Skoro jednak jest inaczej - przekaz taki uwa៊ wrᆜ za obowią.
 
Mo៎ się skoncentrować jeszcze przed ś, bez kawy...?
 
Moje pytanie był tylko częᖼ ៊. Sam nie wiedziaᐮ czy moje informacje bᆝą dość precyzyjne. Niemal absolutny spokj majၜ się już niedł zaludnić ulic sprzyjał wprawdzie rozmowie, ale temat był skomplikowany i wymagał obszernego rozwiniᆜ, toteż moż był teraz przekazanie tylko kilku wstę informacji. Te jednak był istotne dla dalszego zrozumienia mych wskazwek.
 
Nie wygł się! - skarcił mnie - Przecież wiesz, ៎ gdybym nie był w stanie się skupić, nie namawiaᐫ cię na rozmowę.
 
No wiᆜ dobrze! - zacząᐮ teraz bardzo powoli i uważ - Wrć na chwilę do mzgu...
 
...mniejsza w tej chwili o anatomiczną czy fizjologiczną ᖼłść...
 
...dla naszych dalszych rozwa៊ń załż, ៎ istnieją w mzgu obszary aktywne i nieaktywne...
 
...zgoda?
 
Zgoda!
 
Te aktywne są już niemal peł informacji... bo są wᐪᖼ... jak gdyby przeznaczone... do kontaktw z naszym normalnym wymiarem... z tym, do ktrego jesteś przyzwyczajeni... do poznawania, opisu i zrozumienia... a tak៎ do pź dziaᐪ... w ś zmysł poznawalnym...
 
...te drugie - nieaktywne - mogą poznawać rzeczywistość pozazmysłą...
 
Przerwał mi jednak.
 
Chwileczkę! Mam bardzo waż pytanie!
 
Jakie? - zapytaᐮ niezbyt zadowolony.
 
Rzeczywistość pozazmysł, to przecież rwnież twory ludzkiego umysł! Na przyk𔊭 logiczne konstrukcje filozoficzne, idee nie dotycz𐗎 wcale materii. Chocia់ etyka, ontologia, czyli caᐪ niemal abstrakcyjna teoria bytu. Czy te nieaktywne obszary...
 
Nie! - teraz ja mu przerwaᐮ - Wszystko to, o czym mwisz jest rzeczywiᖼ dziaᐪ w dziedzinie pozamaterialnej, pozazmysł niejako, ale w sferze... w wymiarze jak najbardziej zmysł!
 
Chodzi o to, ៎ te filozoficzne pytania... te problemy rozpatrywane potem w postaci czystych twierdzeń... niewiele majၜ wsplnego ze zmysᐪ i materią... to wszystko wynika ze ś zmysł poznawalnego. W nim tkwią korzenie tych problemw! Z niego jakby wynikają! W nim powstają, lub jemu mają słżć! Rozumiesz?
 
Chyba tak. - odpowiedział niepewnie.
 
Tłᐮ wiᆜ dalej.
 
Pewne wąᖼ mo៎ budzić jedynie teologia, zajmuj𐗊 się przede wszystkim interpretacją problemw z natury swej pozazmysł, pozamaterialnych! Ale one też wynikają z objawienia, czyli przekazu wprawdzie Boskiego, ale zmaterializowanego w Piś Śę, w postaci jak najbardziej ziemskich konstrukcji, bo dla ziemi i czł upostaciowanych. Teologia nie oznacza wiᆜ wchodzenia w tajemnicę Boga! Jest dociekaniem, interpretacją, analizą tego wszystkiego, co z bardzo materialnej i zmysł odbieralnej formy przekazu... z Pisma... wynika. Co, z niesłą dyscypliną logiczną i naukową, da się w tym zakresie orzec.
 
Przerwaᐮ, oczekujၜ reakcji z jego strony.
 
No tak! Teraz rozumiem. - powiedział po chwili namysł.
 
Jedyny wyją stanowi samo objawienie, ktrego doznawali wielcy wizjonerzy... ktrym został ono ofiarowane.... ale w tym przypadku kto wie, czy w ogle moż mwić o czynnoᖼ mzgu. Pewnie w jakimś sensie tak, ale zostawmy to na razie. Zresztą chyba już trochę o tym mwiliś.
 
No dobrze! Teraz rozumiem! A wiᆜ zostań przy mzgu. - powiedział spokojnie w peł skupieniu.
 
No wᐪś! - kontynuowaᐮ przerwaną przed chwilą myś - Te nieczynne obszary... jeś potrafisz je pobudzić.... zaktywizować... to są one skł... zdolne... do poznawania tego innego wymiaru... tej podstawowej struktury, o ktrą nam chodzi.
 
Tym razem ja sam przerwaᐮ swj wᐪ wywd, bo postanowiᐮ opowiedzieć mu coś poza głwnym wywodem - coś, co mogł nam się w przyszłᖼ bardzo przydać przy rozumieniu procesw zasadniczych. Chwilę milczaᐮ, po czym powiedziaᐮ z naciskiem.
 
Uwa៊! Musimy na chwilę odejść od zasadniczego tematu. Ale postaraj się zapamięć gdzie przerwaliś. Zaraz tam wrcimy. Zgoda?
 
Zgoda!
 
Wyobraź sobie na chwilę, ៎ te nieczynne obszary, mimo ៎ nie stwierdzają tego fizykalnie 𗲭 fizjologiczne badania mzgu... ale załż...
 
...czy to cokolwiek zmienia...?
 
...nie...!
 
...bo poza ich dziaᐪ konieczne jest jeszcze połၜ pomiᆝ tymi dwoma obszarami...!!
 
...połၜ...!
 
...zapamię to sł!
 
W porzၝ! - zgodził się.
 
A wiᆜ wracamy do nieaktywnych obszarw...
 
...trzeba je zmusić do dziaᐪ...
 
...to jest absolutnie konieczne, bo...
 
...no bo... powiedzmy, ៎ one mają też jakieś swoje zmysł... jakby drugi ich komplet... jakieś inne gatunkowo oczy, uszy i tak dalej...
 
...ktre potrafią widzieć, słć, dotykać... poznawać w tym innym wymiarze... ...na tym innym poziomie oglnego istnienia.
 
Zawahaᐮ się. Czy nie tracę z nim kontaktu? Czy nadą៊ za mą myśą? Zapytaᐮ wiᆜ.
 
Nie za szybko? Nie za duż informacji?
 
Nie wiem! - powiedział niepewnie - Wydaje mi się, ៎ z trudem, ale jednak nadą៊ za tobą.
 
Dokoᑌł i przystanął oparł się o mur kamienicy.
 
Zrozumiaᐮ, ៎ muszę teraz jak najszybciej zamknąć jakąś część wywodu, szybko zmierzać do ko𔓊 , gdyż za chwilę nie bᆝę miał z kim rozmawiać. Mimo swego zainteresowania mj Rozmwca był bardzo zmᆜ. Obu nam potrzebna byᐪ przerwa, jakieś rozluź, by mc dalej realizować dzisiejszy program.
 
Postanowiᐮ zamknąć ten fragment opowiadania ៊.
 
A wiᆜ sprawa w tym by... ruszyć z posad pł... mzgowe! To mo៎ być tak samo trudne, mj drogi, jak kiedyś ruszyć z posad kulę ziemską!
 
O cholera! - roześł się - Rzeczywiᖼ kopernikań poziom proponujesz.
 
Miasto budził się teraz do ż z niezwykłą szybkoᖼą. Jeszcze przed pię minutami puste i ciche, teraz pulsował już niemal cał swym krwiobiegiem.
 
Ledwie po spokojnych ulicach przejechał pierwsze wozy z pachnၜ śż pieczywem i mlekiem, a już w ś za nimi z garaż i parkingw wysypał się na jezdnie dziesią, setki aut, a na chodnikach pojawił się ekipy sprzą w swych pomaraᑌ uniformach, by niemal po chwili utonąć w kolorowym tł przechodniw. Rozbrzᆜł się tramwaje, roztrၛł autobusy wraz z pierwszymi promieniami sł𔓊 wzdłż rwnoleż ułż ulic.
 
Wrciliś do naszego hoteliku na ś.
 
Pusta jeszcze sala pachniaᐪ kawą i sł zapachem śż korneto. Lekko lś𐗎 krochmalem, bladoniebieskie obrusy zapraszał do stolikw przygotowanych dla goᖼ.
 
Wᐪᖼ, jak zwykle już o tej porze wesł i peᐮ energii przywitał nas lekkim zdziwieniem nie rezygnujၜ z ៊ na temat naszej nocnej, jak podejrzewał, wyprawy.
 
Gdyby kto panu za to p𔊬ł signore, nie wstawaᐫ pan tak rano! Ale 𗳫 tracić pieniၝ... o tak!... noc najlepsza... nie powiem! - i śł się serdecznie - Ale niech pan się nie martwi! Pań pid៊ spaᐪ dobrze w moim łż. Jest wypoczę jak nigdy. - zakoᑌł kaskadą ś, podajၜ mi mj codzienny, poranny zestaw.
 
Byᐮ tu ostatnio dobre pł roku temu, ale doskonale pamięł co wtedy jadᐮ na ś.
 
A pan nocny Marku? - zapytał mego Rozmwcę, okraszajၜ pytanie kolejnym ៊ - Mo៎ od razu podam obiad? Nie bᆝ panowie musieli opuszczać swych pid៊ do wieczora. Im też się coś należ. Nieprawdaż?
 
Czemu się pan teraz o nie troszczy? Trzeba był się zainteresować wieczorem. Moja stara... mwię oczywiᖼ o pid៊, jak pan pewnie się domyś... musi być ze mnie zadowolona w domu! Jak się okazuje, pod pań dachem moż je wszystkie spokojnie zostawić. Choၻ był najbardziej zazdrosnym facetem na ś!
 
Z ៊w na jego temat nasz gospodarz śł się jeszcze serdeczniej.
 
Mj Rozmwca poprosił o tak zwany kontynentalny zestaw z jajecznicą na szynce i normalnym pieczywem z masᐮ.
 
Oczywiᖼ signore! Reanimujemy pana jak trzeba! Jeszcze trochę pan poszaleje po tym ś. Ale pora już powoli pomyść o waż sprawach.
 
Teraz my wybuchliś wrᆜ nieopanowanym ś. Nawet nie wiedział, jak dobrze trafił w sedno. Mieliś wᐪś taki zamiar zaraz po ś.
 
Takswka do starego opactwa, dziś cał opuszczonego przez mnichw i przemienionego na muzeum wspaniaᐮ, wrᆜ niepowtarzalnej sztuki romań, nie kosztowaᐪ duż. Nie był ono daleko od miasta i aż dziwić się należ, ៎ omijał je wszystkie wycieczki. To prawda, ៎ figurował jedynie w specjalistycznych przewodnikach, ale jego urok był nieprawdopodobny. Wiedziaᐮ o tym, wiᆜ to wᐪś miejsce wybraᐮ jako tł dla mych dalszych opowiadań.
 
Cieniste aleje połż na wysokiej w stosunku do otoczenia grnej częᖼ ogrodu zapewniał chłd potrzebny nam w czasie dzisiejszych dł rozmw. Moż tu był siedzieć na przedwiecznych kamiennych ᐪ, gdy przyjdzie ochota, moż wyciąąć się na kobiercach soczystej trawy, opierajၜ się o marmurowe gᐪ ᖼ wyciąąć nogi na kamiennych posadzkach, a nawet opryskać w razie zbytniego upał spocone ciaᐪ krystalicznie czystą wodą z ogrodowej fontanny. Zgł, nie musieliś nawet wracać do miasta, gdyż w zachowanej, parterowej częᖼ szerokiej, ś bramy byᐪ niewielka jadł z dobrymi potrawami makaronowymi i wspaniał saᐪ.
 
Z przedpro៊ roztaczał się cudowny widok na pozostawione w dole miasto.
 
Usadowieni w cieniu wież wrciliś do naszej rozmowy.
 
A wiᆜ w zasadzie potrzebne są dwie umiejęᖼ. - zacząᐮ - Uaktywnienia nieaktywnych częᖼ mzgu i dokonania połၜń, umożၜ ich korespondencję z częᖼą normalnie aktywną.
 
Obie rzeczy trzeba realizować jednocześ? - zapytał.
 
Niekoniecznie! - odpowiedziaᐮ - Mo៎ to się odbywać po sobie. Natomiast nie powinno tych czynnoᖼ dzielić zbyt wiele czasu, bo korespondencja mo៎ być niepeł. W pierwszym okresie ta niewyć jeszcze przecież, bo nie uż dotၝ część ma mniejsze zdolnoᖼ przechowywania informacji. Ma jak gdyby gorszą pamięć. Ale wrcimy do tego...
 
Chodzi wiᆜ o to, by to co się pozna przetłć na nasz normalny ję. Tak? - wtrၜł się znowu.
 
Niejako! - powiedziaᐮ - Lepiej to okreśၜ moż by powiedzieć, ៎ tę nową uzyskaną wiedzę trzeba połၜć ze starą. Bᆝ to szczeglnie waż, gdy bᆝ omawiać możᖼ praktycznego jej wykorzystania w normalnych warunkach. Ale postaraj się mi nie przerywać tak dł, jak dł wszystko w moim opowiadaniu bᆝ dla ciebie jasne. Zgoda? - zaproponowaᐮ.
 
Zgoda! - powiedział i dodał jeszcze - Rozumiem, ៎ zbyt czę pytania mogą cię rozpraszać.
 
Wᐪś!
 
Uzgodniwszy z mym Rozmwcą formę dalszej rozmowy, przystąᐮ do przekazania pierwszej konkretnej rady.
 
Uwa៊! 𗯫 rozpocząć tę drogę trzeba starać się o dokonanie czegoś pozornie niemoż... czegoś, co jeszcze ci się nie zdarzył.
 
Ale musisz dokonać tego ty sam... swoim wᐪ mzgiem... w wyniku twojego wᐪ postanowienia...
 
Rozumiesz?
 
Chyba tak!
 
No wiᆜ co to mo៎ być...?
 
...na przyk𔊭 staraj się zobaczyć siebie jakby z zewną...
 
...tylko nie chodzi tu o jakieś bzdury polegaj𐗎 na wychodzeniu z samego siebie... jak to opowiadają rż magicy czy szamani.
 
Chodzi raczej o dotarcie myśą do swego wnę... do swej istoty... a nastę jakby...
 
...ja wiem...?
 
...jakieś rzucenie obrazu samego siebie przed siebie... przed swe jakby wewnę oczy...
 
...projekcja jak jakimś projektorem...
 
...𗳫ś siebie samego zobaczył...
 
Rozumiesz?
 
Chyba rozumiem. - powiedział bardzo niepewnie.
 
Zastanawiasz się pewnie jak to jest moż? Jak tego dokonać czysto technicznie?
 
No wᐪś!
 
Otż to też jest wᐪᖼ twoja sprawa! Sprawa ka𗳞 z nas. - powiedziaᐮ uśၜ sobie, ៎ nie pomagam mu na razie tą wypowiedzią. Ciąąᐮ jednak dalej.
 
To jest tak!
 
Staje przed tobą jakieś nieznane zadanie... na przyk𔊭 zdarza się, ៎ z jakichś bardzo waż powodw musisz przejść przez nieznane ci, groź gry... nie jesteś alpinistą... nigdy się tym nie interesowaᐮś... mał... albo wrᆜ nic na temat wspinaczki nie czytaᐮś...
 
...co wiᆜ robisz...?
 
Na począ strasz się sobie wyobrazić to zadanie... na podstawie tego co widzisz... co wiesz... co podejrzewasz... co przypuszczasz...
 
...wyobra៊ sobie czegoś jest też przecież jakąś specyficzną formą poznania...
 
...wszystko to musisz jakoś zebrać razem... musi w tobie powstać jakiś obraz... jakaś perspektywa...
 
...teraz musisz zastanowić się nad sobą... nad swoimi możᖼ... musisz ocenić wᐪ sił... uść sobie wᐪ s𔊫ᖼ... wymyść wᐪᖼ dla ciebie sposoby zachowania...zobaczyć jak gdyby siebie wykonuj𐗎 to zadanie... nieznane dotၝ, nowe zadanie...
 
A wiesz po co?
 
𗯫 po prostu na tej podstawie... na podstawie tych wszystkich przemyśń... zdecydować się na jakiś konkretny sposb pokonania tej stoj𐗎 przed tobą przeszkody.
 
Ten sposb... ta forma mo៎ być dla ka𗳞 inna... ka៍ czł inaczej mo៎ ocenić swe możᖼ... i sł...
 
... wobec tych oczywistych rż, jakie są miᆝ nami... tak៎ i sposoby osią celu w zasadzie powinny być rż...
 
Podobnie jest i w tym przypadku.
 
W zasadzie najlepiej był, gdyby ka៍ odnalazł swą wᐪą drogę do tego, okreś przecież celu, drogę dla niego najwᐪᖼą i najbardziej naturalną.
 
Nie jest ᐪ powiedzieć komuś innemu jak ma poradzić sobie z wᐪ mzgiem.
 
Mo៎ to być bardzo nieskuteczne.
 
Toteż nie potraktuj tego, co ci teraz powiem jako ostatecznej odpowiedzi na pytanie, jak masz tego dokonać...
 
...bᆝ to raczej opowieść o tym jak to był w moim przypadku... jak to mo៎ być...
 
...i nie martw się...
 
...gdzieś w pobliż jest i twj sposb dziaᐪ...
 
... mo៎ on nie być identyczny z tym, o ktrym ci opowiem... ale powinien być podobny.
 
Zgoda? - zapytaᐮ na koniec swej dł wypowiedzi.
 
W przyszłᖼ postanowiᐮ częᖼ dawać oddech sł𐗎. Miaᐮ wprawdzie do mego Rozmwcy już wystarczaj𐗎 zaufanie, wierzyᐮ już, ៎ gdy się zgubi - przerwie mi - ale jednak nie moż był wykluczyć jego wᐪ pomył i pjᖼ swym rozumowaniem w inną, niż wskazywana przeze mnie, stronę. To mogł mieć fatalne nastę i mogł prowadzić w konsekwencji do cał zmarnowania czasu naszej rozmowy. Teraz musiał zrozumieć wszystko bardzo dok𔊭.
 
Zgoda! - odpowiedział.
 
A wiᆜ moż usiąść w moż najwygodniejszej pozycji rozluź wszystkie mięś...
 
...dobrze jest, gdy wokł panuje cisza...
 
...gdy wiesz, ៎ masz duż, duż czasu... i gdy wiesz, ៎ nikt ci nie przeszkodzi...
 
Zawahaᐮ się chwilę.
 
Wiedziaᐮ, ៎ zapomniaᐮ o jakiejś bardzo waż informacji. Ach tak! Oczywiᖼ! Pospieszyᐮ z dodatkowym wyjaś.
 
Oczywiᖼ mwię o samym począ tej drogi! Potem odnajdziesz już wᐪ rozwią... na przyk𔊭 zamiast ciszy mo៎ odbywać się to z towarzyszeniem jakiejś muzyki... muzyki wpł𐗎 na twoje uspokojenie...
 
Znowu niezbᆝ był wyjaś.
 
Oczywiᖼ samo uspokojenie nie ma sensu...
 
...musi mu towarzyszyć możść aktywnego skupienia... aktywnego, ale wᐪś spokojnego... dlatego też zwrciᐮ uwagę na ciszę, czy uspokojenie...
 
...aktywnego poszukiwania...
 
...rozumiesz...?
 
...poszukiwania!
 
Rozumiem! - odpowiedział.
 
A wiᆜ... - kontynuowaᐮ - ...gdy już odnajdziesz to aktywne, spokojne poszukiwanie, to sprbuj zmusić swj mzg do jakiegoś konkretnego zadania...
 
...na przyk𔊭 do wyobra៎ sobie... to też jego funkcja... do wyobra៎ sobie...
 
...na przyk𔊭 siebie...
 
...zupeł przezroczystego...
 
...tak, 𗳫ś widział wszystkie swoje organy...
 
...serce, nerwy, płၜą w ż𔊬 krew...
 
Muszę przerwać! - powiedział.
 
Spokojnie pozwoliᐮ mu zadać pytanie zach𑧊ၜ go nawet do tego.
 
Sł cię! Chcesz o coś zapytać?
 
Tak!
 
Wiᆜ pytaj. - staraᐮ się swym tonem jak najbardziej go uspokoić.
 
Odebrał ten sygnał i już bez emocji zadał pytanie.
 
Przecież ja wiem bardzo mał o anatomii czł! Skၝ bᆝę wiedział co tam widzę?
 
Posł! - odpowiedziaᐮ - Przecież gdy już stworzysz projekcję tego obrazu, to i tak bᆝ to dzieᐮ... no, tej drugiej częᖼ mzgu...
 
...tej częᖼ, dla ktrej wiedza anatomiczna nie jest wᐪᖼ waż...
 
...w tym momencie zobaczysz siebie takim, jakim jesteś naprawdę...
 
...no... na przyk𔊭... gdybyś miał serce z prawej strony... co przecież się zdarza... to bez wzglᆝ na to czego uczy anatomia zobaczyᐫś siebie takim jakim w istocie jesteś ...
 
...i co wi𑧎...
 
...bᆝ to wszystko w jakiś sposb rozumiał...
 
...nie anatomicznie przecież...
 
...nie tak jak lekarz...
 
...tylko tak, jak powinieneś siebie rozumieć...
 
...zrozumiesz jaki jesteś naprawdę...
 
...zrozumiesz... zobaczysz swoją strukturę...
 
Uznaᐮ, ៎ dawka jest już wystarczajၜ du៊, by pozwolić mu na chwilę odpoczynku. Sam też chciaᐮ się chwilę zastanowić nad dalszym cią mej wypowiedzi.
 
Sł𔓎 wznosił się powoli, ale konsekwentnie ku zenitowi. Cień wież skracał się wydatnie. Powietrze wypełł ciepł zbli៊𐗎 się poł.
 
Uznaliś zgodnie, ៎ czas na kolejną kawę, wiᆜ udaliś się w kierunku bramy, gdzie zatrzymał się jakiś samochd. Jego pasa៎ weszli do ogrodu, co oznaczał, ៎ wᐪś gdy wypijemy swe espresso turyᖼ nasyciwszy się tym miejscem zwiedzać już bᆝą zabudowania klasztorne, a wiᆜ jeś nie przyjadą kolejni, znw bᆝ mogli wrcić do poprzedniej ciszy i samotnoᖼ pośd cierpliwie milczၜ drzew i krzeww.
 
Zastanawiaᐮ się teraz czy w dalszych wyjaś przyjąć zasadę uᐪၜą memu Rozmwcy odbir informacji, czy też nie zwracać na to w ogle uwagi.
 
Obie możᖼ miał swe wady i zalety.
 
Wiedziaᐮ, ៎ temat jest dla niego trudny, toteż mgł go szybko zmᆜć i doprowadzić do niezaplanowanej przeze mnie koniecznoᖼ dokoᑌ go nazajutrz w czasie podrż w warunkach zgoᐪ odmiennych, o wiele gorszych i silnie rozpraszajၜ uwagę. To był oczywiᖼ mankament skondensowania mej opowieᖼ.
 
Zaletą jednak był to, ៎ o ile kondycja jego oka៎ się wystarczaj𐗊, - a wᐪᖼ nie tyle kondycja, bo z fizycznoᖼą nie miał to wiele wsplnego - chodził raczej o umiejęść dłᐮ koncentracji - to wynik powinien być o wiele lepszy. Ale czy naprawdę mogᐮ na to liczyć? Czy rzeczywiᖼ był na tyle uważ i zdeterminowany w poznaniu tego, o czym mwiᐮ od kilku dni, a teraz zmierzaᐮ do praktycznego ko𔓊?
 
Gdybym się co do tego pomylił, mj Rozmwca nie skorzystał by wiele.
 
Pozosta𔊫 jedynie zrealizowana przeze mnie prba ję.
 
On natomiast zostaᐫ potraktowany jedynie jako konieczny mi partner eksperymentu. Użᐫ go po prostu, niczym się nie odwzajemniajၜ.
 
Informacja intensywna ma w tym wypadku do siebie to, ៎ przyję w całᖼ nie jest zrozumiaᐪ zupeł i do ko𔓊, ale zapada w pamięć głᆛ i przez dł czas dziaᐪ jak dro៍៎ w kadzi. Powoduje, ៎ poszczeglne fragmenty nowej wiedzy jej odbiorca przywoł po kolei, samodzielnie rozwa៊ i analizuje, chcၜ nadrobić s𔊫ᖼ zbyt szybkiego pochᐪ danych.
 
Z kolei przekaz uᐪ, z wszystkimi wyjaś trudniejszych elementw, pozwala odbiorcy na głᆛ jakby zrozumienie wszystkiego, a nastę uznanie sprawy za niejako zaᐪą i przetrawioną w całᖼ.
 
Jest to jednak pozorne.
 
Takie zrozumienie wcale nie jest głᆛ!
 
Wrᆜ przeciwnie!
 
Pozostaje zwykle na przyję w trakcie rozmowy poziomie i nie zmusza w przyszłᖼ do osobistej aktywnoᖼ, pracy, dodatkowej refleksji. Kawa na ᐪę - jak to mwią - ale już nic poza ᐪą.
 
Oczywiᖼ nie musi tak być w ka៍ przypadku i z ka៍ czł! Ale zwykle tak się dzieje.
 
Cż jednak z tego, gdy decydują o tym wyłၜ osobiste predyspozycje sł𐗎 czł?
 
Na coś jednak musiaᐮ się zdecydować!
 
W trakcie picia kawy, gdy wᐪᖼ nie rozmawialiś, jeś nie liczyć zdawkowych i niewiele znaczၜ uwag na temat pogody, krajobrazu i wypijanej wᐪś kawy - znalazᐮ jeszcze jedno wyjᖼ, ktre wydał mi się w tym przypadku najbardziej wᐪᖼ. Zrozumiaᐮ mianowicie, ៎ mogę, tak jak już to parokrotnie zrobiᐮ i nie wyszedᐮ na tym ź - pozostawić część inicjatywy memu Rozmwcy.
 
Do tej pory szczerze, bo pewnie w naturalny sposb, bez dodatkowych intencji sygnalizował mi zarwno poziom swego zainteresowania jak i stopień zmᆜ. Jeś takie sygnał są rzeczywiᖼ precyzyjne, to stanowią one jasne okreś sytuacji, ktra musi być wzię pod uwagę. Są argumentem ostatecznym.
 
Zmᆜ umysł nie da się przeᐪć z zewną, a rzeczywiste i aktywne zainteresowanie nie mo៎ pozostać niezaspokojone, gdyż niezaspokojenie to przynosi sł𐗎 zawd, zra៊ၜ go do całᖼ odbieranego komunikatu.
 
Takie postawienie sprawy częᖼ zrzucał na mego Rozmwcę odpowiedzialność za przebieg i wynik dzisiejszych rozmw, ale mimo wszystko uznaᐮ je za najwᐪᖼ.
 
Taka realizacja nak�ᐪ też na mnie dodatkowy obowią skupienia się na sł - nie tylko na tym co miaᐮ do powiedzenia. Postanowiᐮ jednak podjąć to szczeglne wyzwanie. Teraz zatem wszystko zale៊ł od tego, jak ja wytrzymam to obcią៎. Tym razem musiaᐮ wiᆜ podjąć nie potrzebną mi prbę ję, ale ważą z kolei dla mego Rozmwcy, prbę koncentracji i dyscypliny informatora. On słżł mi przez poprzednie dni, teraz ja miaᐮ stać się (o czym przecież wcale nie wiedział) partnerem pracujၜ dla niego.
 
Dopiliś kawę i wrciliś do ogrodu, ktry zgodnie z mym oczekiwaniem znowu opustoszał. Skorzystaliś tym razem z ocienionej piniami marmurowej ᐪ, oddaj𐗎 teraz swe dyskretne ciepł naszym skrytym przed sł𔓎 ciał.
 
To musi być wspaniaᐮ przeż! Nieprawdaż? - odezwał mj Rozmwca.
 
Tak! - potwierdziᐮ najszczerzej na ś - To rzeczywiᖼ jest niesamowita chwila. Ale muszę ci powiedzieć, ៎ kolejne etapy twojego rozwoju pozwalają ci... prowadzą na ku przeż, sprawom... odkryciom jeszcze bardziej fascynujၜ. Wᐪᖼ ka៍ krok naprzd prowadzi cię w rejony coraz ciekawsze.
 
Teraz postanowiᐮ na chwilę zająć się jakby drugą stroną medalu i opowiedzieć mu trochę o wielu trudnoᖼ i kł zwią z tym procesem.
 
Musisz jednak też zdać sobie sprawę z tego, jak poważ i trudne zadanie podejmujesz...
 
...decydujၜ się rozruszać nigdy nie użą część swego mzgu...
 
Poszukiwaᐮ dobrego przyk𔊭, by uzmysłć mu ten stopień trudnoᖼ zadania. Powiedziaᐮ.
 
Mo៎ zetknąᐮś się kiedyś z procesem rehabilitacji mięś nogi, lub rę po dłᐮ kuracji w gipsie... po jakichś wypadkach, skomplikowanych zᐪ?
 
Tak! - odpowiedział - Poᐪᐮ kiedyś nogę na nartach i parę miesiᆜ spᆝᐮ w łż z gipsem po udo.
 
No wᐪś! I pamię pewnie ile pracy kosztował cię potem, gdy kość już byᐪ w porzၝ, przywrcenie sprawnoᖼ mięś przez ten czas nieuż?
 
Oczywiᖼ! Trwał to nastę sześć miesiᆜ codziennych i ż ćń.
 
I to wszystko tylko dlatego, ៎ mięś te miał przerwę... tylko przerwę w swym funkcjonowaniu! Rozumiesz!
 
A sprawa, o ktrej mwimy, wymaga rozruszania, a potem wytrenowania czegoś, co wᐪᖼ nie dziaᐪł nigdy.
 
Na szczęᖼ mzg to nie noga czy rę!
 
Mięś koᑌ, zresztą więść mięś czł, przy bezczynnoᖼ zaczyna zanikać. Są jakby szczeglnie chę do lenistwa.
 
Z mzgiem jest odwrotnie. On - moż tak powiedzieć - pali się do pracy! Bezczynność jest sprzeczna z jego przeznaczeniem, z całą jego naturą.
 
Ta jego nieczynna część cał czas wᐪᖼ czeka na zadania. Dlatego nawet rozwija się w sensie fizjologicznym. Ż tak samo, jak ta druga, cią czynna część. Dlatego uruchomienie jej, gdy stosujesz odpowiednie ś, gdy rzeczywiᖼ ż𐗚 od niej tego - nie trwa tak dł.
 
Ale jednak nie nastę od razu!
 
Musisz wiᆜ liczyć się z tym, ៎ w pierwszej fazie mo៎ ci się to nie udawać, ៎ mo៎ mieć trudnoᖼ, a nawet odnosić wra៎, ៎ ponosisz zupeł fiasko.
 
Najważ jednak w takim momencie... oczywiᖼ gdy zdecydowanie postanawiasz tego dokonać...
 
...najważ nie przejmować się tym...
 
...sukces jest pewny.
 
Problem tylko w tym, ile walka ta zajmie czasu i zaangaż twojej energii.
 
Jest to rwnież sprawa indywidualna!
 
Zależ od kondycji, od okreś zdolnoᖼ energetycznych poszczeglnego czł.
 
Bo dokonuje się tego za pomocą energii, ktrą czł posiada.
 
To jest proces energetyczny.
 
Zresztą - dokoᑌᐮ - nie są to jedyne trudnoᖼ! Bᆝ o tym jeszcze mwić.
 
Nie zauważᐮ, by wyraż przeze mnie konieczność cierpliwej pracy sprawiᐪ mu jakiś zawd. Albo był na tyle rozsၝ, albo na tyle już zdecydowany podjąć tę prbę, ៎ ewentualne trudnoᖼ nie odgrywał dlań 𗲭 roli.
 
Po krtkiej przerwie mwiᐮ dalej.
 
Pocieszaj𐗎 w momentach zaᐪń jest...
 
...nawet nie ta pewność sukcesu, bo mzg czeka na to...
 
...ale to wᐪś, ៎ na drodze tej nie ma pracy straconej...
 
...wszystko co uzyskujesz jest już kapitaᐮ, zdobyczą, krokiem we wᐪᖼ kierunku i to - jeś drogą tą dalej podą៊ć - krokiem nieodwracalnym.
 
Dlatego waż jest, by przystęၜ po raz kolejny do tej prby... po kilku godzinach... czy nastę dnia...
 
...nie rozpoczynać wszystkiego od nowa...
 
Rozumiesz?
 
Nie rozumiem! - odpowiedział zaskoczony tą ostatnią radą.
 
Koncentrujၜ się na jakimś tego typu zadaniu i wk�ၜ w to okreśą ilość energii... jeś oczywiᖼ nie robi się tego w bezsensownie krtkim czasie za ka៍ razem... to musi zawsze trwać kilka godzin... zwᐪ na począ...
 
...koncentrujၜ się tak...
 
...zawsze coś uzyskasz...!
 
Zawsze? - przepełł go zdziwienie.
 
Tak! - powiedziaᐮ - Nie znam przypadku, 𗳫 ktoś w ogle nie ruszył z miejsca. Znam jednak przypadki poniechania drogi.
 
Na tym polega moje przekonanie, ៎ wiedza o tych zagadnieniach jest dostę ka𗳞... ៎ to jest czł normalność!
 
No dobra! Zdaje się, ៎ znowu ci przerwaᐮ!
 
Nie szkodzi! - powiedziaᐮ spokojnie - W koᑌ to jest rozmowa, nie wyk𔊭.
 
To wobec tego powiedz mi co takiego na pewno moż uzyskać na począ? - skwapliwie skorzystał z mej zachę.
 
Trudno tak konkretnie odpowiedzieć!
 
To jest też sprawa indywidualna.
 
To tak, jakby ka៍ rozpoczynał od pobudzania nieco innych nieczynnych komrek... są ich przecież miliardy...
 
...dla jednego mo៎ to być na przyk𔊭 poczucie jakiegoś oddalenia się od wszystkiego i poczucie wyją spokoju...
 
...inny mo៎ w pierwszym okresie czuć jakieś nadzwyczajne zaciekawienie połၜ z jakby wzrastajၜą pewnoᖼą jego zaspokojenia...
 
...bardzo trudno powiedzieć...
 
...sprbujesz, to zobaczysz...
 
...gdy się naprawdę skoncentrujesz, to sam zrozumiesz co jest począ tej drogi i czy na nią wchodzisz...
 
...gdy dokonasz jakiegoś odkrycia, to na pewno bᆝ o tym wiedział...
 
...a odkryciem jest wᐪᖼ wszystko...
 
...jakiś aktywny spokj...
 
...jakiś obraz...
 
...wszystko, co był ci do tej pory nieznane...
 
...takie odkrycie jest wᐪś dowodem na to, ៎ pobudzona zostaᐪ ta część twego mzgu, ktra do tej pory nie pracowaᐪ...
 
Ale nie pytał teraz wi𑧎, wiᆜ ciąąᐮ dalej.
 
Powiedziaᐮ, ៎ kolejne dziaᐪ należ zaczynać od miejsca w ktrym się skoᑌł poprzednie.
 
Tak jest!
 
Ale muszę ci tu kilka waż rzeczy jeszcze wyjaść.
 
Po pierwsze...
 
...by mc zacząć w tym samym miejscu... trzeba je dobrze zapamięć...
 
Nim przerwiesz to skupienie... ten proces...
 
...postaraj się dobrze zapamięć ten obraz...
 
...to poczucie...
 
...zapamięć tak dobrze, by mc je sobie jak najdok𔊭 w ka𗳞 chwili przypomnieć...
 
...przypomnieć nawet bez szczeglnego skupienia...
 
...na przyk𔊭 w tramwaju... na ulicy... wszᆝ!
 
Wiesz co to jest - takie zapamię?
 
To jest po prostu przeniesienie tego odkrycia do aktywnej częᖼ mzgu, ktrej użć mo៎ w ka៍ warunkach. Przecież w ka៍ wᐪᖼ warunkach - oczywiᖼ poza zupeł ekstremalnymi - mo៎ skorzystać ze swej pamiᆜ - przypomnieć sobie na przyk𔊭 budynek gimnazjum, w ktrym zdawaᐮś maturę czy coś w tym rodzaju.
 
Za pomocą takiego przeniesienia... takiego zapamię... ka𗳞 twoje odkrycie staje się już na zawsze sk𔊭 twojej wiedzy...
 
Na począ bᆝą to rzeczy mał waż...
 
...jakieś takie ciekawostki...
 
...ale z czasem bᆝą to coraz waż sprawy...
 
...te wszystkie, nad ktrymi bᆝ pracował.
 
Rozumiesz?
 
Kiwnął tylko głą potwierdzajၜ.
 
Wiesz co to jest? Takie przeniesienie?
 
Wiem! - odpowiedział tym razem.
 
Co? - zapytaᐮ - Okreś to!
 
To jest pierwsze uruchomienie tych połၜń miᆝ obszarami mzgu, połၜń o ktrych mwiᐮś rano.
 
Tak! - potwierdziᐮ z satysfakcją - To jest wᐪś to! Chyba najważ rzecz w cał procesie! Tak wᐪś wygl𐗚 jej począ!
 
Znowu postanowiᐮ ofiarować nam obu chwilę odpoczynku.
 
Przejdź się trochę! - zaproponowaᐮ.
 
Kiwnął głą. Wstaliś z naszej ᐪ i ruszyliś wolnym krokiem ku resztkom warownych murw.
 
Wiesz co! - zagadnął po chwili - Gdyby zrobić statystykę twoich wypowiedzi... statystykę słw, ktrych uż... to jednym z najczęᖼ przez ciebie uż jest caᐪ kombinacja słw spokj i skupienie. Przywią do tego tak wielką wagę?
 
Oczywiᖼ! - odpowiedziaᐮ, starajၜ się teraz naszej rozmowie nadać jak najluź ton - Uwa៊, ៎ spokj i skupienie są najnaturalniejszymi stanami człń. To podstawa normalnej i skutecznej egzystencji!
 
A jednocześ nie lubisz technik, ktre zajmują się głwnie osiąᆜ tych stanw? - drążł dalej.
 
Bo one koᑌą swe dziaᐪ... jakby osiąą swj cel w tym miejscu, w ktrym dla mnie się dopiero wszystko zaczyna. Spokj i skupienie nie jest 𗲭 celem! Mo៎ być co najwy៎ ś do osią celw. Mwiliś już o tym.
 
Tak, ale chciaᐮ jeszcze raz dobrze zrozumieć tę rżę. - powiedział i zamilkł.
 
Z ruin opactwa rozciął się cudowny widok na tę wspaniałą ziemię.
 
ᐚ wzgrza uk�𐗎 się w ciekawej kompozycji wypełł przestrzeń po horyzont, urozmaicone strzelistymi pionami cyprysw o nadzwyczajnej delikatnoᖼ rysunku i ruchu na niewielkim wietrze. Na zboczach pᐪ winnic wille o geometrycznych krawᆝ, gdzieniegdzie sepiowego koloru - tu ka៍ dom chł zasł swym kształ i proporcjami na to miano. Naturalna zgodność ich formy i koloru z otaczajၜą przyrodą powodowaᐪ, ៎ wydawał się rwnie stare jak ona sama i tak jak przyroda niezmienne w swym rozwoju.
 
Nad doliną wisiaᐪ tu stale lekka mgieł odbieraj𐗊 niepotrzebną ostrość całᖼ rysunku.
 
Patrzyliś jeszcze chwilę i bez sł wrciliś do ogrodu.
 
Pierwszy okres dziaᐪń, jak ka៍ począ czegokolwiek, niesie z sobą powiedzmy - szereg niebezpieczeń, o ktrych należ pamięć by po prostu nie zmarnować wᐪ pracy. - rozpocząᐮ - Chodzi głwnie o to, by te pierwsze osiąᆜ, te wra៎, zdobycze, ktre osią - nie zwiodł nas na boczne tory!
 
Jak już powiedziaᐮ, i te pierwsze odkrycia są czę pocią𐗎, przyjemne, wspaniaᐮ, a przede wszystkim bardzo ciekawe. Na przyk𔊭 odczuwasz jakąś silną radość samego istnienia. Jest ci najzwyczajniej dobrze, lepiej niż kiedykolwiek był. To wspaniale...
 
...ale teraz trzeba uwa៊ć... gdy już to zapamię i gdy w ponownym dziaᐪ znowu w to miejsce wrcisz...
 
...by nie zafascynować się za bardzo tym stanem...
 
...by nie zająć się wyłၜ jego badaniem...
 
...by w nim zbyt dł nie pozostać.
 
To grozi odkryciem dla samego odkrycia...
 
...grozi tym, ៎ po takim kroku nie nastą nastę...
 
...៎ pozostaniesz w tym miejscu na zawsze.
 
Moż by to porwnać do czł, ktry wybiera się na jakiś szczyt w grach. Idzie i po drodze wstę do schroniska. W tym schronisku odbywa się wesele. To wesele tak mu się podoba, tak go fascynuje swymi przyś, ciekawym obyczajem, radosną atmosferą - ៎ już tam zostaje, rezygnujၜ z dalszej realizacji swego planu. Nastę dnia, gdy wesele się już skoᑌł, na przyk𔊭 pogoda nie pozwala mu na ponowne podjᆜ zaniechanej wspinaczki.
 
Co wi𑧎!
 
Nawet trudno wrcić do domu! Trzeba stracić nastę dzień, by się chocia់ cofnąć.
 
Oczywiᖼ! Pobyt na takim weselu, jego urok, wiedza z tego pobytu wynikaj𐗊, nie jest niczym zł czy bezwartoᖼ.
 
Wrᆜ przeciwnie!
 
Mo៎ być czymś bardzo waż dla czł, ktry zaniechał wspinaczki! Niemniej jest już zupeł czym innym niż zaplanował!
 
Zdobycie gry trzeba bᆝ zaczynać po paru dniach od nowa, jeś w ogle jeszcze bᆝ miał na to ochotę.
 
Podobnie jest w naszych sprawach.
 
Z tego też powodu należ stosunkowo szybko wyznaczyć sobie jakiś cel i nastę się go trzymać...
 
...starać się go konsekwentnie realizować... by nie błąć się bez wyraź planu po przestrzeniach zdobywanych...
 
Nie jestem ekstremistą celu...
 
...dlatego nie uwa៊ za rzecz złą pozostanie na jakiś czas w miejscu, ktre nas fascynuje...
 
...na jakiś czas, powiadam...
 
...moż je przecież zapamięć i wrcić tam kiedyś na dł៎...
 
...jednak lepiej jest to zrobić po realizacji naszego zasadniczego celu, ktry załżś na począ drogi...
 
Rozumiesz? - zapytaᐮ - To jest wᐪᖼ jedynie kwestia metody i w niczym nie zmienia całᖼ zagadnienia, ale jednak wydaje mi się na tyle waż, byś o tym pamięł.
 
Rozumiem! - odpowiedział - To jasne.
 
Mwiᐮ wiᆜ dalej.
 
Powiedzmy teraz...
 
...wrć do tego przyk𔊭...
 
...៎ po solidnej pracy potrafisz rzucić na zewnę ekran samego siebie... cał swj organizm...
 
...teraz mo៎ się mu do woli przygl𐗚ć...
 
...obserwować... poznawać.
 
Gdy pośᆜ temu wystarczajၜ duż czasu...
 
...wystarczajၜ duż energii...
 
...to bᆝ mgł zrozumieć... poznać...
 
...jego energetyczną strukturę...
 
...zobaczysz gdzie są w nim energetyczne centra...
 
...jak ta energia jest dostarczana w rż miejsca...
 
...zrozumiesz nawet gdzie jest jej za duż... bo coś jest chore... a gdzie za mał z tego samego zresztą powodu...
 
...idၜ dalej tą drogą bᆝ mgł te procesy regulować...
 
Chwileczkę! - przerwał mi - ... idၜ dalej, idၜ dalej... Zatrzymaj się! Sprbuj jakoś przybliżć mi te dalsze kroki...
 
Sprbuję, chociaż jak już ci powiedziaᐮ...
 
...to niesł waż...
 
...៎ wᐪᖼ są to sprawy bardzo indywidualne i najlepiej jest wwczas, gdy znajၜ kierunek... ka៍ sam wypracuje optymalne dla siebie techniki...
 
...ale...
 
...gdy już zobaczysz siebie...
 
...to staraj się o tym sobie coraz wi𑧎 się dowiadywać...
 
...na przyk𔊭 postaraj się dok𔊭 obejrzeć...
 
...jakby na zasadzie filmowego zbli៎...
 
... powiedzmy... swoją ręę...
 
...obejrzyj ją z bliska...
 
...a nawet jej szczegł... na przyk𔊭 palce... jej unerwienie... żł...
 
...staraj się dowiedzieć... zobaczyć...
 
...jak to wszystko dziaᐪ...
 
...a potem postaraj się coś z tą ręą zrobić!
 
Coś z tą ręą zrobić...
 
Powtrzył jak echo moje sł w najwyż skupieniu.
 
Na przyk𔊭 co?
 
Na przyk𔊭 wyłၜ ją jakby z całᖼ!
 
Jak to?
 
Sprbuj doprowadzić do tego, by ta rę przestaᐪ odczuwać na przyk𔊭 dotyk...
 
...postaraj się usłć jak gdyby płၜą w jej ż𔊬 krew...
 
To jest moż?
 
Zapytał teraz z niedowierzaniem, ale w pytaniu tym wi𑧎 był ciekawoᖼ niż jakiegoś sprzeciwu.
 
Oczywiᖼ! Przecież już ci powiedziaᐮ, ៎ dla tej uruchamianej wᐪś częᖼ mzgu wszystko jest moż.
 
No dobrze! - zgodził się - Co jeszcze moż robić w tych prbach?
 
Zastanawiał mnie w tych jego pytaniach to, ៎ na razie jakby bał się samodzielnie wykonać nawet najdrobniejszy ruch. Tak, jakby kilkakrotnie już powtrzone przeze mnie sugestie na temat koniecznoᖼ takiej samodzielnoᖼ - wcale do niego nie dotarł. Podobnie jakby nie przyjmował do wiadomoᖼ, ៎ sam mo៎ wszystko! Pragnął najwyraź, by go jak najdł៎, tak jak dziecko prowadzić za ręę.
 
Byᐪ w tym wszystkim jakaś niesł szczerość i wrᆜ niczym nieograniczone zaufanie do mnie.
 
Te dwa elementy wrżł mu dobrze na przyszłść, gdyż był czymś w rodzaju dowodu, ៎ znikł w nim... ៎ pokonał wszelki sceptycyzm wobec zagadnień o ktrych mwiliś.
 
To waż!
 
Pozostałᖼ takiego sceptycyzmu są w stanie znacznie opźć nadejᖼ pierwszych sukcesw, pierwszych kontaktw z rzeczywistoᖼą nieznaną - kontaktw, ktrymi czł jest tak zafascynowany, ៎ nie odchodzi już nigdy.
 
W tej sytuacji musiaᐮ godzić się jeszcze przez jakiś czas na tę niewdziᆜą i niewygodną rolę przewodnika po jego wᐪ możᖼ. Nie mogᐮ go w tej chwili pozostawić zupeł samemu sobie, osierocić jakby, bo rzeczywiᖼ znalazł się w krę problemw, wśd ktrych czuł się jak bezbronny, zagubiony brzdၜ.
 
Podsuwaᐮ mu wiᆜ dalej podstawowe kroki.
 
Mo៎ na przyk𔊭...
 
...prbować koncentrować się jedynie na sercu...
 
...starać się by usłć jego pracę... jego bicie...
 
...a nastę wejść w to bicie tak, by wypełł ci ono wszystko...
 
...by poza tym biciem wᐪᖼ... a raczej przecież pozornie...
 
... nie był nic...
 
...rozumiesz...?
 
Nie odpowiedział nawet skinieniem gł, wiᆜ mwiᐮ dalej.
 
To jest oczywiᖼ pozorne wypeł, bo przecież to wszystko nadal wokł ciebie istnieje...
 
...ale to twoja koncentracja wyłၜ czasowo tamte.... pozostaᐮ elementy...
 
...to teraz ty decydujesz co jest waż... co badasz...
 
Postanowiᐮ odejść już od przyk𔊭w koncentracji na detalach i zwrcić mu uwagę na możᖼ poruszania się tak៎ w odwrotnym kierunku. Powiedziaᐮ.
 
Mo៎ też... porzuciwszy te szczegł... zająć się szerokimi planami...
 
...jest to nieco trudniejsze... trudniej osią...
 
...ale mo៎ nawet bardziej ciekawe...
 
...oczywiᖼ zależ dla kogo.
 
Widzisz siebie caᐮ...
 
...sprbuj wiᆜ poznać w sobie twoje s� punkty...
 
...dowiedzieć się gdzie one są...
 
...sprbuj poznać mocne...
 
...dowiedzieć się na czym polega s𔊫ść jednych i siᐪ drugich...
 
...z kolei mo៎ podejmować prby skomunikowania ze sobą... tych miejsc s𔊫 z silnymi...
 
...one i tak są ze sobą zwią przynależᖼą do całᖼ organizmu... i w jakiś sposb się komunikują...
 
...postaraj się poznać typ tej ich komunikacji... jak ona przebiega... ktrᆝ... czy jest czę... czy jest intensywna czy też s�...
 
...postaraj się w to zaingerować...
 
...tę komunikację na przyk𔊭 wzmocnić... zintensyfikować...
 
...doprowadzić do wzajemnego zainteresowania się sobą... tych silnych i tych s𔊫.
 
Jeś bᆝ duż pracował wᐪś w tym kierunku, to osią wielkie rezultaty...
 
...rezultaty podobne do leczenia...
 
...mwię podobne, bo to bᆝ zgoᐪ odmienne leczenie...
 
...takie naprawdę zasadnicze...
 
...nie lekarstwami, czy jakąś ingerencją z zewną...
 
...to bᆝ jakby uregulowanie...
 
...zharmonizowanie caᐮ organizmu...
 
...likwidacja zatorw...
 
...zatorw nie fizjologicznych... jakichś złw w ż𔊬... czy niedrożᖼ innych przewodw koniecznych do fizjologicznego funkcjonowania tej maszyny, jaką jest ludzki organizm...
 
...doprowadzisz do likwidacji zaburzeń energetycznych...
 
...zaburzeń w harmonijnej komunikacji porcji energii, przynależ z wszystkim elementom bytu... .
 
Rozumiesz?
 
Mo៎? - odpowiedział cicho - Ale opowiadaj dalej.
 
Wᐪᖼ powinienem godzić się na jego proᖻ coraz mniej chę! Jednak nie wiedzieć dlaczego rozmowa ta zaczynaᐪ mnie wciąć.
 
Bo...
 
...tak jak mwiᐮ ci przez cał czas... staraᐮ się podkreść to zawsze...
 
...podstawą wszystkiego jest harmonia... porz𐗞... wszelkie zł wynika z jej zaburzeń...
 
...harmonia obejmuje wszystko... i wszystko jakby stara się do niej zmierzać...
 
...doprowadzanie wiᆜ do niej jest czymś naturalnym... wiᆜ efekty tego dziaᐪ dadzą się stosunkowo ᐪ osiąąć...
 
...oczywiᖼ w stanach, gdy zaburzenia tej harmonii nie zaszł za daleko... gdy jeszcze wyraź widać na czym ona polegaᐪ przed jej zaburzeniem...
 
Postanowiᐮ teraz zwrcić mu uwagę na kolejny filar caᐮ tej pracy.
 
Posł...!
 
...je៎ mwię o tym, ៎ jakaś dysharmonia mo៎ być zbyt wielka...
 
...to wcale nie znaczy, ៎ coś takiego dysharmonijnego w ogle mo៎ istnieć...!
 
...bo wᐪᖼ nie mo៎ i nie istnieje...!
 
...tylko nasza wiedza o harmonii jest za maᐪ... a zatem harmonia mo៎ przekraczać nasze pojᆜ o niej...
 
...a co za tym idzie sprawiać wra៎ baᐪ, ktrego nie potrafimy uporzၝć.
 
W zasadzie uporzၝć moż wszystko!
 
Zależ to jedynie od stopnia poznania struktury tej harmonii i zasad nią rzၝၜ ...
 
...zasad rzၝၜ porzၝ energetycznym całᖼ istnienia.
 
Przerwaᐮ na chwilę. Mj Rozmwca wykorzystał tę pauzę i powiedział.
 
No wᐪś! Mwimy cał czas o jakichś projekcjach obrazw, o ich badaniu i tak dalej...
 
Ale jak się dobrać do tej struktury?
 
Do tej energetycznej zasady istnienia?
 
Uspokj się! - skarciᐮ go ᐪ - To jest przecież droga! Jesteś na jej zupeł począ! Wszystko jeszcze bᆝ!
 
Nie odezwał się! Widać zawstydziᐪ go wᐪ niecierpliwość.
 
A był rzeczywiᖼ czł niecierpliwym!
 
Widać to był w ka𗳞 jego reakcji, gdy zajmował go coś, co był dla niego waż. W tej sprawie podejmował decyzje niemal natychmiast. Za waż - uznawał coś z minuty na minutę, z uᐪ sekundy na uᐪ sekundy. Rzucał się po prostu w gęę nowych tematw jak w głᆛą wodę.
 
Nie byᐪ to w tym przypadku zaleta! Cecha taka grozi niesolidnoᖼą w realizacji celu. Jej posiadanie wymaga od czł wielkiej i solidnie przestrzeganej samodyscypliny. Inaczej wszystko rozpadnie się w gruzy! 𗮭 praca nie zostanie doprowadzona do ko𔓊 i pozostawi po sobie chaos, a w rezultacie zniech𑧎 i zawd.
 
Ale zawsze coś za coś! Bez aktywnego zaangaż, postę są rwnież nie do pomyś.
 
W ogle czł jest naturą trudną!
 
Gdy tak dobrze się nad tym zastanowić ka𗳚 jego zaleta mo៎ w specyficznych warunkach okazać się wadą.
 
Bo czł jest na ogł istotą niezharmonizowaną wᐪś! Posiada wielkie, wrᆜ nieograniczone możᖼ, ktre czę chciaᐫ wykorzystać od razu, wszystkie naraz. Jest zachᐪ!
 
A to przecież jest niemoż!
 
Moż jest natomiast wykorzystanie ich wszystkich po kolei! W drodze ku poznaniu wszystkie możᖼ ludzkie mogą i powinny być wykorzystane! Ale wᐪś po kolei - ka𗳚 z nich w swoim czasie - wtedy, gdy bᆝ najpotrzebniejsza.
 
Droga ku poznaniu ma bowiem charakter niemal doskonale linearny. Jak droga przez las! Nie moż iść kilkoma drogami w tym samym momencie. To pewne. Dlatego wᐪś tak waż jest, by zrozumieć cel, do ktrego się zmierza. Wᐪ cel! Cel przez siebie okreś i wedł wᐪ, przemyś planu realizowany.
 
To nie jest ᐪ!
 
Jest trudne, gdyż wymaga rezygnacji z innych drg, z innych celw, ktre przecież też mogł by być osiąę. Ale trzeba wybrać! Taki wᐪś wybr - jest pierwszym krokiem na drodze do osiąᆜ w dziaᐪ jakiejś podstawowej, absolutnie koniecznej harmonii - do zharmonizowania siebie samego.
 
Czy chciaᐮ teraz ostudzić jego niecierpliwość?
 
Chyba nie o to chodził! Tego bᆝ musiał dokonywać sam, za ka៍ razem, gdy postanowi posunąć się o kolejny krok do przodu.
 
Zobowią byᐮ jednak do przedstawienia mu dalszych trudnoᖼ, a nawet niebezpieczeń czyhajၜ nań w pierwszym okresie pracy.
 
Przestrg nigdy za duż! Tylko one mogą uchronić przed przestrachem, zaskoczeniem i zaniechaniem.
 
Posł!
 
Nim przejdziemy do spraw najważ - a mianowicie do sposobw docierania do tej zasadniczej struktury - muszę niestety polać trochę zimnej wody na twą rozpaloną głę.
 
W pierwszym okresie bᆝą ci się pewnie zdarzał doznania mniej przyjemne, a na pewno zgoᐪ nieinteresuj𐗎!
 
Musisz o tym wiedzieć!
 
Musisz o tym zawsze pamięć, bo inaczej sprowadzą cię one z tej drogi.
 
A wiᆜ niewą w pewnym momencie...
 
...gdy poczujesz, ៎ dzieje się z tobą coś odmiennego... innego niż poznaᐮś do tej pory...
 
...bᆝ to po prostu uczucie denerwuj𐗎...
 
Śę, do cholery, czy co? - pytaᐮ siebie czę, nim nie pojąᐮ na czym to polega.
 
Mo៎ to być uczucie nieprzyjemne...
 
...pamię zawsze, ៎ poruszasz czymś, co na razie do ruchu nie jest przyzwyczajone...
 
...to nawet mo៎ boleć...
 
...oczywiᖼ nie gł... ale w ogle mo៎ nastąć jakieś poczucie blu...
 
...mo៎ ci się zdarzyć, ៎ w trakcie skupienia niepotrzebnie... bezwiednie napniesz jakieś zespoł mięś...
 
...duż rzeczy jest moż...
 
...ale to zasadniczo tylko począ niedoskonałść dziaᐪ czysto technicznego.
 
Po jakimś czasie to mija!
 
Ale z kolei pojawiają się trudnoᖼ nowe... czasem jeszcze bardziej nieprzyjemne...
 
...mo៎ to ciebie bardzo peszyć, gdyż objawy, o ktrych powiem ci teraz - pojawiają się dopiero po dłż czasie dziaᐪ...
 
...wydawał się, ៎ powinno być tego coraz mniej...
 
...a jednak jest wrᆜ odwrotnie...
 
do pewnego momentu kł mogą się nasilać.
 
Mo៎ się mianowicie zdarzyć, ៎ bᆝ odczuwał coś podobnego do halucynacji...
 
...w zasię twego sł mogą pojawić się jakieś dziwaczne dźę... jakieś buczenia... jakby ze studni, czy z jakiejś tuby czy pudᐪ...
 
...nie bᆝ w stanie ich z niczym konkretnym zwiąć...
 
...nieznane bᆝ ich pochodzenie... ich sens... i tak dalej.
 
Nie należ się tym przejmować! Powiem ci potem dlaczego!
 
Dziwne i niezwykᐮ obrazy mo៎ też odbierać wzrok...
 
...dziś mnie to bawi jedynie... te wspomnienia...
 
...bo przecież ka៍, kto znajdzie się na tej drodze, przeż... coś takiego...
 
...jeden bardziej, drugi mniej... ale wᐪᖼ ka៍ musi przez to przejść...
 
...widzisz jakby duchy... postacie... jakieś niesamowite zwierzę...
 
...dok𔊭 tak jak w jakimś zł ś.
 
Bo to jest wᐪś dok𔊭 mechanizm zᐮ snu!
 
To są asocjacje mzgu...
 
...powstaj𐗎 przy szczeglnym jego pobudzeniu...
 
...to są jakby ś odłż w komrkach mzgowych...
 
...ś poruszone... ktre wysypują się teraz... jakoś tam się ze sobą łၜą, asocjują i przybierają przedziwne formy obrazw na granicy znanego i nieznanego...
 
...rozumiesz...?
 
...granicy znanego i nieznanego...
 
...jakieś zapamię z ż...
 
...nawet z kina... z fantastycznych filmw wizje...
 
...ktre wrył się w mzg... ale nie dok𔊭... w postaci jakichś resztek tego co widziaᐮś...
 
...są niekompletne, wiᆜ tym bardziej mogą być niesamowite...
 
...a dodatkowo...
 
...jako wᐪś niekompletne poszukują swego jakby dopeł pośd rwnie niedokoᑌ, czy wrᆜ okaleczonych resztek...
 
Ale te przeż... te wᐪś zjawiska ... chociaż mogą być dla kogoś denerwuj𐗎... mᆜ𐗎...
 
...dla ciebie powinny stanowić coś w rodzaju powodu do zadowolenia!
 
To jest bardzo waż znak dla ka𗳞, kto zdecydował się podą៊ć tą drogą!
 
To znaczy, ៎ jesteś już bardzo blisko pierwszego celu!
 
To znaczy, ៎ już niedł twoja odnaleziona, poznana, zaktywizowana wreszcie część mzgu zacznie dziaᐪć...
 
...៎ bᆝ jej mgł użć...
 
...użć zgodnie z wᐪą wolą...
 
Gdy to się stanie - te wszystkie zjawy... gł... dziwaczne jakieś zjawiska ustąą... ś jakby zostanie wyprż... albo zamknię raz na zawsze.
 
Wiesz na czym to polega?
 
Zapytaᐮ, chcၜ po jego reakcji zorientować się czy te przestrogi nie robią na nim zbyt du៎ wra៎. Czy nie straszą go.
 
Skၝ mogę wiedzieć? - prychnął.
 
Nie wiem! Mo៎ czytaᐮś kiedyś jakieś publikacje na temat snw... mo៎ na temat schizofrenii... jakichś innych stanw chorobowych połၜ z halucynacjami czy podobnymi zjawiskami? W niektrych takich książ czy artyku𔊬 prbuje się czasem takie zjawiska wyjaść. Dawać jakieś odpowiedzi.
 
Nie wiem! - odpowiedział - Pewnie kiedyś coś takiego czytaᐮ. Drukuje się tego teraz dość duż. Ale trudno mi sobie cokolwiek z tego przypomnieć. Nie interesowaᐮ się tym jakoś zbyt głᆛ.
 
A sam nigdy nie miaᐮś takich przeżć? - zapytaᐮ.
 
Bo ja wiem?
 
Chwilę się zastanawiał.
 
Chyba nie! Nie pamię.
 
Po sekundzie dodał jeszcze.
 
Oczywiᖼ miewam sny! W tych snach czasami widzę jakieś dziwne rzeczy. Pewnie tak jak ka៍ czł.
 
Ale nie robi to na mnie wię wra៎, poza gorszym odpoczynkiem w cią takiej nocy. Nie pamię też zwykle co pojawił się w moich snach z tego typu obrazw. Dziś nie potrafiᐫ sobie przypomnieć 𗲭 z tych wizji.
 
W porzၝ! - powiedziaᐮ- O.K! Tak powinno być.
 
I dodaᐮ wracajၜ już do naszego tematu.
 
Podobnie w naszych sprawach!
 
Mwiᐮ z naciskiem o tym, 𗳫 starać się zapamięć miejsca, do ktrych się na tej drodze poznania dochodzi! Pamię! To bardzo waż!
 
Ale oczywiᖼ w 𗲭 razie nie chodzi o te zwidy!
 
Ich nie trzeba wcale zapamięć! To jest ś i tak go należ traktować!
 
Zapamię tego ś jest nawet dość groź. Mo៎ aktywizować mzg w tym kierunku i wciąć cię coraz głᆛ w babranie się w tych ś.
 
Są magicy, ktrzy lubują się w takich wizjach!
 
Czasem potrzebny jest im psychiatra.
 
Nas chroni przed tym cel!
 
Cel do ktrego zmierzamy!
 
Wszystko co jest po drodze jest nieważ. Mijamy to jak drzewa w lesie, koncentrujၜ się tylko na najważ sprawach.
 
Rozumiesz?
 
Rozumiem! - odpowiedział krtko.
 
Popoł upał stawał się nieznoś! Wcale nie zdziwiᐫ się, gdyby teraz zaczęł nas nachodzić jakieś zwidy. Koszula lepiᐪ mi się do plecw, po ramionach spłł pot.
 
Postanowiliś się ochłć, korzystajၜ z umieszczonej poś ogrodu fontanny.
 
Mj Rozmwca zanurzył w wodzie koszulę, a nastę mokrą na powrt załżł na siebie, obficie moczၜ przedtem wł. Wiedziaᐮ, ៎ nie na dł go to orzeź, chociaż efekt ochł nastę natychmiast. Wiᆜ zaproponowaᐮ mj stary i pewny sposb.
 
Do wody zanurzyᐮ caᐮ przedramiona z ł wraz z dłń i trzymaᐮ je w wodzie przez dłż czas. Orzeźၜ efekt uzyskuje się rwnież niemal៎ zaraz, ale trwa on dł, niekiedy nawet do kilku godzin.
 
Zgodził się skorzystać i z tej lekcji. Staliś wiᆜ pochyleni z rę w wodzie gdy zapytał.
 
O co chodzi z tym moczeniem rą? O nogach słᐮ, ale r𑧎...?
 
Nogi to się w wodzie grzeje nie studzi! - odpowiedziaᐮ śၜ się - Chyba, ៎ po dł marszu, 𗳫 odebrać ciepł samym stopom i zlikwidować ewentualny obrzę. Zresztą moczၜ nogi w zimnej wodzie nara៊ się na zaziᆛ. Nawet po marszu należ z tym uwa៊ć i nie oziᆛć stp za dł.
 
Natomiast z rę jest inaczej. Studzisz po prostu ogromną ilość krwi, przepł𐗎 tu niemal៎ pod samą skrą. Ponieważ jesteś istotami o staᐮ ciepł krwi - oziᆛ krew stara się jak najszybciej powrcić do swej temperatury, a wiᆜ oddaje zimno wszᆝ gdzie tylko mo៎ - roznoszၜ je po cał ciele. Mimo upał, gdybyś dł trzymali r𑧎 zanurzone w wodzie, moglibyś nawet doprowadzić do tego, ៎ zaczęś cał ciaᐮ odczuwać chłd. Ale jako ៎ wszelka przesada szkodliwą bywa - co już przed dwoma tysi𐗊 lat w przemၝ Grecji powiedziano expresis verbis - nie bᆝ tego czynić. Powiem ci tylko jako zabawną ciekawostkę, ៎ w ten sposb przesadzajၜ moglibyś sprowokować najpierw.... zaziᆛ.... no...? jak myś... czego...?
 
Nie wiem!
 
Odpowiedział rozbawiony, opᆝၜ się przed tym pytaniem jak przed muchą.
 
Pewnie migdałw, albo gardᐪ!
 
Fatalnie! - roześᐮ się - Logiczne, ale nietrafne!
 
No to reumatyzm!
 
Jeszcze gorzej! Reumatyzm powoduje w ogle wilgotne otoczenie staww. Rwnie szkodliwa jest ciepᐪ woda. Na przyk𔊭 mokre spodnie.
 
Ta chwila odprę៎ byᐪ nam bardzo potrzebna. Chichotaliś, jak ᐪ podlotki.
 
No powiedz wreszcie co to się zaziᆛ!
 
Już mwię! - już mwię. Tylko przyrzeknij, ៎ nie wyś tej starej skandynawskiej wiedzy medycznej!
 
Jak powiesz, ៎ uszy, to nawet ze skandynawskiej, starej, wiekowej i ludowej wiedzy medycznej bᆝę się śł!
 
No trudno - ty profanie - rzeczywistość jest mo៎ mniej ś, ale za to jeszcze bardziej cię zaskoczy!
 
Zaziᆛᐫś najpierw pᆜ!
 
Zbaraniał!
 
Tak, tak! Natura ludzka kryje w sobie sporo tajemnic i zaskakujၜ powiąń.
 
Śᐮ się teraz z jego reakcji.
 
Widzisz, ៎ ze starej, skandynawskiej medycyny ludowej ść się nie ma powodu!
 
No, no! Rzeczywiᖼ mnie zaskoczyᐮś.
 
A to proste jak drut! Pᆜ jest w ogle najbardziej z wszystkich organw ciaᐪ podatny na zaziᆛ. Wie o tym nawet wł student nowoczesnej akademii.
 
Odprę៎ odprę៎, ale pora był wracać do naszych spraw, bo czas płął nam dziś jak woda.
 
A woda rzeczywiᖼ ulżᐪ nam swym chł bardzo znacznie. Usadowiwszy się wiᆜ w najsoczystszym cieniu rozmawialiś dalej.
 
Rwiesz się pewnie do tej struktury co?
 
Cią cię do wnę tego modelu, ktry opisywaliś?
 
Zapytaᐮ jeszcze luź, jakby dalej w nastroju niedawnej zabawy.
 
Oczywiᖼ! - odpowiedział bez namysł - Jak już, to już! ᐚ byka za rogi.
 
No tak! Jasne! Ale z naszym bykiem nie jest tak ᐪ. On nie bardzo ma rogi, za ktre moż by go zᐪć!
 
Powoli przechodziᐮ do sedna sprawy.
 
Dlaczego nie jest to takie proste?
 
Otż opowiedziaᐮ ci dwa, a mo៎ nawet trzy modele, nieprawda...
 
Kiwnął głą.
 
Teraz zarᆜ ci, ៎ gdybyś obaj mieli powiedzmy znaczne i bardzo do siebie zbliż zdolnoᖼ malarskie... i obaj namalowalibyś te modele na płtnie... to mo៎ z wyją tej sieci ze sznurkw... bo to znane z naszego zmysł doś... mo៎ wiᆜ z tym jednym wyją...
 
...obrazy te bardzo by się od siebie rżł...
 
...był w nich duż elementw wsplnych... obgadaliś to przecież dość szczegł... ale mimo wszystko...
 
...rż był bardzo znaczne...
 
...
 
...bo to byᐫ przecież tylko model...
 
...a jeszcze ᖼś...
 
...tylko obraz modelu.
 
Rozumiesz?
 
Znowu nic nie odpowiedział. Nawet nie kiwnął głą.
 
Wyobraź dwch suwerennych... wolnych... osb...
 
...wyobraź dwch mzgw...
 
...przy transformacji z opisu sł na wizję...
 
...rż się... rż się znacznie...!
 
Sł w tej wyobraź tworzą zawsze nieco inne obrazy!
 
Bo to jest wᐪś tylko wyobraź... nie wiedza...!
 
Wiedza jest rzeczą ᖼłą! Jeś dwch ludzi coś wie naprawdę, to wiedzą oni zazwyczaj to samo! Gdyby tak nie był, to nie był moż wspᐭᐪ na podstawie wiedzy. Dwch lekarzy nie mogł na przyk𔊭 leczyć jednego pacjenta, bo nie mogliby porozumieć się co do jego stanu. Gdyby tylko wyobra៊ sobie co z nim mo៎ być...
 
...tym wᐪś rż się wyobraź od wiedzy!
 
Jedź dalej!
 
Ponieważ wiᆜ mamy tylko model... nie rzeczywistość - tylko jej model... obraz modelu...
 
...to teraz gdybyś zaczę od razu w to wchodzić... to wchodzilibyś nie w samą strukturę... ale w jej model jedynie... jedynie w jej obraz!
 
Rozumiesz to?
 
Rozumiem! - odpowiedział spokojnie.
 
No wᐪś!
 
Nic by nam to nie dał! Tak moż wejść za pomocą swojej wyobraź w ka៍ obraz. W ka៍ obraz, ktry wisi w pierwszym lepszym muzeum. Wyobra៊ sobie, jak wielka to praca? Tak! To wymagał wielu dni, a mo៎ nawet tygodni ż koncentracji... a efekt? Praktycznie �. Nic przez to się nie zyskuje!
 
Nam chodzi przecież o zupeł co innego!
 
Chodzi nam o dotarcie tam siłą naszego mzgu!
 
...dotarcie... dowiedzenie się jak i co tam jest... nie w obrazie...
 
...w rzeczywistoᖼ tej energetycznej struktury!
 
My nie chcemy badać jakiegoś fascynujၜ namalowanego lasu!
 
My chcemy badać sam las!
 
Przez jego obraz tam nie dotrzemy!
 
Wiec co? - zapytał.
 
Wiec po pierwsze...! - konstruowaᐮ wyjaś - ...idၜ drogą, o ktrej opowiadaᐮ ci przedtem...
 
...zmierzamy wᐪś w tym naszym zasadniczym kierunku...
 
...powiem ci wi𑧎...
 
...my jesteś już w tej przestrzeni o jaką nam chodzi!
 
Tak?
 
Niemal wykrzyknąᐮ widzၜ jego bezmierne zdziwienie.
 
Oczywiᖼ!
 
...jesteś przecież nie w jakimś, namalowanym przez kogoś tam obrazie ciebie... my jesteś w tobie... badamy twoją ręę... twoje ciał...
 
...jesteś w rzeczywistoᖼ a nie w obrazie...
 
...w rzeczywistoᖼ...
 
...rozumiesz teraz tę rżę?
 
...tą zasadniczą rżę?
 
Tak! - potwierdził z najwię przekonaniem.
 
Przez obraz nie wchodzi się w rzeczywistość...
 
...w rzeczywistość wchodzi się jedynie przez rzeczywistość...
 
...przez coś na wskroś realnego... konkretnego nawet...
 
I co wi𑧎... co teraz najważ...!
 
...myś tam nie weszli za pomocą wyobraź... jakiejś imaginacji wynikᐮ z natę៎ wyobraź... nie...!
 
...myś się tam wdarli za pomocą pracuj𐗎 mzgu ludzkiego...
 
...a wiᆜ jesteś w ś poznawanej rzeczywistoᖼ!
 
No dobrze! Ale gdzie teraz ta struktura?
 
Już bᆝ! Uwa៊!
 
Niekiedy, w trakcie opowiadania ogarniał mnie niezwykᐮ zdziwienie!
 
Wynikał ono z tego, iż wydawał mi się, ៎ już kilkaset razy powtrzyᐮ wszystko, co miaᐮ do powiedzenia, ៎ opowieść moja zaczyna być idiotyczna, co najmniej komiczna, bo krᆜ się cał czas wokł tego samego i od dawna nic nowego w niej nie ma.
 
Jest taki rodzaj komizmu, ktry wynika z nie koᑌၜ się powtrzeń. Przypominam sobie z dzieciń taką piosenkę o psie, ktry wpadł do kuchni... śł się ją w kł, a gdy jej koniec stawał się po raz kolejny począ sł wybuchali ś - ś narastajၜ z ka៍ nawrotem kolejnego - identycznego począ.
 
Miaᐮ wra៎, ៎ za chwilę mj Rozmwca wybuchnie ś tak, jak tamci sł piosenki!
 
Ale nic z tego nie nastęł!
 
Zdaᐮ sobie w tym momencie sprawę z tego - jak trudnym zagadnieniem dla niego, dla ka𗳞 ż𐗎 wspᐬś przecię czł, jest ten temat. Uspokoiᐪ mnie ta myś! Doszedᐮ do wniosku ៎ skoro tak jest - to poż mo៎ być kilkakrotne pokazanie poszczeglnych elementw - byle w nowym kontekᖼ - jakby z innej strony. Widocznie nie był to czas stracony, skoro jego pytania udowadniał, ៎ jeszcze nie dok𔊭 rozumie to co mwię.
 
Musiaᐮ jakby chwilę nabierać powietrza przed zasadniczym skokiem.
 
Pamię ten model z siecią? - wrciᐮ do swej roli.
 
Pamię.
 
Jak myś? Gdzie w tak pomyś strukturze mo៎ znajdować się ka៍ z nas?
 
Bo ja wiem? Chyba wszᆝ.
 
Zgoda! Mo៎ znajdować się wszᆝ!
 
Ale na pewno gdzieś w tej strukturze, a nie poza nią!
 
I teraz ponieważ patrzymy na siebie...
 
...nie jak na tego, ktrego odbija nam lustro...
 
...czyli na siebie zmysł odbieralnego... przebywaj𐗎 w tym codziennym wymiarze...
 
...tylko na siebie bᆝ𐗎 sk𔊭 tej wszechogarniaj𐗎 energetycznej całᖼ...
 
...postrzegamy siebie nie jako coś osobnego... ale jako sk𔊭 wię całᖼ...
 
...rozumiesz...?
 
...tym samym widzimy część tego uk𔊭...
 
...fragment, ktrym sami jesteś...
 
...ale to już jest ten uk𔊭...!
 
...rozumiesz...
 
...
 
...jeś chcesz poznać wielki kontynent... na przyk𔊭 Azję... i wylၝᐮś na lotnisku w Singapurze na przyk𔊭... to jeszcze Azji nie znasz... widzisz tylko lotnisko, samoloty, budynki...
 
...ale to już jest Azja... już widzisz Azję... prawdziwą, konkretną... już jesteś w niej...
 
...jesteś w niej bardziej, niż byᐫś wyobraziwszy sobie stepy Kazachstanu, Himalaje, Bombaj - niż gdybyś widział to wszystko oczyma wyobraź...!
 
...choၻś zagłᆛł się w kontemplacji tysi𐗊 obrazw Azji...
 
...nie byᐫś w niej...
 
...teraz jesteś...
 
...i teraz już od ciebie zależ jak się bᆝ po tym kontynencie poruszał i ile z niego się nauczysz... w jakim stopniu go poznasz!
 
...jest wielki, wiᆜ pewnie trudno bᆝ ci poznać go w całᖼ...
 
...ale jeś zrobisz sobie dobry plan postę... dziaᐪ... poznawania...
 
...to mo៎ poznać bardzo wiele!
 
Odczuwaᐮ już du៎ zmᆜ, ale byᐮ zadowolony. Odnosiᐮ wra៎, ៎ udał mi się ująć najważ rzeczy w sposb stosunkowo jasny i zrozumiał. Miaᐮ nadzieję, ៎ mj Rozmwca nie pogubi się w tym wszystkim i nie ograniczy się do przyswojenia jedynie szczą informacji.
 
Siedział bez ruchu na trawie oparty plecami o drzewo i milczał. Milczeliś razem.
 
Czy moż opisać milczenie? Ten moment, gdy po intensywnym myś wysił mzg chwilowo odpoczywa! Gdy jak pᐪ ś na lekkim wietrze opadaj𐗎 z nieba na ziemię, tak przesuwają się po nim niezwią ze sobą pojᆜ, sł, obrazy, dźę, wra៎, wspomnienia, przeczucia, radoᖼ, lę i wszystko inne co jest udziaᐮ czł na ziemi, tylko w jakiejś delikatnej, nieintensywnej, niewyraź formie, w postaci cieni zaledwie ocierajၜ się o rzeczywistość jak motyl o kwiat.
 
Mj Rozmwca pierwszy odzyskiwał grunt pod nogami. Otrząą się z pierwszego wra៎ postanowił pytać dalej.
 
No dobrze! - zaczął - To rzeczywiᖼ wspaniale logiczne i proste. Zawsze staję w osł, gdy dostrzegam prostotę rzeczy tajemniczych, jeszcze przed chwilą mieszczၜ się w mych wyobra៎ na pograniczu strefy cudw i niesamowitoᖼ.
 
Ja z trudem wracaᐮ do rwnowagi po tym chwilowym odpoczynku. On mwił dalej.
 
Tak!
 
Był zamyś, ale i radosny. Zapytał.
 
Jak teraz przejść z tego niby-lotniska w te gry, w stepy tej Azji?
 
Im bardziej zbli៊ᐮ się do ko𔓊 mojej opowieᖼ, im bli៎ byᐮ celu, jakim był przecież powierzenie zakopanego skarbu drugiemu czł - tym bardziej stawaᐮ się nerwowy - tym częᖼ ogarniał mnie strach - czy zdoᐪ doprowadzić swe dzieł do ko𔓊. Pytania trudne coraz bardziej mnie mᆜł - a przecież był rzeczą zrozumiałą, ៎ im bli៎ ko𔓊 mego opowiadania - a rwnocześ im wi𑧎 wiedział na omawiany przez mnie temat mj Rozmwca - tym trudniejsze bᆝą jego pytania. Ostatnie zasmucił mnie bardzo - tym bardziej, ៎ teraz nale៊ł ujawnić mu coś, co jest moją zasadniczą s𔊫ᖼą i podstawową niewiedzą - barierą, ktrej nigdy nie bᆝę w stanie przekroczyć sam.
 
Nigdy przecież nie potrafię przy pomocy mych osobistych skromnych św badawczych - okreść sposobw upowszechnienia tej wiedzy! Stworzenia z niej narzᆝ podobnego do umiejęᖼ prowadzenia samochodu - ktrej moż po prostu nauczyć ka𗳞 przecię czł. Ogarnął mnie jakiś niezrozumiał smutek, wiᆜ odpowiedziaᐮ szczerze nie kryjၜ przygnᆛ.
 
Tego nie wiem! W tym wymiarze, o ktry nam chodzi, jest troszkę trudniej niż w Singapurze. Nie ma przewodnikw, znakw mwiၜ o tym gdzie jest wejᖼ czy wyjᖼ, nie ma map, planw czy jasno wytyczonych drg! Ale za to dzieje się tam coś innego, co umoż penetrację.
 
Gdy już poruszasz się aktywnie po tym obszarze...
 
...gdy mzg twj zaczyna się coraz bardziej rozkr𑧊ć...
 
...to przychodzi taki moment...
 
...przychodzi nagle... ni stၝ ni zowၝ... przychodzi na zasadzie jakby nagᐮ pęᆜ jakiejś gumowej kurtyny... bł zasᐪ𐗎 to pole...
 
...i nagle... w jednej chwili to wszystko ci się otwiera...
 
...nagle jakbyś został wpuszczony do ś...
 
...to mzg...
 
...to mzg w pewnym momencie uzyskuje już taką możść...
 
...jakby ostatnia, niezbᆝ do tego komrka zostaᐪ otwarta... uruchomiona...
 
...i jesteś tam...
 
Mj Rozmwca znowu pomilczał chwilę. Zapytał w koᑌ.
 
To musi być wspaniaᐮ, co?
 
Tak! - odpowiedziaᐮ - To był najwspanialszy moment mojego ż.
 
Po chwili mwiᐮ dalej przebijajၜ się z coraz wię trudem przez zmᆜ.
 
A potem mo៎ już wᐪᖼ wszystko!
 
Zdaᐮ sobie sprawę z tego, ៎ trochę przesadziᐮ, wiᆜ poprawiᐮ się zaraz.
 
To znaczy - mgᐫś pewnie wszystko, gdybyś do ko𔓊 potrafił zbadać to pole i zasady jego funkcjonowania! Pojedynczy czł tego oczywiᖼ w 𗲭 wypadku dokonać nie mo៎. Ale też pojedynczy czł - jeś nie jest szale𔓎 - nie potrzebuje mc wszystkiego.
 
Poruszajၜ się tam, penetrujၜ te obszary odnajdujesz jednak, chociaż nie bez pewnego trudu, informacje i zasady dotycz𐗎 programu, ktry wᐪś realizujesz.
 
Opowiem ci to tak...
 
...jeś postanawiasz za pomocą tak៎ i tej nowej częᖼ mzgu dokonać czegoś... na przyk𔊭 łၜć się telepatycznie z innymi ludź... to wyprojektowawszy wszystko co jest z tym zwią na terenie tego uzyskanego pola...
 
...i oczywiᖼ po doskonał zapamię tego wszystkiego, czyli po przeniesieniu do tej drugiej częᖼ swego jestestwa... wraz z energią towarzyszၜą temu zadaniu...
 
...to w ramach naszego wymiaru mo៎ to po prostu wykonać...
 
Moż by leczyć choroby...
 
...leczyć zjawiska maj𐗎 charakter oglnospo𔋬... narkomanię... agresję... rozwiąć polityczne konflikty...
 
...dziś już niektrzy to potrafią...
 
...choć jeszcze bardzo nieskutecznie i z duż marginesem błᆝ...
 
...odkrywać podziemne źdᐪ...
 
...zasoby mineralne ziemi i zł៊ cenne dla rozwoju ludzkoᖼ...
 
...moż by wpłć na procesy wegetacji...
 
...poznać nieograniczone źdᐪ wszelkiego typu energii...
 
...wykorzystywać ją...
 
...zmieniać oblicze ziemi...
 
Tego nie mo៎ dokonać pojedynczy czł, chocia់ najgłᆛ wniknął w tę tajemnicę! Ale nauka...
 
...nauka badaj𐗊 metodycznie i całą swą potęą...
 
...
 
...zamiast wysyᐪć paranoiczne sygnał w kosmos...
 
...sygnał zrozumiaᐮ przecież jedynie w naszym wymiarze... bo z niego wynikaj𐗎...
 
...moż by się porozumiewać ze wszystkim co jest we wszechś...
 
...wprost...
 
...trzeba tylko nauczyć się kontaktować wᐪś...
 
...z innymi wymiarami...
 
...z innymi poziomami... czy formami istnienia...
 
...
 
...to co ja robię...
 
...
 
...gdyby zbadawszy mechanizm...
 
...robić to w na poziomie naukowym...
 
...w skali dostę mechanizmom ko𔓊 naszego wieku...
 
Przerwaᐮ! Z trudem ᐪᐮ oddech! Nigdy jeszcze w ż nie pozwoliᐮ sobie na tak wielkie i niczym nie hamowane puszczenie cugli marzeń! Marzeń wyraż w sł! Marzeń wypowiadanych! Wypowiadanych wobec drugiego czł!
 
Moja prba ję przekroczyᐪ nakreś przeze mnie granice. Znowu opanował mnie lę, czy taka otwartość, takie wrᆜ obna៎ - nie narazi mnie na śść w oczach mego Rozmwcy.
 
Lę ten kazał mi jeszcze przez chwilę się zmobilizować i powiedzieć.
 
...ale nam...
 
...ludziom samotnym... ktrzy mogą dokonywać tych odkryć jedynie na swą indywidualną...
 
...a wiᆜ minimalną skalę...
 
jest do nich potrzebne...
 
...jeszcze jedno maᐮ lecz zasadnicze co nieco...!
 
Tylko, ៎ ja już ci dzisiaj nie jestem w stanie tego opowiedzieć. Bᆝ to tematem naszej jutrzejszej rozmowy. Zgoda?
 
Zgoda! - powiedział bez specjalnego zawodu i dokoᑌł.
 
Wiem o co to chodzi!
 
Zaciekawił mnie to, wiᆜ zapytaᐮ.
 
O co?
 
O te połၜ! O ich odnalezienie, uruchomienie i wyć.
 
Tak! - potwierdziᐮ - To chyba najważ element caᐮ tego zagadnienia!
 
Był wyraź zadowolony z tego ៎ zgadł, a ja cieszyᐮ się, ៎ nie tylko nadą៊ł za mymi informacjami, komentarzami, za treᖼą mego opowiadania, ale rwnież rozumiał mnie dobrze, trafnie rozpoznajၜ kierunki mych myś i hierarchię ważᖼ caᐮ uk𔊭, ktry staraᐮ mu się przedstawić.
 
Tego dnia nie robiliś już nic ciekawego.
 
Takswka przywiozᐪ nas do miasta, a potem wzią w hotelu krtki prysznic zrobiliś jeszcze mał spacer zakoᑌ dobrą kolacją w tej samej winiarni, w ktrej rozmawialiś poprzedniego dnia i gdy tylko po zachodzie sł𔓊 temperatura powietrza pozwoliᐪ na to, by udać się do łż - skorzystaᐮ z tego i pogrążᐮ się we ś aż do nastę ranka.
 
Mj Rozmwca postanowił jeszcze posmakować wieczornego nastroju ś stolicy renesansu.

 

PODRŻ DZIEŃ OSTATNI.

POើ NA MOᖬ.

W drogę powrotną do naszego miasta wyruszyliś koleją. Odległść nie byᐪ wielka, trasa wiodᐪ poprzez wspaniaᐮ gry, pocią na tej trasie był wygodne i o tej porze dnia puste.
 
Zajęś osobny przedział i mogliś spokojnie rozmawiać, majၜ dosyć czasu by temat dokoᑌć.
 
Pozostaᐪ do wyjaś rzecz najważ, a wᐪᖼ dwie rzeczy - i obie musiaᐮ dok𔊭 memu Rozmwcy przedstawić. Gdybym tego nie zrobił, caᐪ ż budowana konstrukcja po krtkim czasie zawaliᐪ by się mu jak domek z kart. Przypominaᐪ bowiem na razie dom pozostawiony bez dachu, ktry przetrwa wprawdzie zimę, ale zalany parokrotnie jesiennymi deszczami, zimą poddany cierpliwym sił rozpieraj𐗎 wszystkie szczeliny lodu - wiosną nadaje się już tylko do rozbirki.
 
Porwnanie z niedokoᑌ domem podobał mi się. Moja konstrukcja przypominaᐪ go wᐪś. W przyszłᖼ, po zakoᑌ budowy, co wymagał jeszcze solidnej pracy, mogᐪ stanowić schronienie, bezpieczny azyl i miejsce rozwoju swego posiadacza, ale narazie byᐪ jeszcze budowlą w stanie surowym. Ten stan trzeba był teraz zabezpieczyć.
 
Miarowy stukot kł pocią nadawał upł𐗎 czasowi jakiś rytm. To tak៎ jest odczucie indywidualne - jednego to denerwuje, drugiego uspokaja - ale ja w takim otoczeniu dźę skupiam się doskonale. Uwa៊, ៎ jakiś rwny, rytmiczny akcent w ogle pomaga w koncentracji. Wartość rytmu w egzystencji ś jest nie do przecenienia. Wᐪᖼ wszystko co ż, co dziaᐪ - ż i dziaᐪ rytmicznie. Rytm jest nieodzownym sk𔊭 harmonii. Jego naruszenie znamionuje zawsze coś niedobrego. Należ wiᆜ poszukiwać jak najszybszego doń powrotu .
 
Oczywiᖼ ka𗳞 zdarzenie, ka𗳞 dziaᐪ ma swj specyficzny rytm. Poprzez odnalezienie specyfiki tego rytmu zdarzenie staje się dla obserwatora bardziej zrozumiaᐮ - a dziaᐪ skuteczniejsze.
 
Dlatego też pozostawanie pod dziaᐪ jakiegoś rytmicznego elementu jest niemal automatycznym poddaniem się okreś porzၝ. Zewnę wprawdzie, ale jednak! Mnie osobiᖼ to pomaga. Miaᐮ nadzieję, ៎ z mym Rozmwcą jest podobnie.
 
Pewnie tak był, bo gdy tylko zza okien przestał przykuwać naszą uwagę miasto i pocią zanurzył się w otoczenie pl, lasw i malowniczych wiosek, ktre obsiadł doliny przez ktre widł nasz szlak - przywoᐪł mnie do porzၝ mwiၜ pł៊.
 
A wiᆜ, proszę wycieczki, dziś bᆝ mwić o połၜ!
 
Tak! Wᐪś. - potwierdziᐮ z uś.
 
Proszę wiᆜ o ciszę i skupienie! - zakomenderował - Pan kierownik ma gł!
 
Zacząᐮ wiᆜ.
 
Uż w naszej rozmowie okreś - połၜ. Nie jest ono najlepsze dla zrozumienia tego o czym ma on informować. Trzeba bᆝ je jeszcze uzupełć.
 
Oczywiᖼ - chodzi o taki rodzaj połၜń, ktre są podstawowe, ale nie są to połၜ staᐮ!
 
One są...
 
...ale moż je uruchamiać i likwidować... jakby włၜć i wyłၜć!
 
Nam bᆝ chodził wᐪᖼ nie tyle o te połၜ...
 
...one istnieją zawsze i bez wzglᆝ na nasze dziaᐪ..
 
...nam bᆝ chodził przede wszystkim o samą czynność przez nas podejmowaną...
 
...o to włၜ i wyłၜ... ktre mo៎ od nas zale៎ć.
 
Musimy się nauczyć to robić... musimy umieć te kontakty uruchamiać zawsze wtedy, gdy chcemy z nich korzystać...
 
Jak zwykł kontakt elektryczny?
 
Teoretycznie tak!
 
Śᐮ się z tego porwnania, ale wcale nie był ono pozbawione sensu.
 
Gdybyś doprowadzili nasze dziaᐪ aż do takiej sprawnoᖼ, był najlepiej. Tylko nie nazywajmy tego co włၜ i wyłၜ elektrycznoᖼą! To jest zasadnicze i zwodnicze uproszczenie! To są połၜ, ktre nazywamy energetyczne - ale nie chodzi tu o energię elektryczną w potocznym rozumieniu. Energia, o ktrej mwimy jest innej natury.
 
Konsekwencją niezrozumienia tej rż jest wprowadzenie badań naukowych w śą uliczkę.
 
W nielicznych instytutach, badajၜ dziś te zjawiska, mierzy się pola magnetyczne, natę៎ i napiᆜ mikro... czy bioprၝw i tak dalej. A to jest nieporozumienie!
 
Bo w ramach energii, o ktrej my tu mwimy, oczywiᖼ wystęą tak៎ i te elementy...
 
...ale mają one znaczenie wᐪᖼ marginalne...
 
...gdyż ta zasadnicza energia jest cał innej natury!
 
To podstawowa sprawa!
 
A wiᆜ skၝ ten błၝ naukowcw? - zapytał.
 
Błၝ wynika z tego, ៎ nauka nie chce nas słć! Obserwuje te zjawiska lecz uchwyciwszy w nich to co już zna, bada przede wszystkim te znane już sobie elementy, z przekonaniem, ៎ one są najważ.
 
A tymczasem wcale tak nie jest.
 
Pycha i lenistwo nauki wᐪś w tym się dziś przejawia.
 
Mo៎ nauka nie potrafi badać nic innego?
 
Pytanie był trafne, wiᆜ staraᐮ się na nie odpowiedzieć dość obszernie.
 
W zasadzie masz rację!
 
Pozostajၜ na swym wᐪ terenie nauka musi tak postęć!
 
Cał problem polega jednak na tym, by zgodziᐪ się ten teren opuᖼć - wejść na inny, proponowany przez ludzi, ktrzy już to zrobili...
 
...czasem przez przypadek... to prawda...
 
...ale oni znają już to pole...
 
...i chcą naukę na nie wprowadzić.
 
Wiem, ៎ nie jest to ᐪ...
 
...ale jest konieczne!
 
No dobrze! - zgodził się - Na razie wprowadź tam mnie!
 
No wᐪś!
 
Cieszyᐮ się, ៎ nie opuszcza go dobry humor. Rozmowa prowadzona w przyjemnej atmosferze jest zwykle bardziej udana.
 
Wracamy do konkretu!
 
A wiᆜ gdzie w naszym modelu...
 
...tym sieciowym... bo on jest nam w tej chwili bardziej przydatny...
 
...gdzie są te połၜ?
 
Powiedzmy sobie roboczo... ៎ są one w tych węł.
 
Widzisz już, ៎ jest ich wiele... bardzo wiele...
 
...podobnie jest w naszym mzgu... ale o tym za chwilę.
 
Pomiᆝ tymi węł... poprzez łၜ𐗎 je nici...
 
...przepłą informacje, ktre aby stworzył jakiś byt...
 
...muszą się połၜć... trzeba otworzyć taki przełၜ aby te informacje mogł do siebie dotrzeć!
 
Tym co nazwaᐮ przed chwilą bytem... jest rwnież wiedza...
 
...wiedza jest też postacią bytu...
 
...jest też pewnego rodzaju mutacją energii...
 
...połၜ jej elementw...
 
...połၜ iluś tam informacji by z wielu istniejၜ powstaᐪ nowa."
 
No tak! To jest przecież klasyczny model dedukcji i indukcji w myś czł... - przerwał mi.
 
Oczywiᖼ! - zgodziᐮ się. - Problem polega jednak na tym, ៎ nauka dzisiejsza pojmuje taką indukcję i dedukcję tylko w jednym wymiarze...
 
...w jednym poziomie istnienia... naszym poziomie zmysł...
 
...a tymczasem chodzi nam o to, by tej dedukcji i indukcji dokonywać w innych wymiarach... na innych poziomach...
 
...a przede wszystkim... miᆝ tymi poziomami!!
 
Czy mam to powtrzyć?
 
Nie potrzebujesz! Rozumiem to! - potwierdził z uś.
 
Zapamię jeszcze, ៎ tak naprawdę...
 
...to tylko ten nasz zmysł wymiar jest jakoś ograniczony...
 
...ma trudnoᖼ w połၜ się z innymi!
 
Gdy się go przekroczy, to znajdziemy się w obszarze, gdzie...
 
...takich granic nie ma!
 
Rozumiesz!
 
Tam wszystkie wymiary....
 
...jeś w ogle istnieją w postaci rż𐗎 się od siebie...
 
...są w naturalny sposb połၜ, a wiᆜ nie ma wcale problemu połၜń miᆝ nimi.
 
Pozostaje jedynie problem połၜń z naszym!
 
Przerwaᐮ na chwilę i zwięᐮ nawiew klimatyzatora, gdyż mj Rozmwca zapalił kolejnego papierosa. Mwiᐮ dalej.
 
A wiᆜ najważ okazuje się udroż połၜń pomiᆝ naszym, a pozostał wymiarami. Trzeba starać się poznać mechanizm tych przełၜw!
 
Gdzie one są?
 
Na szczęᖼ w naszym stał posiadaniu!
 
One są w naszym mzgu!
 
A wiᆜ naprawdę jedynie od nas zależ czy bᆝ ich użć czy też nie.
 
Teraz rzecz podstawowa...!
 
Gdy opowiadaᐮ ci o tym momencie... o tej chwili, gdy nagle znajdziesz się na tym nowym polu...
 
...to jest to wᐪś taki moment...
 
...jakby wᐪś uruchomienia odpowiedniego połၜ!
 
Na począ bᆝ to się dział bez twojej kontroli...
 
...tak, jakbyś nie wiedzၜ o tym... przez przypadek, w ciemnoᖼ dotknął kontaktu, ktry zadziaᐪł...
 
...ale z czasem poznasz gdzie ten kontakt jest i jak się go włၜ!
 
Na tym wᐪś polega posuwanie się na tej drodze...
 
...na odnajdywaniu i uruchamianiu tych przełၜw!
 
Nauczysz się, jak moż wejść w inny wymiar... a nastę jak w nim dziaᐪć... jak tam dokonywać potrzebnych ci...
 
...wynikajၜ z twego planu badawczego...
 
...połၜń!
 
To jest nasz głwny cel.
 
Już nie ៊ł. Zamyśł się głᆛ. Opowiadaᐮ wiᆜ dalej.
 
Oczywiᖼ o wiele ᐪ się o tym mwi niż robi! To chyba oczywiste?
 
Bo te połၜ ... a wᐪᖼ ich uruchamianie... nie jest takie zupeł proste.
 
One są jakby nie tylko ukryte i trzeba popracować, by je odnaleźć...
 
...ale są też jakby zardzewiaᐮ...
 
...na począ nie dają się tak ᐪ użć...
 
...albo się same przełၜą... albo stawiają opr...
 
... ale z czasem to się poprawia!
 
Najważ jest, aby zapamięć gdzie one są... to jest wᐪś ta pamięć o ktrej mwiliś... 𗳫 zapamięć gdzie się na tej drodze doszł... nie zaczynać za ka៍ razem od począ!
 
Począ, to jakby chodzenie po nieznanych korytarzach w poszukiwaniu takiego połၜ.
 
To poszukiwanie go wewną wᐪ mzgu, jakby dotykanie wielu pozornych połၜń, czegoś co jest do niego podobne, co jest jego pozorem! W koᑌ trafiasz na niego i uruchamiasz - potem on ci się poddaje.
 
Jak najszybciej i jak najkonsekwentniej dotrzeć do połၜ!
 
Dlatego trzeba zaczynać tam, gdzie się poprzednim razem skoᑌł i szukać dalej. Potem, gdy je już znalazᐮś - nic nie jest waż! Należ ćć tylko jego sprawność. By w koᑌ mc go użć zawsze gdy tego chcesz!
 
Zresztą to docieranie do miejsca, w ktrym się skoᑌł, jest też formą uż wᐪś jakichś mniej waż połၜń. Na tym wᐪś to polega. Trenowanie wiᆜ ka𗳞 z tych czynnoᖼ jest wᐪᖼ tym samym.
 
Byliś już daleko w grach, gdy w zasadzie zakoᑌᐮ mą opowieść. Niebawem mieliś znowu wjechać na teren rwninny, gdzie le៊ł nasze miasto - oznaczał to koniec naszej siedmiodniowej wᆝwki. Wᆝwki w przestrzeni odbieranej przez ludzkie zmysł - a mo៎ też trochę i w tej innej, zasadniczej - tej wszechprzestrzeni naszego istnienia.
 
Pozostawał mi jeszcze przypomnieć memu Rozmwcy udzieloną mu już radę. Radę ważą! Baᐮ się bowiem, czy nie umknęᐪ jego uwadze wśd wielu innych przekazywanych mu informacji. Chciaᐮ ją teraz wydobyć spośd nich. Wyciąąć na plam pierwszy jego pamiᆜ, by mogᐪ mu słżć zawsze, ilekroć sprbuje wyruszyć w drogę. By mogᐪ mu pomc i uchronić przed zagubieniem.
 
Pamię... - zacząᐮ - ...jak wielką wagę przywiąᐮ do sporzၝ przed wkroczeniem na tę drogę jakiegoś konkretnego planu? Jak zwracaᐮ ci uwagę na to, ៎ tylko trzymanie się go mo៎ uchronić cię przed nieznoś i bezsensownym błၝ?
 
Wtedy tylko zaakcentowaᐮ ważść tej kwestii! Teraz chcę, byś o tym zawsze pamięł.
 
Musisz - wchodzၜ na tę drogę - dok𔊭 wiedzieć do czego na niej zmierzasz! Inaczej otaczajၜ las wcią cię w bezdro៊.
 
To oczywiᖼ waż na począ - ale waż też na ka៍ etapie poruszania się po tej drodze.
 
Zapamię, gdzie doszedᐮś poprzednim razem i nim podejmiesz kolejną prbę - przypomnij sobie to miejsce i wyznacz kierunek dalszego badania.
 
...
 
Jeś oczywiᖼ zdecydujesz się na tę drogę wejść!
 
Zakoᑌᐮ!
 
Nie odpowiedział mi. Siedział spokojnie na swym miejscu w pᆝၜ teraz szybko pocią i patrzył na mijamy pejzaż. Koᐪ pocią turkotał miarowo.

* * *

Po powrocie do domu zapisaᐮ przebieg naszej podrż! Opowieść o niej przeznaczona jest dla ka𗳞, kto weź tę książę do rę, dla ka𗳞, kto gotw jest uwierzyć, ៎ mo៎ przekroczyć granice tego, co wielu jeszcze ludzi uwa៊ za nieprzekraczalne.
 
Granicę lenistwa ludzkiego umysł!
 
Jest ona przeznaczona dla ka𗳞, kto zechce wykorzystać choၻ część swoich przyrodzonych, a zapomnianych w ferworze codziennej bieganiny - ludzkich możᖼ.
 
Kto tego dokona - zrozumie, ៎ wiele spośd spraw, ktrymi się zajmuje, ktre go mᆜą, jest bez znaczenia. ើ ciążą mu, bo kryje się w nich niepotrzebna tajemnica. Stresuje nas zazwyczaj to, czego nie znamy. Tylko to stanowi zagro៎ dla naszej egzystencji. Dla naszego istnienia.
 
Jak៎ potężą siłą jest wiedza! Jak niezwykle potrafi nas uwalniać! Jak៎ uciąż jest jej brak!

* * *

Z dworca na nasz most nie był daleko.
 
Wysiadł z pocią szliś w jego kierunku nie rozmawiajၜ.
 
Wczesna jesień odebrawszy naszemu miastu nadmiar ciepᐪ przekazany przez upalne lato, oszczᆝᐪ mu jeszcze sł i chł. Śł sł𔓎, popoł dostarczał radoᖼ barw. Spokojny jeszcze ruch uliczny, bo do tzw. szczytu brakował jeszcze kilka godzin, nie drażł teraz. Miasto żł, ale wewną swych biur, fabryk i urzᆝw.
 
Stanęś niemal dok𔊭 w tym samym miejscu, gdzie spotkaliś się po raz pierwszy.
 
Spokojny wiatr poruszał ᐪ zwieszajၜą się nad czoᐮ czupryną mego Rozmwcy. Chwilę patrzyliś na siebie w milczeniu.
 
Oczywiᖼ nie bᆝ wymieniać 𗲭 adresw, czy telefonw. Gdy wejdzie w ś o ktrym mu opowiadaᐮ, odnajdzie mnie bez trudu, gdy tego nie zrobi nie bᆝę mu do niczego potrzebny. Nie nadaję się wszak - jak zawsze to podkreś - na nauczyciela. Dokonaliś razem niezmiernie waż dla mnie prby ję - on poznał to, co za pomocą ję moż przekazać drugiemu czł .
 
Reszta nale៊ᐪ do ka𗳞 z nas z osobna. Po drodze, ktrą mu wskazaᐮ, dł idzie się w pojedynkę. Począ jest w samotnoᖼ.
 
A ja?
 
Czy starczy mi odwagi, by dokonaną prbę powtrzyć? Tym razem na papierze? By opisać me roszczenia w stosunku do nauki - i czy bᆝą zrozumiaᐮ?
 
Zobaczymy!
 
Podaliś sobie r𑧎.
 
Nie był to jakiś serdeczny, przedłż uᖼ, jakiś sentymentalny gest. Nie! Od zupeł konwencjonalnego po៎, pozbawionego jakichkolwiek osobistych akcentw to nasze rozstanie odrżł radosny, choć spokojny nastrj - widoczny w towarzyszၜ naszym spojrzeniom, obustronnym serdecznym uś.
 
Zapytaᐮ na koniec.
 
Czemu potrzebowaᐮś tej podrż, tej rozmowy?
 
Jego uś jeszcze się rozszerzył, gdy na pytanie odpowiedział pytaniem.
 
Nie wiesz tego?
 
Nie wiem!
 
Odpowiedziaᐮ zgodnie z prawdą, bo w trakcie podrż to pytanie czasami przychodził mi do gł. I dokoᑌᐮ, chcၜ jeszcze raz podkreść swą lojalność wobec niego. Mo៎ wiedział, ៎ byᐮ w stanie aż tak głᆛ wejść w jego myś?
 
Nie jestem jakimś magiem czy jasnowidzem!
 
Ale nawet gdybym mgł się o tym dowiedzieć nie pytajၜ cię o to - nie zrobiᐫ tego!
 
Dlaczego? - zapytał zdziwiony.
 
Bo nie ma miᆝ nami - w ś w ktrym ż - takiej umowy! Musiał bym ci powiedzieć przedtem, ៎ penetruję twoje myś!
 
To jest oczywiᖼ moż, ale nie robi się tego bez uprzedzenia. To kwestia odpowiedzialnoᖼ, uczciwoᖼ wobec drugiego czł!
 
I wiesz co ci jeszcze chciaᐮ powiedzieć...
 
...wᐪᖼ nawet prosić o to?
 
Nie wiem! - powiedział po prostu.
 
Byś...
 
...jeś wejdziesz na tę drogę... jeś odniesiesz na niej sukces...
 
...i zdobᆝ już umiejęść korzystania... z tej wiedzy...
 
...
 
...to niech cię to nie zmieni!
 
Nie korzystaj z tego nieodpowiedzialnie!
 
Jego uś nieco przygasł i stał się teraz spokojny i poważ, gdy odpowiedział.
 
Bၝź spokojny! Nie po to rozsၝ czł zdobywa wiedzę.
 
Cieszę się, ៎ to rozumiesz.
 
Powiedziaᐮ, ale jednak postanowiᐮ zaspokoić swą ciekawość.
 
Ale jeszcze nie odpowiedziaᐮś na moje pytanie!
 
Ach.. tak! Rzeczywiᖼ! - jakbym go wyrwał ze snu, czy zamyś.
 
Po chwili powiedział.
 
Jestem jednym z miliona tych ludzi, ktrzy szwendają się po tym ś bez celu. Ale wiem, ៎ tylko drugi czł mo៎ pomc mi w wyrwaniu się z tego krę bezmyśᖼ. Szukaᐮ kogoś, kto też potrzebowaᐫ rozmowy. Chyba się nie pomyliᐮ, co?
 
Nie pomyliᐮś się! Chociaż...
 
...ale to już inny temat...
 
...mo៎ na nastęą opowieść...
 
Odchodzၜ w kierunku śdmieᖼ obejrzaᐮ się jeszcze raz za siebie.
 
Stał na moᖼ przechylony przez balustradę ku wodzie, tak jak wtedy, gdy w ś blednၜ o ś latarni zobaczyᐮ go po raz pierwszy.